18 kwietnia 2015

... a Zombie Zombie Zombie

Gdybym miała kiedykolwiek wybierać miejsce do kręcenia horroru, byłaby to właśnie piwnica w tej starej szkole, chodź sceneria przypominała bardziej opuszczony psychiatryk, niż miejsce, gdzie jeszcze kilka lat temu odbywały się lekcje. Korytarz był dość wąski. Ściany były pokryte łuszczącą się farba w odcieniu jajecznicy, a strop był tak niski, że Trevor, który ma nie więcej niż 190 cm wzrostu, musiał się garbić aby nie szorować czupryną sufitu. Czy ci uczniowie nie mogli znaleźć sobie gorszego miejsca na kryjówkę? Tajemnicą pozostaje, po co te dzieciaki tu przylazły. Do uratowania mieliśmy piątkę. Zamknęli się w jednej z nieużywanych już od dawna klas. Wyciągniecie ich wydawało się jednak dość proste, nawet dla takiego nowicjusza jak ja.
Gdy zeszliśmy na dół, John wraz z Peterem na wszelki wypadek stanęli przy wyrwie prowadzącej do kanału. Mieli pilnować aby żaden zbłąkany trup, przypadkiem się tu nie przedostał. Klasa znajdowała się na drugim końcu piwnicy. Po korytarzu pałętało się raczej niewiele zombie, więc szybko wytłukliśmy je co do jednego. Z zamkniętego pomieszczenia dochodziły szepty, po chwili stare, lekko zdewastowane drzwi jednej z klas lekko się uchyliły.
- Dobra dzieciaki, zbieramy się - rzuciłam.
Ruszyliśmy szybkim krokiem w stronę schodów. Gdy byliśmy w połowie drogi, usłyszeliśmy krótkie, ale znaczące zdanie. „O kurwa!!!”. Samobójcy pilnujący dziury rozpoczęli ostrzał. Nagle Johna powalił zombie. Już było po nim.
- Wracajcie do klasy – Trevor krzyknął do dzieci.
Posłuchały od razu. Za zamkniętymi drzwiami były chwilowo bezpieczne. Cały oddział ruszył w stronę pojawiających się zombie. Umarlaki blokowały nam drogę na schody. Zombiaków było coraz więcej, z trwogą spostrzegłam, że kilka z nich to mutanci. Powoli cofaliśmy się pod ścianę, nie mieliśmy żadnych szans. Skończyła mi się amunicja w karabinie. Wyciągnęłam glocki. Rozpaczliwie wzywaliśmy pomocy, chociaż wiedzieliśmy, że nie możemy liczyć na żadne wsparcie. Mutanty rzucały się w naszą stronę. Porzuciłam puste pistolety. Byłam już gotowa na śmierć. Chwyciłam maczetę i rzuciłam się w tłum zombie. Moim celem było zabić ich jak najwięcej. Żywe trupy zaczęły się mną pożywiać. Poczułam wtedy przeciągły ból, który był dla mnie całkiem nieznanym doświadczeniem. Ostatnio zdarzyło mi się cokolwiek czuć, gdy ktoś przypadkiem postrzelił mnie na strzelnicy. Nie miało to jednak porównania z tą sytuacją. Powoli traciłam świadomość. Ledwo dochodziły do mnie krzyki mordowanych przyjaciół. Wkrótce było już po wszystkim.

Powoli otworzyłam oczy. Szumiało mi w głowie. Leżałam na ziemi w kałuży krwi. Dookoła kręciły się dwa tuziny zombie. Najwyraźniej reszta wróciła do kanalizacji. Czułam okropny smród rozkładu. Delikatnie poruszyłam ręką w poszukiwaniu maczety. Nie rozumiałam co się dzieje, powinnam była być martwa. Zamiast tego czułam się całkiem dobrze. Zombiaki zdawały się nie zwracać na mnie uwagi. Nieśmiało przytknęłam dłoń do tętnicy. Nie wyczułam pulsu. Było źle, i to bardzo, kurwa, źle. Z przerażeniem zauważyłam, że z mojego ciała były powygryzane kawałki mięsa. Rany jednak powoli się zasklepiały. W lewym ramieniu nadal prześwitywała kość. Z moich ust wyrwało się mimowolne warknięcie. Zaczęłam sobie powoli wszystko przypominać. Nie wiem ile czasu minęło od kiedy, tak jakby umarłam. Zapewne mniej niż godzina, gdyż ciała moich towarzyszy nie zdążyły ulec zombifikacji. Wydałam z siebie kolejne warknięcie i wstałam. Żywe trupy zaczęły podążać w moją stronę. Ruszyłam do ataku posiadając jedynie maczetę. Moje ruchy były szybkie i precyzyjne. Tym razem nie czułam żadnego bólu. Zombie co rusz gryzły mnie i drapały, moje ciało jednak regenerowało się dość szybko. Miałam wrażenie, że jestem o wiele silniejsza niż kiedyś. Jeden ze zmutowanych zombie chwycił mnie za rękę i wyrwał ją w łokciu. Kończyna upadła na ziemię. Niewiele myśląc chwyciłam ją i odskoczyłam kilka metrów w tył. Dłoń nadal się poruszała. Instynktownie wiedziałam co powinnam zrobić. Przytknęłam wyrwane ramię na miejsce, po chwili kości się połączyły, a mięśnie powoli zaczęły się scalać. Ręka była niemal w pełni sprawna. Ponownie rzuciłam się w wir walki. Byłam jeszcze bardziej wkurzona. Co rusz warczałam i syczałam, szczerząc kły. W końcu złamałam ostrze. Zaczęłam atakować gołymi rękami, co jakiś czas używając zębów. Zombiaki były okropne w smaku, byłam jednak zbyt wściekła, aby o tym myśleć. Nikt przecież nie będzie bezkarnie mnie zabijał. Wrogów ubywało, sprawiało mi to podejrzanie dziwną przyjemność.
Jeden z mutantów zamachnął się na mnie ławką. Zrobiłam unik i padłam na ziemię, jednocześnie podcinając napastnika oszczędnym kopnięciem. Jednym sprawnym ruchem ukręciłam mu głowę. Szybko podniosłam się i wróciłam do walki. Gdy byłam zajęta mordowaniem usłyszałam tupot ciężkich butów. Pojawili się ludzie ze spalarki w grubych kombinezonach. Wykończyłam resztę żywych trupów, wyplułam kawałek zgniłego mięsa i uniosłam ręce do góry. Cały oddział zgłupiał na mój widok. Zdałam sobie sprawę, że dzieci podglądały przez dziurkę od klucza. Musiały być przerażone.
 Otarłam twarz z krwi i kazałam im wyjść. Przestraszone dzieciaki pobiegły w stronę oddziału spalarki. Starały się trzymać ode mnie z daleka, w ich oczach było jednak widać niemą wdzięczność.
- Co tu się, kurwa, dzieje? - spytał jeden z mężczyzn.
- Sama chciałabym wiedzieć - odpowiedziałam wzruszając ramionami.
Nagle przypomniałam sobie o tym co mówił Trevor. Podeszłam do jego zmasakrowanego ciała. W jego plecaku wciąż znajdował się zegarek. Czułam się zobowiązana do oddania go w jego imieniu.

