31 maja 2015

Nareszcie Wolność

Spędziłam pod nadzorem już osiem dni. Większość nocy upływała mi na oglądaniu sufitu. Udało mi się zasnąć tylko raz i to na krótko. Przynajmniej mój sen był tak porąbany jak zawsze. W ciągu ostatniego tygodnia przeszłam więcej badań niż niejeden hipochondryk przez całe życie. Obejmowało to wszystko, poczynając od zwykłego rentgena czy rezonansu, kończąc na jakichś tam tomografiach i oczywiście sekcji zwłok. Tyle razy pobierano mi krew, że powinnam otrzymać tytuł mega honorowego krwiodawcy. Było z dziesięć litrów jak nic. Udało mi się dowiedzieć wielu rzeczy, przede wszystkim tego, że Dex jest chorym psychopatą i dupkiem. Nie dało się nie zauważyć, że z wielką radością poddawał mnie różnym testom, które w normalnym przypadku stanowiłyby dość wyszukane tortury. Całe szczęście,  że odgórnie narzucono mu jakieś granice. W.A.D.A.Z najwyraźniej potrzebowało mnie żywej, o ile można tak powiedzieć o kimś, kto jest zombie…
Badanie dały nam odpowiedzi na niemal wszystkie pytania. Mój organizm żył w idealnej symbiozie z wirusem Z, Dexter twierdzi, że to tak, jakby całe moje ciało było jednym wielkim nowotworem. Nie wiem o co mu chodzi, ale kto jest w stanie zrozumieć takiego szaleńca? Mój kod genetyczny został zmodyfikowany. Naukowiec utrzymuje, że nigdy wcześniej nie widział czynnika mutagennego, który działał by tak szybko. Wirus osiedlił się w większości w wątrobie. Znajdował się również w mózgu, jednak nie w takiej ilości, jak u zwykłych zombie. Nie wiem dlaczego wybrał akurat wątrobę, ale dzięki temu jest to moja najmniej martwa część ciała. Miało to duży wpływ na moją krew. Produkowane enzymy zupełnie zmieniły jej skład i gdyby nie DNA, nikt by nie pomyślał, że należy ona do człowieka. Dawniej miałam grupę B Rh+, tuż po zombifikacji określono ją na 0 Rh-. Później okazało się  jednak że nie można stwierdzić tego do końca, bo w osoczu nie odnaleziono żadnych przeciwciał, a że nie posiadałam też antygenów, to teoretycznie nie miałam grupy krwi. Po kolejnych badaniach, odkryto coś, co przypominało antygen, ale raczej nim nie było, więc sprawa stała się jeszcze bardziej skomplikowana. W końcu Dex się wkurzył. To tylko blokowało kolejne badania. Wreszcie postanowił zlecić to komuś innemu. Zapakował wszystkie próbki, a w dokumentach, w rubryce Grupa Krwi, wielkimi literami zapisał „POJEBANA”.
Każde kolejne testy wykazywały coraz dziwniejsze rzeczy. Potrafiłam na przykład wykorzystać ponad 60% mózgu na raz. To dziwne, bo nie czułam się specjalnie mądrzejsza. Oczywiście to, że wykorzystujemy  10% naszego mózgu to tylko mit. Człowiek wykorzystuje go w całości, jednak nigdy na raz. Według  badań, mózg przeciętnego człowieka jest aktywny w 10 do 30%. Ja na raz potrafiłam zużyć dwa razy więcej. Dexter nie jest jednak pewien czy to ja, czy wirus, tego nie dało się niestety w żaden sposób sprawdzić.
