24 kwietnia 2015

A w Mordę Chcesz?

Siedziałam sobie na ziemi, spokojnie pałaszując kanapki z szynką. W moją stronę były wycelowane karabiny. Cała ta sytuacja strasznie mnie irytowała, starałam się jednak zachować spokój. Jeszcze tego by brakowało, żebym znowu zaczęła warczeć i syczeć. Pozostali agenci zgłupieli by do reszty. Główny dowódca nerwowo rozmawiał przez telefon. Nie zapowiadało to nic dobrego. Byłam cały czas obserwowana. Najwyraźniej wszyscy spodziewali się, że w każdej chwili mogę stracić rozum. Zdjęłam z siebie cały sprzęt i starałam się wyczyścić rany, które nie zdążyły się jeszcze zregenerować. Pod szkołę zajechał samochód przypominający policyjny wóz do przewożenia więźniów. Wysiadło z niego trzech agentów, którzy natychmiast skierowali się w moją stronę. Od razu wiedziałam co się święci.
- Pani pójdzie z nami - zwrócił się do mnie jeden z nich.
Nie miałam zamiaru się stawiać. Zresztą po co? Musiałam jednak zrobić jeszcze jedną rzecz. Wyciągnęłam zegarek i zwróciłam się do Tima.
- Oddaj ten zegarek żonie jednego z nauczycieli. Chyba nazywał się Abercrombie - wręczyłam mu przedmiot i pomachałam na do widzenia.
Nie pozwolono mi się nawet przebrać. Zdążyłam jedynie chwycić butelkę z wodą i kanapkę na drogę. Jeden z mężczyzn założył mi kajdanki.
- Spokojnie panowie, obiecuję, że będę grzeczna - powiedziałam rozbawiona i posłusznie wsiadłam do samochodu.
Ruszyliśmy w drogę. Agenci zdawali się nie zwracać na mnie uwagi. Siedziałam z tyłu ubrana w podkoszulek i podarte spodnie kombinezonu. Po jakimś czasie w końcu odważyłam się zapytać:
- Gdzie właściwie jedziemy?
- Do głównej, krajowej siedziby - odpowiedział krótko kierowca.
Mogłam się tego domyślić. Właśnie tam znajdowało się jedno z największych laboratoriów organizacji. Oznaczało to, że czeka nas bardzo długa droga. Zmierzaliśmy przecież do stolicy, która była oddalona o jakieś tysiąc kilometrów.

Po jakiejś godzinie pozwolono mi zdjąć kajdanki. Co chwilę robiliśmy krótkie postoje na stacji benzynowej, gdyż cały czas żądałam jedzenia. Niby mogłam poczekać aż dojedziemy, ale skoro eskortujący mnie mężczyźni nie byli zbyt mili, to po co miałam się powstrzymywać i cierpieć w milczeniu? To uczucie było zupełnie inne od ludzkiego głodu. Najwyraźniej musiałam się przyzwyczaić jeszcze do wielu rzeczy. Agenci na szczęście postanowili w tej sytuacji ze mną współpracować. Może bali się, że z głodu rzucę się na nich? A może po prostu nie mogli znieść mojego marudzenia?
Gdy wreszcie dojechaliśmy na miejsce ponownie założyli mi kajdanki. Tutejsza siedziba W.A.D.A.Z była ogromna. Wprowadzono mnie do budynku, po czym od razu zeszliśmy do laboratorium umiejscowionego w piwnicy. Rozglądałam się zaciekawiona. Korytarz był długi i dość szeroki. Przez szklane ściany można było oglądać co się dzieje w pracowniach. Wszystko wyglądało jak żywcem wyjęte z kiepskiego filmu science fiction. Weszliśmy do dużego pomieszczenia, gdzie czekał tam na nas jeden z naukowców. Na oko miał jakieś 30 lat. Był dość niskim i chuderlawym brunetem. Nosił okularu w grubych, czarnych oprawkach. Na plakietce przypiętej do jego fartucha widniało nazwisko, David Abraham. Dałoby się uznać go za nawet przystojnego, gdyby nie ten szaleńczy wyraz twarzy i strasznie niski wzrost. Sama nie należę do wysokich dziewczyn, a on sięgał mi ledwo do ramion. Musiał mieć mniej niż 160 cm wzrostu. Mężczyzna był pogrążony w notatkach. Gdy tylko mnie zauważył,  uśmiechnął się w dziwny sposób. Gdyby był rudy, można by pomyśleć, że to właśnie on tył głównym bohaterem „Laboratorium Dextera”.