Wyszliśmy z budynku. Cały czas kazano mi iść przodem, a w moją stronę był wycelowany mój własny  karabin. Nie ufali mi i wcale się im nie dziwiłam. Odetchnęłam z ulgą gdy wreszcie poczułam świeże powietrze. Tim natychmiast pobiegł w moją stronę.
- Co tam się stało? - zapytał, przytulając mnie. - Strasznie się martwiłem, gdy urwał się z wami kontakt. Co z resztą?
Wykonałam prosty gest dając do zrozumienia, że wszyscy nie żyją. Mężczyzna spuścił głowę. Nagle zaczął się przyglądać mojemu porwanemu kombinezonowi. Na moim ciele wciąż widniały paskudne ślady po niektórych ugryzieniach. Na jego twarzy malowała się trwoga.
- Dlaczego jesteś taka blada? - spytał niepewnie.
- No nie wiem, może dlatego, że jestem martwa! - wypaliłam bez namysłu.
Tim natychmiast zamilkł, chwycił mnie za rękę i odprowadził do samochodów. Dzieci zostały oddane pod opiekę sanitariuszy. Ludzie ze spalarki relacjonował to, czego byli świadkami. Tego, jak mordowałam zombie gołymi rękami, mając zapewne szaleństwo w oczach. Wykorzystując tę chwilę zamieszania, chwyciłam kilka butelek z wodą i ręcznik. Miałam zamiar zmyć z siebie krew i resztki truposzy. Kilkanaście razy wypłukałam też usta. Jeden z dowodzących akcją podszedł do mnie.
- No dobra McCartney. Co tam się wydarzyło? - spytał.
- A bo ja wiem? - wzruszyłam ramionami. - Zeszliśmy do piwnicy. Sytuacja wydawała się bezpieczna. Przecież podobno zwiadowcy zrobili sobie wycieczkę po kanałach i zapewnili, że nie ma już w nich żadnych zombie, a teren został zabezpieczony... Najwyraźniej się jednak pomylili. Peter z Johnem i tak na wszelki wypadek stanęli przy wyrwie. W niczym to jednak nie pomogło… Tych zombiaków było dziesiątki, jeśli nawet nie setki. Kilkanaście z nich było mutantami. Byliśmy zupełnie odcięci. To w ogóle cud, że dzieciaki przeżyły. Walczyliśmy dopóki nie skończyła się nam amunicja. No, a potem chyba umarłam.
- Jak to umarłaś? - zdziwił się dowódca.
- Normalnie. Chyba zagryzły mnie zombie, co zresztą dość bolało. Po jakimś czasie jednak się obudziłam. Dość mocno nadgryziona, ale w pełni sprawna. Nie wiem ile czasu minęło od tej dziwnej śmierci, ale truposze w większości zdążyły pochować się w kanałach. Sama nie rozumiem, dlaczego to wszystko miało miejsce, ale jestem pewna, że już nie żyję. Nie posiadam pulsu i miejscami widziałam swój układ kostny, nie wspominając już o tym, że w czasie walki odpadła mi ręka - nagle zamilkłam. - Ja chyba... stałam się zombie - wykrztusiłam po chwili z niedowierzaniem.
Jednemu z podsłuchujących wyrwało się krótkie „ja pierdolę”. Dowódca zmierzył go wściekłym wzrokiem, jednak powtórzył za nim szeptem:
- Ja pierdolę - był naprawdę zmieszany. - To jest zupełnie niezgodne z tym jak działa wirus Z. Chociaż on sam wydaje się nie podlegać żadnym prawom biologii. Kurwa. Co ja mam teraz napisać w raporcie? Cały oddział ratunkowy nie żyje, a nasz najlepszy nowicjusz stał się rozumnym zombiakiem. Przecież w to nie da się uwierzyć. Co ja mam kurwa zrobić?
- Nie mam pojęcia - oznajmiłam, gdy nastała głucha cisza. - Jestem głodna - dodałam nieśmiało po chwili.
Wszystkie oczy z przerażeniem zwróciły się w moją stronę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.