Mężczyzna  każdego dnia wracał z nowymi pomysłami. Przebadał chyba każdą komórkę mojego ciała. Większość wyników to był po prostu naukowy bełkot. Zrozumiałam jednak, że mój szkielet jest twardszy, mięśnie mocniejsze, a ścięgna o wiele bardziej elastyczne. Jako, że nie żyję, a przede wszystkim nie oddycham, wszelkie znane trucizny były dla mnie obojętne. Jedyną rzeczą, której nie da się wytłumaczyć w żaden sposób, był mój układ trawienny. Mimo wcześniejszych żartów, Dexa zainteresowało to, że nie muszę chodzić do toalety. Testy zaczął od zwykłej sondy. Odbyły się dwie próby. Za każdym razem sondy ulegały uszkodzeniu i niczego nie rejestrowały. Dexter zdecydował się na bardziej prymitywne metody. Rozciął mi żołądek i po prostu obserwował.  Podczas pierwszej próby był całkowicie pusty. Kolejne badanie odbyło się tuż po posiłku. Żołądek nie wytwarzał żadnych enzymów trawiennych, a jego zawartość była nietknięta. Mężczyzna wpatrywał się w przeżute jedzenie dość długo. Nie wydarzyło się nic. Wreszcie postanowił mnie z powrotem poskładać. Badania powtarzał przez cztery kolejne dni. Za każdym razem było to samo. Trawienie odbywało się tylko wtedy gdy nikt nie patrzył. Nie dało się tego wyjaśnić w żaden racjonalny sposób.

Jak zwykle z niecierpliwością czekałam na Dexa. Dopóki mężczyzna nie zaczął pracy, byłam całkiem sama i nie miałam nic do roboty, do tego za każdym razem przynosił dla mnie posiłek. Dexter zawsze się spóźniał, dlatego nie zdziwiło mnie, że i tym razem nie przyszedł na czas. Gdy wreszcie raczył się stawić, miałam ochotę poważnie go opieprzyć, nim jednak zdążyła się odezwać, rzucił we mnie torbą z hamburgerami. Uznałam, że jedzenie mimo wszystko ma pierwszeństwo. Naukowcowi jak zwykle się upiekło, przecież nie można mówić z pełną buzią…
Doktor Abraham krzątał się po swoim laboratorium. Jak zwykle starał się odnaleźć w bałaganie, który pozostawił po sobie poprzedniego dnia.
- Może zaczął byś dbać o swoje laboratorium - rzuciłam.
- To nie jest moje laboratorium - odpowiedział. - Chwilowo się tu przeniosłem, ponieważ to jedyna pracownia przystosowana do przetrzymywania zombie. Normalnie prowadzę badania w swoim czystym,  schludnym, miłym i przytulnym gabinecie. Musisz mnie tam kiedyś odwiedzić.
- Nieważne - zbyłam go. - Co dziś robimy?
- Nic. Jesteś wolna.
- Co?! - niemal podskoczyłam.
- No tak. Badania wykazały, że nie zarażasz w żaden sposób. Nie jesteś też agresywna, to znaczy nie bardziej niż przeciętna, wkurwiona kobieta. Nie stanowisz zagrożenia, więc możemy cię już wypuścić – powiedział, i jak to ma w zwyczaju, rzucił we mnie kluczami.
- To co teraz?- spytałam wychodząc z celi.
- Możesz sobie iść. Dostałaś pozwolenie na swobodne poruszanie się po całym kompleksie. Tylko na razie nie wychodź poza teren. A teraz zostaw mnie samego - westchnął. - Muszę ogarnąć ten burdel.
Posłusznie wyszłam, ciesząc się właśnie odzyskaną wolnością. W ciągu tych ośmiu dni aresztu kilka razy opuszczałam laboratorium aby poddać się badaniom. Zawsze jednak byłam skuta kajdankami i prowadzona przez dwóch ochroniarzy, Dex twierdził, że to na wszelki wypadek. Teraz miałam ochotę skakać  i robić fikołki, zupełnie jak jakieś małe dziecko. Natknęłam się na dość miłą, starszą kobietę, która powiedziała, że ma ona być tak jakby moim przewodnikiem. Miałam straszną ochotę wziąć kąpiel i to taką prawdziwą, nie jak do tej pory, przy użyciu jedynie wiadra wody. Pracownica zabrała mnie do pokoju, który prawdopodobnie był przeznaczony dla przyjezdnych. Od razu skierowałam się do łazienki. Na półce znajdowały się wszelkie potrzebne kosmetyki. Chwyciłam szampon i żel do kąpieli, po czym weszłam pod prysznic. To było cudowne uczucie, dawno nie czułam się tak dobrze. Wyszorowałam dokładnie całe ciało. Cały czar prysł, gdy zabrałam się za włosy. Nadal miałam w nich zasuszone kawałki zombie. Ohyda! Jedna rzecz to tłuc zombiaki i nurzać się w ich flakach, ale chodzenie przez tydzień z resztkami truposzy na głowie, to zupełnie inna sprawa. Zużyłam całą butlę szamponu. Gdy stwierdziłam, że chyba pozbyłam się już wszystkich szczątków, owinęłam się w ręcznik i wyszłam z łazienki. Odkryłam, że ktoś zabrał moje ubrania. Na łóżku czekały na mnie za to nowa koszulka, bielizna, spodnie dresowe, skarpetki i trampki. To dziwne, ale stęskniłam się za jakimikolwiek butami. Podczas aresztu chodziłam kompletnie boso. Nikt nie raczył mi przynieść nawet zwykłych kapci. Szybko ubrałam się i wyszłam z pokoju. Kobieta czekała na mnie pod drzwiami.
