28 marca 2017

Blog zostaje zawieszony do 24 maja. Do matury został tylko miesiąc, a mnie grożą poprawki z pięciu przedmiotów. Nie mam nawet kiedy powtarzać materiału, bo cały mój czas zajmuje nauka to popraw. Przeszłam już 2 załamania nerwowe, raz nawet pogryzłam parapet. Na brak weny nie narzekam, ale naprawdę nie mam czasu pisać, a nie chcę wam robić nadziei na to, że wkrótce pojawi się nowy rozdział, bo nie pojawi się jeszcze długo. 24 maja mam ostatni egzamin, a po tym czekają mnie najdłuższe wakacje w życiu, podczas których nie będę robić nic, nawet nie mam co liczyć na jakiś wyjazd. Właśnie wtedy wszystko nadrobię.

19 lutego 2017

Pieskie Życie

Ten dzień zapowiadał się pięknie. Słoneczko mocno świeciło, ptaszki śpiewały, a ja od jakiegoś czasu siedziałam na parapecie, dzierżąc w dłoniach miskę z popcornem. Wesoło machając nóżkami, delektowałam się powiewem ciepłego, majowego wiaterku, przy okazji obserwując, jak resztka wiary w ten naród powoli odchodzi, zastąpiona przez absurd. Pod bramą agencji właśnie trwał kolejny protest. O ile ten z przed dwóch miesięcy jeszcze zahaczał o logikę, to tym razem głupota ludzka przerosła moje oczekiwania, a wszystko przez odstraszasz zombie.
W.A.D.A.Z. nie próżnowało, szybko zrozumieli, że substancja, którą wykorzystywał Hunter oraz jego kumple, może zapewnić bezpieczeństwo wielu osobom. Prace ruszyły niemal natychmiast, a najwyższe dowództwo jakimś cudem odkupiło podupadającą sieć fabryk produkujących gaz pieprzowy. Ze wszystkim się uwinęli w jakieś trzy tygodnie, a środek odstraszający zombie można było kupić w  niemal każdym większym sklepie na całym świecie. Agencja chciała, aby wszyscy mieli łatwy dostęp, dlatego, wbrew zasadom marketingu, w każdym kraju ustalali ceny według najniższej krajowej. W niektórych państwach udawało się uzyskać dotacje od rządu, nawet Unia Europejska i Międzynarodowy Ruch Czerwonego Krzyża i Półksiężyca się dołożyły. Mimo wszystko organizacja sporo musiała dokładać ze swoich własnych pieniędzy.
USA do biednych nie należy, dlatego ludzie odpowiedzialni za ten projekt pozwolili sobie ustawić cenę tak, aby na każdej sztuce zarobić jakieś pięćdziesiąt centów. W Ameryce jeden taki spray kosztował trzydzieści dwa dolary, a warto wspomnieć, że jedna butelka miała aż ćwierć litra. Na początku wszystko zapowiadało się świetnie, a potem ktoś dokopał się do zestawienia cen ze wszystkich krajów i rozpętało się piekło w mediach społecznościowych. Nie obchodziło ich uzasadnienie agencji. Mieli gdzieś, że ten sam spray w Chinach kosztuje dwa dolary, a w Sudanie Czerwony Krzyż rozdaje go za darmo. Dla Amerykanów liczyło się tylko to pieprzone pięćdziesiąt centów, które śmieliśmy na nich zarabiać. Co ciekawe Norwegia, albo Irlandia nie miały z tym najmniejszego problemu, a tam specyfik był jeszcze droższy.
Ktoś zapukał do drzwi, po czym wszedł, nie czekając na zaproszenie. Popełnił ogromny błąd. Tito, który ostatnio się rozbestwił, natychmiast rzucił się na intruza. Odwróciłam się, by zobaczyć co się dzieje. Zdążyłam zauważyć Jessikę, która próbowała oderwać psa od nogi, i w tym samym momencie zdałam sobie sprawę, że mój tyłek zsuwa się z parapetu. Było już za późno na reakcję, najzwyczajniej w świecie wyleciałam z okna, po czym wylądowałam na grządce begonii. Leżąc na plecach spostrzegłam, że gdzie po drodze na dół posiałam miskę po popcornie.