- No dobra panowie - zwrócił się do eskortujących mnie ludzi. - Rozkujcie ją i możecie sobie iść.
Agenci rozpięli moje kajdanki i posłusznie wyszli. Naukowiec zaczął się mi przyglądać, po chwili jednak całkowicie mnie olał i wrócił do swoich notatek. Stałam na środku laboratorium jak głupia. Ziewnęłam ostentacyjnie i zaczęłam rozglądać się po pracowni. W rogu mieściła się niewielka cela, która miała formę wydzielonego przez dwie przegrody z grubych krat narożnika. Z lekkim przerażeniem spostrzegłam że znajdują się w niej kajdany wmurowane w ścianę. Miałam nadzieje, że nie są one przeznaczone dla mnie. Mężczyzna wreszcie oderwał się od swoich zajęć. Odłożył swój notatnik i podszedł bliżej.
- No dobra niunia, rozbieraj się.
- Że co? - zdziwiłam się. - Zgłupiałeś Dexterku? Nawet się nie znamy. Może najpierw jakieś kino albo chociaż kolacja?
- Ta... bardzo śmieszne, żart nawet poniżej poziomu zombie - skomentował. -Skąd wiesz jak na mnie mówią?- spytał.
- Nie trudno się było domyślić - odpowiedziałam.
- Nieważne. Jak się nazywasz?
- Reva Angelina McCartney - ryknęłam służbowo, prawie stając na baczność.
- No dobra Revciu, skoro już się poznaliśmy, rozbieraj się.
- Ej, tylko nie revciuj mi tutaj! - krzyknęłam. Powoli zaczęłam się rozbierać. Zostałam w samych majtkach i w staniku sportowym.
- No dalej, bieliznę też- powiedział Dex.
- A w mordę chcesz? - wrzasnęłam oburzona. - Nie rozbiorę się... dla zasady, poza tym i tak nieźle tutaj pizga. Nie macie tu ogrzewania, czy co? - powiedziałam, chodź jako zombie raczej nie odczuwałam już zmian temperatury.
- Nieważne - zbył mnie mężczyzna i przystąpił do badania.
Najpierw pobrał kilka próbek krwi, potem mnie osłuchał i sprawdził wszystkie funkcje życiowe. Co chwilę robił jakieś notatki. Nagle chwycił nóż i bez uprzedzenia przebił moje ramię na wylot. Wyjął ostrze i z dziwnym zadowoleniem obserwował jak moje ciało się regeneruje. Z moich ust wyrwało się ostrzegawcze warknięcie.
- Dobra, koniec badań - powiedział naukowiec.
- Tak szybko? - zdziwiłam się.
- Kobieto, jest pierwsza w nocy, o tej porze nikomu nie chce się pracować, a zwłaszcza mnie. Trzeba było zombifikować wcześniej... Wrócimy do tego jutro.
- I co teraz?
- Nic. Ja idę spać a ty na noc lądujesz tam - spojrzał w stronę celi na tyłach.
- Zgłupiałeś?! - wrzasnęłam. - Jestem człowiekiem i mam swoje prawa... No dobra, może nie jestem już człowiekiem - poprawiłam się. - Nieważne, godne traktowanie nadal mi się należy.
- Spokojnie, nikt nie będzie cię przykuwał do ściany, przynajmniej na razie... Załatwiliśmy ci nawet miejsce co spania, widzisz? - wskazał na łóżko polowe pod ścianą. - To pomieszczenie po prostu jest przystosowane do trzymania badanych zombie.