- To gdzie teraz chcesz iść? - spytała.
- Odwiedziłabym stołówkę.

Stołówka miała raczej formę bufetu. Nie było stałych godzin posiłków. Każdy jadł co chciał i kiedy chciał. Jak tylko pojawiłam się na sali, wywołałam ogólne poruszenie. Najwyraźniej plotki się już rozeszły. Na szczęście nikt nie zdecydował się do mnie podejść. Kobieta, która mi towarzyszyła, miała na imię Helen. Gdy jadłyśmy posiłek, starała mi się opowiedzieć  o tutejszej siedzibie. Musiałam przyznać, że kuchnia była tu o wiele lepsza niż w mojej rodzimej jednostce. Wystrój również był bardziej przyjemny. Ściany były pomalowane farbą w kolorze głębokiego błękitu, a podłogę wyłożono jasnymi kafelkami. Przy wejściu stało kilka automatów z jedzeniem i napojami. Stoły i krzesła były zrobione z ciemnego, lakierowanego drewna. W ogromnych oknach wisiały ciężkie, błękitne zasłony, a na parapetach stały doniczki z kwiatami. Pomieszczenie zupełnie nie przypominało typowych stołówek, gdzie królowało tanie linoleum i lamperie w mdłym kolorze. Wyglądem przywoływało na myśl raczej całkiem dobrą restaurację.
Podeszłam do lady i zamówiłam trzy porcję panierowanych kawałków kurczaka. Po paru minutach odebrałam talerz i z przyzwyczajenia usiadłam przy stoliku w rogu sali, który akurat był pusty. Moja nowa przyjaciółka wyjaśniła mi, że każdy posiłek jest notowany i odliczany od kolejnej pensji. Wydało mi się to bardzo wygodnym rozwiązaniem. Helen oświadczyła, że musi już wracać do swoich obowiązków. Zanim odeszła, poprosiłam ją jednak, żeby pokazała mi gdzie znajduje się siłownia. Miałam wrażenie, że strasznie zardzewiałam przez ostatni tydzień. Powiedziała mi jak tam trafić i poszła.