- O kurwa! Reva, żyjesz?! – Jess wychyliła się, jednocześnie trzymając się framugi.
- Nie, nie żyję, tak mniej więcej od pół roku – odpowiedziałam.
- No przecież wiesz o co mi chodzi – fuknęła. – W końcu to drugie piętro.
- Oj tam, oj tam – zbyłam ją. – Poczekaj tam na mnie, zaraz wrócę.
Ostrożnie usiadłam, upewniając się, czy nie zrobiłam sobie jakiejś poważnej krzywdy. Na moje szczęście tym razem obyło się bez złamań. Niestety kwiatki nie przetrwały bliskiego spotkania z moim zadkiem. Rozejrzałam się i odnalazłam zaginioną miskę jakieś dziesięć metrów dalej. Podniosłam zgubę, po czym pobiegłam do wejścia do budynku. Wchodząc po schodach zastanawiałam się, czy któryś z protestujących lub co gorsza, dziennikarzy, którzy jak zwykle byli obecni, zauważył mój niezbyt majestatyczny lot. Nie chciałabym aby następnego dnia ukazał się jakiś dziwny artykuł ze mną w roli głównej.
Otworzyłam drzwi do swojego pokoju, po czym chwyciłam Tito, który właśnie szarżował na moje nogi.
- Nie ogarniam tego psa – jęknęłam.
- Powinnaś go porządnie wybiegać.
- Nie ma takiej opcji – odparłam, stawiając psa na ziemi. – Kiedy ostatnio byłam poza siedzibą,  ramach tego pieprzonego protestu dostałam sprayem anty zombie po oczach. Bolało. Facet, który mi to zrobił dostał za to butem po jajach. Jego chyba bolało bardziej.
- Nieźle cię musiał wkurwić, skoro zaatakowałaś go mimo odstraszacza.
- A bo jak ten ostatni debil stał i nagrywał filmik, zamiast spieprzać gdzie pieprz rośnie. A teraz nie ma ani telefonu, ani szans na potomstwo – uśmiechnęłam się. – Po co w ogóle przyszłaś?
- Amy pyta, czy masz tampony, albo chociaż podpaski?
- Jess, wytłumacz mi, jak mogę mieć podpaski, skoro trupy nie miesiączkują?
- No bo częściej niż raz w miesiącu zachowujesz się jakbyś miała PMS, więc myślałam, że  może chociaż to działa u ciebie jak u normalnego człowieka – próbowała tłumaczyć.
- Nieważne – zbyłam ją. – Jak ona w ogóle się czuje?
- Było lepiej, ale nagle dostała okresu, a gdy leci z ciebie z trzech stron… To idzie oszaleć, zwłaszcza, gdy nie możesz kupić tamponów, bo nie odstępujesz kibla na krok.
- To może skoczysz do sklepu? – zasugerowałam. – Mogłabyś mi przy okazji kupić jakieś żarcie.
- Nie ma mowy, dopóki ten protest trwa, nigdzie się nie ruszam. Pójdę popytać u innych dziewczyn.
- A rób, co chcesz – westchnęłam, po czym uwaliłam się na łóżku.
Rzygo-gównokalipsa, jak wszyscy ją nazywali, miała się świetnie i wciąż zbierała swoje żniwa. Niemal ćwierć całego personelu nie rozstawała się z porcelanowym tronem. Choroba na szczęście przechodziła po około tygodniu. Ciężko było stwierdzić, czy ktoś przypadkiem przyniósł tą zarazę, czy może padliśmy ofiarą dziwnej broni biologicznej. Niektórzy obstawiali nawet amerykańską wersję zemsty faraona. Podobno pierwsze trzy dni były najcięższe. Owen uparł się, że koniecznie musi napisać testament, bo długo już nie pociągnie. Dopiero Jerry wyperswadował mu ten pomysł, przypominając, że jak każdy członek oddziału interwencyjnego, od dawna ma spisany i potwierdzony notarialnie testament, który spokojnie sobie spoczywa w sejfie agencji. Ja na szczęście byłam zombie, więc miałam to szczęście, że nie musiałam przejmować się takimi drobiazgami jak zaraza. Jeszcze nigdy aż tak nie cieszyłam się z bycia martwą.
