14 kwietnia 2015

Dzień jak Codzień

Jak zwykle obudziłam się koło południa. Na szczęście tym razem udało mi się nie przespać lunchu. Taka już jestem, po prostu kocham spać. Bynajmniej nie mam żadnych problemów ze wstawaniem. Zawsze potrafię się rozbudzić w niecałe pięć minut, i to nawet bez kawy. Chodzi o to, że ja po prostu uwielbiam drzemać. Moje sny są strasznie popieprzone, dlatego uwielbiam śnić. Szkoda, że w ciągu godziny o nich zapominam, bo jestem pewna, że na ich podstawie mogłabym napisać świetną książkę.
Przed lunchem zdążyłam jeszcze przez godzinkę poćwiczyć na naszej niewielkiej, acz całkiem dobrze wyposażonej siłowni. Szanujący się łowca zombie musi przecież dbać o swoją sprawność. Wzięłam szybki prysznic i poszłam do stołówki. Razem z resztą drużyny usiadłam przy naszym ulubionym stoliku w kącie sali. W samobójcach jest nas ośmioro. Wydaje się że to niewiele, ale jak już wspominałam, ratownicy borykają są z ciągłym wakatem. Razem z nami siada również dwóch chłopaków ze spalarki i mój najlepszy kumpel Tim, który jest zwiadowcą. Rozmowy przy posiłku jak zwykle dotyczyły jakiś dupereli, co chwilę padały też jakieś seksistowskie komentarze. Zdążyłam się już przyzwyczaić. W obrażaniu przeciwnej płci jestem nawet lepsza niż koledzy. Ogólnie badassi to męski świat. W naszym budynku oprócz mnie mieszkają jeszcze tylko dwie dziewczyny. Nasze stosunki opierają się jedynie na mówieniu sobie cześć. Są za mało szalone aby chcieć się ze mną zadawać.
Na stołówce nikt nie śmiał poruszyć tematu misji sprzed dwóch tygodni, podczas której straciliśmy dwoje ludzi. Gdybyśmy rozpamiętywali każdą śmierć członka drużyny, już dawno byśmy oszaleli. Okręg działań naszej grupy jest stosunkowo mały, więc idealnie nadaje się do nabywania doświadczenia. Niemal połowa naszych pracowników to tacy nowicjusze jak ja. W obrębach agencji transfery do innych okręgów zdarzają się bardzo często. Nie łatwo jest uzupełniać braki w oddziałach, skoro brakuje chętnych. Czasem nawet zdarza się kogoś przenieść do innego kraju. Nie należy się zbytnio przywiązywać do członków zespołu. Nawet jeśli uda im się przeżyć te wszystkie samobójcze misje, to i tak zostaną w końcu przeniesieni na drugi koniec kraju. Zawsze jednak można rzucić jakimś sprośnym żartem dla rozluźnienia atmosfery.

Resztę dnia postanowiłam spędzić na czytaniu książki. Członkom oddziałów interwencyjnych i tak nie wolno przebywać zbyt daleko od siedziby. Jest to jedna z niepisanych zasad. Wszystko wskazywało na to reszta dnia będzie spokojna. Nagle rozległ się alarm, który jak zawsze wydawał z siebie irytujące dźwięki. Wykryto kolejne zombiaki do poskromienia. Natychmiast wyjęłam sprzęt ze specjalnej szafy w rogu pokoju. W niecałe piętnaście minut wbiłam się w mój kombinezon i pobiegłam do garażu. To był już siódmy atak w ciągu trzech miesięcy. Jak na taki mały okręg jak nasz to było dość nietypowe. Napaści zombie ostatnio zdarzały się bardzo często. Niemal codziennie pojawiały się w jakimś okręgu w kraju. W innych w miarę bogatych państwach działo się to samo. Ciekawe co teraz powiedzą ci, którzy narzekają na niektórych ludzi i te ich „problemy pierwszego świata”. W mojej ocenie problem żywych trupów jest jednak warty uwagi.
W ciągu kwadransa wszyscy wyjechaliśmy naszymi dwoma Jeepami. Zwiadowcy wyruszyli dziesięć minut wcześniej. Różnica między nami a antyterrorystami jest taka, że nawet godzina różnicy zombie nie obejdzie, nadal będą tak samo głodne i zabójcze. Zaatakowanym ludziom również nic się nie stanie, i tak albo zostali zagryzienie od razu, albo schowali się w jakimś bezpiecznym miejscu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.