17 kwietnia 2015

Człowiek Człowiekowi Wilkiem...

Dojechaliśmy prawie godzinę później. Tak się dzieje, kiedy organizacja jest tak tajna, że nie można liczyć na pierwszeństwo na drodze. Naszym celem była niewielka szkoła na obrzeżach miasta. W budynku mieściła się podstawówka i gimnazjum, więc ofiarami stały się niewinne dzieci. Właśnie dlatego jestem przeciwna utrzymywaniu istnienia zombie w tajemnicy. Niby ludzie żyją sobie w spokoju i błogiej niewiedzy, ale ceną tego jest brak jakiejkolwiek wiedzy o obronie w przypadku zetknięcia z żywymi trupami. Zwyczajnie nie ma nic - ani informacji o unikaniu zakażenia, ani nawet środków łączności z łowcami zombie. Czasem mija nawet kilka godzin nim się dowiemy o ataku.
Gdy znaleźliśmy się na miejscu okoliczna ludność była właśnie ewakuowana pod pozorem awarii grożącej wybuchem, a zwiadowcy od jakiegoś czasu już pracowali. Na ich motorach o wiele łatwiej dostać się na miejsce akcji. My niestety jesteśmy zmuszeni używać cięższych pojazdów. Mamy za dużo sprzętu do zabrania, no i czasem musimy też rozjeżdżać zombiaki.
Zaczęliśmy wypakowywać broń. Gdy się zbroiliśmy przekazano nam zebrane już informacje. Zombie wypełzły z kanałów przebijając się do piwnicy. Szkolna budowla była bardzo stara. Podczas drugiej wojny światowej znajdowało się w nim ukryte wyjście ewakuacyjne, prowadzące do kanalizacji. Do ataku truposzy doszło niestety w trakcie przerwy, gdy korytarze były pełne. Większość ocalałych pochowało się w klasach na piętrze. Ci z parteru nie mieli tyle szczęścia, ich zombie dopadły jako pierwszych.
 Podczas gdy zwiadowcy infiltrowali budynek, odział ratunkowy rozpoczął czyszczenie terenu na zewnątrz. Postanowiliśmy się rozdzielić. Część z nas weszła główną bramą, reszta, w tym ja, miała dostać się na teren od tyłu. Gdy przeszliśmy przez niewielką furtkę od razu natknęliśmy się na przemienionego dozorcę. John strzelił bez wahania. Grube cielsko zombie zwaliło się na ziemię. W filmach nigdy nie pokazują tak oczywistych rzeczy. Jeszcze nigdy nie widziałam w telewizji zombiaka z nadwagą. Może w ten sposób telewizja zmniejsza koszty charakteryzacji?
Właśnie zabity potwór był stosunkowo świeży, ledwo co nosił ślady rozkładu. Jeden z samobójców wyjął maczetę i ruszył w stronę zwłok. Świeżaki są za mało przegnite, aby się rozpaść po zniszczeniu mózgu. Nie mają też wytworzonych tych dziwnych niteczek, czy jak im tam było. Takiemu powalonemu zombie należy odrąbać głowę gdy tylko jest okazja, inaczej po jakimś czasie znowu wstanie. Podzieliliśmy się na dwuosobowe zespoły i rozproszyliśmy po terenie. Ja i Trevor wpadliśmy na grupkę zombie-dzieci. Kolejna rzecz, której nie uświadczysz w kiepskich filmach. Widok takich małych truposzy i świadomość, że ofiarami są niewinne dzieci jest okropna. Wielu z nas uważa to za najcięższy element naszej pracy. Wkrótce pozbyliśmy się wszystkich żywych trupów pałętających się na terenie należącym do szkoły. Chłopcy ze spalarki wkroczyli do akcji. Zaraz po tym zaczęto wyprowadzać uwięzionych ludzi przez okna.