Niestety ofiarą rzygo-gównokalipsy padł również Steven, a ja od kilku dni musiałam sobie radzić z sobie z psem bez niczyjej pomocy. Samotnie go szkoliłam, wyprowadzałam i sprzątałam po nim gówna. Do tego Tito, pozbawiony kontaktu ze swoim opiekunem, tak jakby zdziczał. Podczas treningów był całkiem znośny, jednak na ogół był nie do wytrzymania. Niby grzecznie reagował na wszystkie komendy, ale posiadał też pamięć złotej rybki, i po minucie potrafił zapomnieć, czego od niego wymagano. Ciągle szczekał, właził tam gdzie nie powinien i nawet zażarł moje trampki. Był po prostu upierdliwy. Próbowałam się z nim bawić, albo zająć czymkolwiek. Skuteczne było jedynie ogromne zmęczenie, a to następowało dopiero po co najmniej pięciu godzinach zabawy. W ten sposób późnym wieczorem był już spokojny, ale od samego rana znów latał jak głupi. Ileż tak można? Byłam niemal pewna, że ośrodek, który nam go wypożyczył, nie wybrał Tito ze względu na umiejętności, a po prostu chciał się pozbyć problemu.
Zerknęłam na zegarek, było już prawie południe. Niechętnie wstałam i wyciągnęłam szafy jakieś czyste ubrania, przy okazji odgarniając nogą psa, który jak zwykle pchał się tam, gdzie mu nie wolno. W łazience rozebrałam się, wrzuciłam poplamione mokrą ziemią dresy do kosza na pranie. Nad zlewem opłukałam się z całego brudu, jaki pozostawiło na mnie bliskie spotkanie z begoniami, następnie ubrałam się w jeansy i luźną koszulkę.
Gdy wyszłam z łazienki, włożyłam buty, potem chwyciłam smycz.
- No chodź mendo! – zawołałam, po czym otworzyłam drzwi na korytarz.
Na razie nie musiałam przypinać smyczy. Gdy szliśmy na trening, Tito zachowywał się jak aniołek i grzecznie szedł przy nodze. Cyrk zaczynał się dopiero w drodze powrotnej.

Pokój do tresury znajdował się w laboratorium. Był dość spory, a w środku znajdowało się mnóstwo mebli, torów przeszkód i innych dziwnych konstrukcji. Przez przezroczyste ściany ludzie w każdej chwili mogli oglądać co robimy. Nasze działania musiały się ograniczać do tego jedynego pomieszczenia. Było ono szczelnie zamknięte i nie posiadało żadnej wentylacji. Musieliśmy mieć pewność, że nikt nie będzie miał styczności z substancją. Sama musiałam nosić fartuch, a po skończonej robocie kąpać Tito.  Na dłuższą metę nie zdałoby to egzaminu, jednak moje zadanie nie polegało na pełnym wyszkoleniu futrzaka, a jedynie na sprawdzeniu, czy jest on w stanie wykrywać wirusa. Jeśli eksperyment się powiedzie, W.A.D.A.Z. pomyśli o specjalnie zabezpieczonym ośrodku, w którym będzie można rozrzucać zombie-toksynę bez żadnych ograniczeń.
Szkolenie psa do wykrywania nielegalnych środków było banalnie proste. Chodziło głównie o to, aby odnalezienie substancji dobrze mu się kojarzyło. Nie raz czytałam o psach policyjnych, które podczas spaceru zrywały się ze smyczy, żeby zaraz wrócić z paczką marychy w pysku. Dla takiego zwierzaka każde znalezisko oznaczało przysmaki, zabawę lub pieszczoty.