Nie trudno było się odnaleźć. Gdy dotarłam na miejsce, moim oczom ukazała się ogromna hala. Znajdowały się w niej chyba wszystkie istniejące sprzęty do ćwiczeń. Sala na szczęście była pusta. Miałam ochotę poszaleć i przetestować swoje możliwości. Zaczęłam od krótkiej rozgrzewki, po czym zabrałam się za podnoszenie ciężarów. Spokojnie dźwigałam o pięćdziesiąt kilo więcej niż zwykle. Gdybym się postarała, może mogłabym dołożyć kolejne pięćdziesiąt, ale jak na razie, nie chciałam się jednak uszkodzić. Zostawiłam sztangę i wskoczyłam na bieżnię. Nie zauważyłam żadnej znaczącej poprawy. Nagle zauważyłam obszar idealny do ćwiczenia parkour, lub innych akrobacji. Znajdowały się tam różne drabinki, drążki, ścianki i inne przeszkody. Zabawa dopiero miała się zacząć. Wydawało mi się, że instynktownie wiem co mam robić. Podskoczyłam i złapałam się za rurę, która była trzy metry nad moją głową. Niesamowite… Zupełnie jak zmutowane zombie, jak nie lepiej. Czułam, że jestem o wiele bardziej zwinna niż kiedyś. Skakałam po całym obszarze, co jakiś czas niestety powarkując. Najwyraźniej nigdy nie dam rady tego opanować. Nagle zauważyłam, że przygląda mi się Dex razem z jakimś innym agentem. Mężczyzna co jakiś czas kiwał głową z uznaniem. Postanowiłam sprawdzić o co chodzi. Akurat wisiałam głową w dół jakieś dwadzieścia metrów nad ziemią. Odwinęłam się i zeskoczyłam na materac, nim zdążyłam pomyśleć, że to cholernie niebezpieczne. Nic mi się jednak nie stało. Z przyzwyczajenia chwyciłam ręcznik, zapominając, że przecież się nie pocę. Przerzuciłam go przez szyję i podeszłam do obserwatorów. Tajemniczy agent był bardzo wysokim, umięśnionym brunetem. Mógł mieć jakieś trzydzieści lat. Na jego lewym policzku znajdowała się podłużna blizna. Dodawało mu to jednak uroku. Musiał mieć całkiem spore powodzenie u kobiet. Jego niebieskie oczy natychmiast skupiły się na mnie. Miał urodę typowego, niemieckiego żołnierza z ulotki propagandowej. Gdyby miał jeszcze blond włosy to sam Hitler z pewnością by się w nim zakochał. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, budziła jednak sympatię i zaufanie.
- To jest Jeremi, nieoficjalny szef tutejszych samobójców - przedstawił go Dexter. - A to jest właśnie Reva McCartney.
- Bardzo mi miło - powiedział Jeremi, podając mi rękę.
- Rozmawiałem właśnie z Jerrym - kontynuował Dex. -  Nasi przełożeni stwierdzili, że z tą swoją zombicznością, będziesz zapewne świetną agentką, postanowili więc przywrócić cię do czynnej służby.
- Naprawdę? -  spytałam, mimowolnie się uśmiechając.
- Poważnie - odpowiedział Jerry. - Akurat dwa tygodnie temu straciliśmy jednego członka, więc mamy wakat. Nasza jednostka jest jedną z najlepszych w organizacji i najlepsza w kraju, a ty masz bardzo krótki staż, dlatego martwiłem się, czy będziesz do nas pasować. Po tym co jednak zobaczyłem, wszystkie moje wątpliwości się rozwiały.
- Dzięki. Nie do końca ogarniam jeszcze jak to robię, ale myślę, że dam radę.
- No to załatwione - powiedział Dexter. - To ja zostawię was samych.
- Czekaj! - krzyknęłam za nim. - Wiesz może, co się stało z moją rodzimą jednostką? Wyglądało to nieciekawie.
- Nie chcą cię z powrotem, jeśli o to chodzi. Pracownicy mimo wszystko się ciebie boją. Póki co sprowadzono tam kilku wolnych agentów z Rosji.
 - Ok, dzięki.
Naukowiec odszedł, a ja i Jeremi zaczęliśmy omawiać służbowe sprawy.