- A mieliście tu kiedyś jakiegoś zombiaka? - zapytałam zaciekawiona.
- Raz, dziesięć lat temu. No wiesz, raczej nikt nie chce ich łapać...
Dex wprowadził mnie do klatki i natychmiast zamknął ją na klucz. Rozejrzałam się szybko. Pręty krat były grube i wmurowane w podłogę, zupełnie jak w areszcie. W środku nie było nic poza łóżkiem i kocem.
- Hej, a jak będę musiała do toalety? - spytałam.
- A widziałaś kiedyś zombie, który by siusiał?- odparł rozbawiony naukowiec.
- No dobra, ale może chciałabym wziąć prysznic albo coś... Wciąż mam resztki truposzy we włosach. No nie jest przyjemne uczucie, uwierz mi.
- Oj nie marudź już. Najpierw musimy ustalić, czy nie jesteś groźna dla innych ludzi albo czy w jakiś sposób nie zarażasz - powiedział trochę poirytowany. - Przecież dopiero zaczęliśmy cię badać. Jak przez cały czas będziesz grzeczna, to cię wypuszczę.
- No dobra - powtórzyłam. - A wiesz już coś konkretnego?
- Tak. Jesteś martwa. Na razie to nam wystarczy.
Mężczyzna zaczął porządkować swoje stanowisko pracy. Musiał wszystko dokładnie zabezpieczyć. W międzyczasie przyszła młoda kobieta, która zabrała jeszcze świeże próbki. Dexter zgasił światło w laboratorium i skierował się do wyjścia.
- Hej! - krzyknęłam na nim.
- Co znowu? - spytał lekko już wkurzony.
- Jestem głodna - oznajmiłam.
- Przykro mi, nie mamy ludzkiego mięsa - odpowiedział.
- Tak, bardzo śmieszne – zirytowałam się. - A nie ma jakiegoś schabowego, albo czegoś takiego? - spytałam z nadzieją.
- Zobaczę co da się zrobić - mrugnął do mnie, po czym wyszedł.
Zostałam sama. W pomieszczeniu panował półmrok. Usiadłam na łóżku, pod kocem znalazłam dresowe spodnie oraz luźną koszulkę, od razu się w nie ubrałam. Po jakimś czasie do pracowni wszedł mężczyzna z tacą pełną kanapek z automatu i butelką coli. Najwyraźniej tutejsza stołówka była już zamknięta. Pracownik zostawił posiłek przy kratach i gdy upewnił się, że nadal jestem zamknięta, wyszedł. Natychmiast sięgnęłam po jedzenie. Kanapki, jak to żarcie z automatu, nie były zbyt smaczne, ale przynajmniej zjadliwe. Miałam mnóstwo czasu aby rozmyślać. Właściwie to nie wiedziałam co mam sądzić o tej całej sytuacji. Najgorsza była ta cała niepewność. Co jeśli mieli zamiar zrobić ze mnie królika doświadczalnego? Takie życie byłoby do niczego. Postanowiłam jednak, że zacznę się martwić, dopiero gdy wszystko się już wyjaśni. Na razie i tak nie było sensu. Wszystko było dla mnie tak odmienne, że nawet nie umiałam sobie wyobrazić co mnie czeka. Po zjedzeniu niezliczonej ilości kanapek poczułam, że wreszcie udało mi się całkowicie zaspokoić głód. Ułożyłam wszystkie śmieci na tacce i położyłam się do łóżka, które bardzo przypominało to, na którym sypiałam w koszarach wojskowych. Przykryłam się kocem i ułożyłam wygodnie, jednak strasznie brakowało mi poduszki. Po chwili stwierdziłam, że przecież i tak nie czuję zimna, więc chwyciłam przykrycie i uformowałam w walec, który podłożyłam pod głowę. Miałam zamiar choć trochę się przespać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.