Trening z Tito zaczęłam tak, jak kazał podręcznik. Specjalny, bezzapachowy ręcznik, który został nasączony płynem z wirusem Z, służył nam do zabawy. Psiak wprost uwielbiał się siłować. W ten sposób zaczynał również kojarzyć zapach wirusa, jako coś fajnego.
Właśnie zaczynaliśmy drugi etap. Zamykałam na chwile futrzaka w szczelnym pudle, po czym chowałam jego ręcznik gdzieś w pokoju. Zwierzak miał za zadanie go później odnaleźć. Tito już wcześniej był szkolony do wykrywania narkotyków, dlatego wiedział, jak ma reagować na komendy.
Po dwóch godzinach powtarzania mniej więcej tej samej sekwencji szkolenia miałam już dosyć. Chwyciłam psa, po czym wsadziłam go do zlewu, który znajdował się w rogu pokoju. Dokładnie go wymyłam, mając nadzieję, że zmyłam z niego całą zombie-toksynę. Wysuszyłam jego futerko suszarką, po czym przypięłam mu smycz i poprosiłam o otwarcie drzwi. Wychodząc wrzuciłam jeszcze swój fartuch do specjalnego kosza.
Droga powrotna do mojego pokoju wyglądała jak zwykle. Tito rozpraszało absolutnie wszystko. Każdy, nawet najmniejszy hałas sprawiał, że chciał natychmiast biec w kierunku jego źródła. Całe szczęście był kurduplem, w przeciwnym razie mogłam skończyć z wyrwanym ze stawu ramieniem. W końcu udało się nam dotrzeć na miejsce.
- Jeśli jeszcze raz mnie wkurzysz, to oddam cię Chińczykom, a oni już zrobią z tobą porządek i to w pięciu smakach – ta groźba nigdy nie robiła na nim wrażenia.
Gdy odpięłam smycz, psiak zaczął gonić swój ogon, po czym zajął się jakimś gryzakiem. Przestałam zwracać na niego uwagę. Wyciągnęłam z lodówki kawałek ciasta czekoladowego, po czym usiadłam do komputera. To wszystko mnie już przerastało, ten zwierz miał zdecydowanie zbyt dużo  energii. Nie wiem jakim cudem Steven go ogarniał. Doszłam do wniosku, że skoro nie potrafię sobie poradzić ze zwykłym sierściuchem, to zdecydowanie nie powinnam mieć dzieci. Zresztą, tych nie lubię jeszcze bardziej niż psów.
Z rozmyślań wyrwało mnie dziwne szczeknięcie. Odwróciłam się, żeby zobaczyć o co chodzi. Na ten widok obudziły się we mnie: niewinne dziewczę oraz Reva, zawsze dziewica.
- Tito?! Czy ty gwałcisz moją poduszkę?! – wrzasnęłam.
Natychmiast poderwałam się z krzesła i przegnałam go z łóżka. W myślach przeklęłam ośrodek szkoleń, który nie kastrował swoich podopiecznych. To nie fair, żeby byle futrzak miał lepsze życie erotyczne niż ja.
- Dość tego – chwyciłam za smycz. – Skoro jesteś beznadziejnym psem, to przynajmniej będzie z ciebie dobry gulasz.
Gdy schodziliśmy po schodach piesek radośnie merdał ogonem, zapewne podekscytowany wizją nowej przygody. Był jednocześnie słodki i irytujący. Na parterze spotkaliśmy Vadera, który właśnie skądś wracał.
- Idziemy do chińczyka, chcesz iść z nami? – spytałam.
- Idziesz do chińskiej restauracji. Z psem – niemal słyszałam odgłos obracających się w jego głowie trybików. – Musisz go naprawdę nie znosić.
- Miło, że zauważyłeś.