Zakończono pierwszą część ewakuacji. Zwiadowcy donieśli jednak o dwóch  niewielkich grupach ocalałych, uwięzionych w bibliotece i w piwnicy. Zombie w budynku miało być stosunkowo niedużo. Około pięćdziesiąt świeżaków i kilkanaście  tych, które przyszły z kanałów. Na szczęście wśród nich nie było mutantów.
Szybko omówiliśmy strategię. John, którego uważaliśmy za przywódcę, zasugerował, że powinniśmy zacząć od biblioteki. Tak też zrobiliśmy. Gdy weszliśmy do szkoły, od razu uderzył w nas smród rozkładu. Część oddziału, w tym ja, naciągnęła chusty na twarz, dawało to niewielką ochronę przed odorem, ale to zawsze coś. Biblioteka znajdowała się na parterze i miała formę tak jakby wysepki na skrzyżowaniu korytarzy. W środku miało się znajdować siedmioro dzieci oraz dwoje nauczycieli.
Zewsząd było słychać jęki truposzy. Zaczęliśmy iść w stronę biblioteki, po drodze wybijając żywe trupy, które się napatoczyły. Nie było czasu na dekapitację, mieliśmy jednak jakąś godzinę do ich ponownego powstania. W końcu dotarliśmy do celu. Drzwi były zamknięte. Trzeba było otworzyć je z kopa. Rozległ się krzyk dzieci.
- Spokojnie, przyszliśmy z pomocą - powiedziałam, starając się je uspokoić.
Wrzaski zwabiły dwoje zombie. Zastrzeliłam je, nim zdążyły się zbliżyć. John polecił nauczycielom zorganizować dzieci. Nagle coś przyciągnęło moją uwagę.
- Kiedy cię pogryzł?- spytałam nauczyciela, wpatrując się w ranę na jego dłoni.
- Jakieś pół godziny temu, gdy próbowałem znaleźć plecak Lilly - odpowiedział. - Dziewczynka potrzebowała insuliny.
- Wiesz co się teraz stanie, prawda? - spytałam.
- Domyślam się - mężczyzna zawiesił głos i spojrzał w podłogę. - Zróbcie to, co należy - powiedział obojętnie.
Kolejna sytuacja, która udowadnia, że należy ujawnić istnienie zombie i W.A.D.A.Z. Gdybyśmy dotarli tu wcześniej, ten człowiek nie musiałby szukać lekarstwa dla dziecka i prawdopodobnie nie zostałby zakażony.
- Trevor! Zostań z nim - poleciłam, wskazując przy okazji na ugryzienie na dłoni.
- Dobra, reszta idzie z nami. Musimy wydostać się z tego bagna - krzyknął Peter, który podczas tej misji był partnerem Johna.
Samobójcy zaczęli się kierować do wyjścia osłaniając ocalonych. Ja zostałam dwa metry od biblioteki, czekając na partnera. Usłyszałam pojedynczy strzał, po wykonanej robocie szybko dołączyliśmy do grupy. Trevor jednak wyglądał jak struty.
- Gdzie jest pan Abercrombie? - spytała mała dziewczynka.
- W lepszym miejscu - odpowiedział po cichu Trevor.
Zbliżała się do nas spora grupka zombiaków, zwabiona najprawdopodobniej piskami przerażonych dzieci. Do wyjścia było już niedaleko. Zaczęliśmy biec, nie zważając na hałas. Wreszcie dopadliśmy drzwi, dzieci były już bezpieczne. Rozpoczęliśmy ostrzał, nie mogliśmy pozwolić truposzom wyjść na zewnątrz. Gdy większość zwłok padło, rzuciłam w głąb korytarza granat zapalający i wybiegłam na zewnątrz. Dopiero później zdałam sobie sprawę z tego, że mogłam przypadkiem rozwalić drzwi. Na szczęście nic się nie stało. Oddaliśmy uwolnionych w ręce sanitariuszy, po czym postanowiliśmy zrobilić sobie krótką przerwę na papierosa i uzupełnienie amunicji. Chwyciłam dwie puszki z napojem i poszłam z nimi do swojego partnera.
- Co tam się stało? - spytałam.
- Właściwie to nic - odpowiedział Trevor, bawiąc się czymś małym. - Ten facet, on był nawet bardzo spokojny. Zanim go zastrzeliłem, poprosił żebym oddał ten zegarek jego żonie – otworzył go i pokazał mi. Na wieczku znajdowała się wytarta fotografia, na której znajdował się zastrzelony wraz z żoną i córeczką.
- I to cię tak dobiło? Przecież dokładnie wiesz, że nie było innego wyjścia. Od zakażenia minęło ponad pół godziny. Mógł się przemienić w każdej chwili. Chciałeś żeby to się stało na oczach dzieci?
- Rozumiem, ale Reva, ja już tak dłużej nie mogę. Codziennie ten świat udowadnia mi, że jest gówno wart. Wydaje mi się, że nie warto ryzykować dla tak zepsutych ludzi. Potem jednak spotykam osoby takie jak ten nauczyciel i już nie wiem co myśleć. To strasznie ryje mi psychikę.
- No dobra, przestań już filozofować - wypaliłam i rzuciłam w niego puszką coli. - Doskonale wiemy, że nie rzucisz roboty, bo po pierwsze ci nie wolno, a po drugie… ty kochasz zabijać zombiaki. Człowieku, weź się wreszcie ogarnij. Jesteś samobójcą od prawie czterech lat, a zachowujesz się tak niemal po każdej misji. Całe szczęście przechodzi ci jak tylko wypijesz sobie dwa piwka...
Natychmiast porzuciliśmy ten ponury temat. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, co rusz rzucając głupie żarty.
- No dobra, przestańcie już flirtować - krzyknął w naszą stronę John. - Dziesięć minut przerwy nam wystarczy. Wracamy do tego burdelu.

1 komentarz:

  1. Powiem Ci, że ciekawie piszesz. Parę błędów się zdarza, no ale nikt nie jest idealny w tej kwestii.
    Zapraszam Cię na konkurs na moim blogu.Do wygrania jest książka ;)
    http://zapiskizwyobrazni.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.