Jerry przedstawił mnie zespołowi. W teamie znajdowały się dwie kobiety, mogło to stanowić ciekawą odmianę. Wszyscy wydawali się mili, w każdym razie nikt otwarcie nie okazywał strachu. Po wymienieniu kilku formułek grzecznościowych, Jeremi zaprowadził mnie do mojego nowego pokoju, po czym zostawił mnie samą. Od razu rozejrzałam się po pomieszczeniu. Pokój był o wiele większy i lepiej wyposażony, niż ten w mojej starej jednostce. Znajdowało się w nim biurko, spory regał, komoda na ubrania, szafa na broń, nawet niewielki telewizor. Moją uwagę od razu przykuło ogromne łóżko. Postanowiłam się na nim położyć. Było niesamowicie wygodne. Miałam wrażenie, ze leżę na mięciutkiej chmurce. Po około półgodzinie usłyszałam pukanie do drzwi. Do pokoju wszedł mężczyzna wiozący ze sobą ogromną paczkę. Podziękowałam i otworzyłam ją z ciekawością. W środku znajdowały się moje rzeczy i list, który był od Tima. Kochany Tim, zaraz po moim wyjeździe spakował moje rzeczy i wysłał je do stolicy. Obiecałam sobie, że następnego dnia do niego zadzwonię. W pudle znajdował się mój laptop, komórka, wszystkie moje bibeloty i większość ubrań. Zapakował nawet mojego kochanego Skull-guna, tak koledzy ochrzcili mój karabin, zaraz po tym, gdy dla jaj umieściłam na nim naklejkę z uroczą czaszką. Nazwa szybko się przyjęła. Broń została dokładnie wyczyszczona. Pogodziłam się już z utratą całego sprzętu. Nie wyobrażam sobie jednak mordowania zombie bez mojej niuni. Zaczęłam powoli wypakowywać swoje graty. Nagle dotarło do mnie, ze Tim musiał dotykać mojej bielizny. Wiem, że to głupie, ale zrobiłabym się czerwona, gdyby nie to, że nie mogłam. Szybko znudziło mi się urządzanie nowego pokoju. Postanowiłam, że dokończę jutro.
Było już późno w nocy, stwierdziłam jednak, że jeszcze jedna kąpiel nie zaszkodzi. Tym razem ograniczyłam się do krótkiego prysznica. Gdy skończyłam owinęłam się w ręcznik i spojrzałam w lustro. Podeszłam bliżej. Wreszcie miałam okazję przyjrzeć się sobie dokładnie. Moja cera stała się blada i lekko ziemista. Większość blizn i znamion rzeczywiście zniknęło. Dawniej miałam zielone oczy. Teraz były jasnoszare i do tego podkrążone. Włosy w odcieniach miodu, teraz raczej przypominały siano. Stwierdziłam, że dam radę się z tym pogodzić. Mogło być o wiele gorzej. Moje zęby stały się jakby większe, a kły ostrzejsze, prawie jak u wampira. Już wcześniej to zauważyłam, myślałam jednak, że to tylko złudzenie. Moje paznokcie również się zmieniły. Przypominały raczej krótko obcięte pazury. Po prostu mutant, do tego martwy…
Zrzuciłam ręcznik. Wydawało mi się, że trochę schudłam, a moje mięśnie stały się bardziej wyraźne. Na całe szczęście moje piersi były takie same jak dawniej. Wciąż miały rozmiar, który określałam jako prawie duże. Dostatecznie małe, aby nie przeszkadzały podczas aktywności fizycznej i wystarczająco duże, aby faceci mieli ochotę tam patrzeć. Obróciłam się kilka razy. Stwierdziłam, że wyglądam jak zabiedzona ćpunka. Postanowiłam, ze nie będę jednak się nad sobą użalać. Trochę zbrzydłam, to prawda, ale za to zyskałam umiejętności superbohatera. Spostrzegłam jeszcze, że dziurki po kolczykach zniknęły. Szkoda, przecież nie będę sobie przebijać uszu w pięciu miejscach co pół godziny. Będę musiała chyba trochę zmienić image.
Ubrałam się w piżamę wygrzebaną z mojego kartonu i położyłam się do łóżka. Zaczęłam sobie spokojnie rozmyślać. Miałam szczęście, że to wszystko skończyło się w taki sposób. Naprawdę obawiałam się, że zostanę królikiem doświadczalnym. Tymczasem moja przyszłość przedstawiała się całkiem dobrze. Pozostał jeden problem. Jak mam powiedzieć ojcu, że stałam się truposzem? Był ze mnie taki dumny, gdy dowiedział się, że postanowiłam zostać samobójcą. Tata nienawidził zombie, gdyż zabiły jego brata. Póki co najlepiej będzie chyba nic mu nie mówić. Niech żyje sobie w błogiej niewiedzy, jak większość społeczeństwa… Długo jeszcze wierciłam się w łóżku, dopiero po upływie jakichś dwóch godzin udało mi się wreszcie zasnąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.