Protest na szczęście zdążył się zakończyć. Gdy dotarliśmy pod restaurację, zdałam sobie sprawę, że nie było mnie tu od dnia, w którym istnienie agencji wyszło na jaw. Najwyraźniej podświadomie unikałam tego miejsca, w końcu jak wytłumaczyć fakt, że wytrzymałam dwa miesiące bez mojego ulubionego, najtańszego chińczyka? Trochę obawiałam się tego, jak pan Chen zareaguje na mój widok, przecież gdy widzieliśmy się ostatni raz, próbowałam mu wmówić, że spotkałam wredne kaktusy i butelki soku pomidorowego, a teraz wiedział również o istnieniu organizacji, wiedział, że jestem zombie.
- Panie Chen, przyprowadziłam panu mięso do gulaszu! – krzyknęłam w progu, wskazując na Tito. – Jeszcze świeże.
- Mały jakiś – zmierzył futrzaka wzrokiem.
- Ale za to świetnie będzie się komponował z sosem słodko-kwaśnym – nalegałam.
Marco spojrzał na mnie jak na debila, zapewne nie wiedząc czy ma się śmiać, czy dzwonić do wariatkowa.
- Siadajcie, zaraz podam wam coś do jedzenia, oczywiście na koszt firmy. Należy żyć dobrze z łowcami zombie, w końcu mogą być potrzebni w każdej chwili – stary Chińczyk mrugnął do mnie, po czym zniknął w kuchni.
To tyle, jeśli chodzi o moje obawy. Razem z Vaderem usiedliśmy przy stoliku, który był najdalej od drzwi. Psiak, na odpowiednią komendę, ułożył się obok mojego krzesła. Nic się tu nie zmieniło. Podłoga była brudna, od ścian odpadała pożółkła farba, a na stołach leżały białe ceraty. Jedynym, co kojarzyło się z chińską kulturą były dzwoneczki nad drzwiami oraz dość spora figurka smoka, która stała na ladzie. Było obskurnie jak zawsze. Normalnie bym tu nie jadła, ale skoro mieliśmy jeść na koszt firmy…
Właściciel wrócił po chwili z tacą z jedzeniem. Postawił na stole dwie miski z ryżem oraz ogromny talerz z kawałkami kurczaka w sosie, Tito zaś dostał filet z dorsza. Od razu rzuciłam się na jedzenie. Było pyszne, zdecydowanie tęskniłam za tą kuchnią.
- Wie pan co? Wezmę jeszcze na wynos – powiedziałam, po czym chwyciłam za menu. – Wezmę duże sajgonki, pierożki z serem, udka po pekińsku, kurczaka w cieście, dorsza w sosie curry, kaczkę w sosie sojowy, krewetki w cieście, zupę wan-tan i ostry gulasz.
- Zapomniałaś o sosie słodko-kwaśnym, a ten dorzucę ci gratis – wyraźnie uśmiechał się na myśl o tym, że znowu będę składała u niego takie zamówienia. – Będzie 63,70.
Wstałam aby zapłacić i wtedy potknęłam się psa, który nagle postanowił zwiedzić lokal. W ostatniej chwili złapałam się lady. Futrzak, jakby nigdy nic zaczął gonić swój ogon.
- Na pewno pan go nie chce? – spytałam, przykładając kartę do terminala.
- Skarbie, nie mogę dodawać zbyt dużo psiego mięsa, bo klienci by się połapali – wyjaśnił pan Chen. – Nie pozwalam sobie na więcej niż dwa lub trzy psy w miesiącu. Na razie mam zapas.
- Pan żartuje, prawda? – spytał Marco z widelcem przy ustach.
- A jak myślisz, dlaczego wasz piesek dostał rybę?
- Chyba straciłem apetyt – stwierdził, odkładając kawałek mięsa powrotem na talerz.
- Spokojnie, ja zjem – uśmiechnęłam się.
Jadałam tu przez ponad pół roku, i tak było już za późno.