23 maja 2015

On jest Chory

Naukowcy rozpoczęli pracę jakąś godzinę temu a Dexterek oczywiście nie raczył się jeszcze stawić. Tej nocy niestety  nie udało mi się zasnąć. W ogóle nie byłam śpiąca, ani nawet zmęczona. Czy zombiaki nigdy nie sypiają? Ale ja przecież tak kocham spać…
Przez kilka godzin wierciłam się na łóżku, w tym czasie wypróbowałam chyba wszystkie możliwe pozycje do spania. W końcu się poddałam. Od jakiegoś czasu siedziałam sobie na podłodze i składałam żurawie origami z opakowań po kanapkach, lepsze to niż nuda. Znowu byłam  głodna. Czy to nigdy się nie skończy?
Nagle drzwi do laboratorium się otworzyły. Do środka wszedł doktor Abraham. Skierował się do mojej celi. Uśmiechnął się do mnie, po czym ze swojej teczki wyjął ogromną torbę z KFC. Od razu przeszła mi złość za jego spóźnienie. Miałam ochotę rzucić się mu na szyję i ucałować. Ten głód zombie był naprawdę upierdliwy…
- Dobra niunia, najedz się, bo czeka nas dzisiaj długi dzień - powiedział.
Zaraz po tym zaczął przygotowywać swoje stanowisko pracy. W tym czasie zajęłam się posiłkiem. Wyciągnęłam na początek podwójnego cheeseburgera. Och, jak ja kocham fast foody. Wiem, że to niezdrowe, ale życie jest zbyt krótkie, aby przejmować się takimi duperelami. Burgera pochłonęłam migiem. Ponownie zajrzałam do torby. Dex kupił mi nawet truskawkowy shake. Kocham tego faceta…
- Jak ci się spało? - spytał znienacka naukowiec.
- No… wcale – odpowiedziałam, jedząc frytki.
- To wyjaśnia tę stertę papierowych żurawi pod ścianą…
Dexter powrócił do swoich zajęć, a ja do jedzenia. W międzyczasie dwóch mężczyzn wprowadziło do laboratorium ogromny, metalowy stół na kółkach. Jeden z nich postawił obok sporą walizkę. Zablokowali koła, po czym wyszli bez słowa. Nawet nie spojrzeli w moją stronę. Może to i dobrze? Na pewno wyglądam koszmarnie.
- Nosz kurwa! - nagle wrzasnął mężczyzna.
Przez niego prawie zakrztusiłam się kawałkiem kurczaka. Dex siedział przed komputerem, nerwowo waląc w klawiaturę.
- Co jest doktorku? - spytałam od niechcenia.
- Ten głupi system znów się zawiesił, i nie mam dostępu do twojej historii choroby… no nic, zanim nie naprawią tego złomu, mogę przeprowadzić z tobą wywiad. To co ci tam właściwie było?
- Analgezja Wrodzona i choroba Fabry’ego - odpowiedziałam.
- Ciekawe… - zamyślił się naukowiec. - Choroba powodująca straszny ból jednocześnie z chorobą, która pozbawia zdolności odczuwania bólu. Ciekawy zbieg okoliczności, prawda?
- Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób.
- No więc… Jak się żyje nie czując bólu? Zawsze mnie to zastanawiało. Przecież to naturalny sposób ochrony zdrowia.
- Wiesz, żyje z tym już dosyć długo, więc trochę to ogarnęłam, opierając się na dotyku nauczyłam się dostatecznie szybko reagować. Coś w stylu: „O kurde, to jest bardzo ciepłe, powinnam więc to puścić, bo się poparzę”, albo „Coś dotknęło mojego mięśnia… to znaczy, że jestem ranna”. Miejsca urazu czasem swędzą lub łaskoczą, więc mam łatwiej - takie zwierzanie nie było dla mnie naturalne, jednak tak się w to wciągnęłam, że na chwilę przestałam jeść.
- A wydaje się to takie fajne - stwierdził Dex. - Ludzie zapominają jednak o tym, że przypadkiem mogłoby ujebać im rękę i nawet by nie zauważyli.
- No bez przesady… ale tak, nie jest łatwo. Po każdej misji musiałam dokładnie sprawdzać swoje ciało, pod kątem niezauważonych ran. Co miesiąc wizyta u lekarza, żeby przypadkiem nie przegapić jakiejś choroby, ale nie narzekam. Przynajmniej codzienne zastrzyki nie były nieprzyjemne. Kiedyś było o wiele gorzej. Mam od cholery blizn po oparzeniach, złamaniach i innych takich. Nawet na twarzy. Jak byłam mała zdarzyło mi się sprawdzać policzkiem, czy żelazko jest ciepłe, no i było …
- No tak, typowa kobieta. Nie zapominaj, że wczoraj cię oglądałem i nie widziałem żadnego  ogromu blizn. Kilka tak, ale do cholery to temu daleko.
- Co?! - zdziwiłam się.
Zaczęłam przyglądać się swojej skórze. Faktycznie, większość blizn zniknęło, nawet ta po postrzale. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam?
- Najwyraźniej zombie je zjadły - wzruszyłam ramionami.
- Ta, bardzo śmieszne.
- Nie no, na serio. Nie widziałeś jak wyglądałam tuż po ataku zombie. Wygryzły mi więcej dziur niż jest w serze szwajcarskim. Urwały mi nawet rękę… Moje ciało regeneruje się naprawdę dobrze, ale najwyraźniej nie odtwarza wcześniejszych blizn. Dziwne by było, jakby działo się inaczej.
- To nawet ma sens. No proszę, do tej pory raczej wątpiłem w twoją inteligencję, a nawet w to, że w ogóle posiadasz jakąś inteligencję…
- Wal się!
- Dobra, skończyłaś już jeść?
- Chwila - wysiorbałam shake do końca. - Okay, już.
- W takim razie łap i chodź tutaj- powiedział, po czym rzucił we mnie kluczami.
Ciekawe, czy zdawał sobie sprawę z głupoty swojego czynu…  Chwyciłam kluczyki i otworzyłam drzwi od swojej klatki. Złapałam ostatni kąsek z kurczaka i poszłam do Dextera. Szybko zerknęłam mu przez ramię, patrząc na jego notatki. Sam naukowy bełkot, nic co mogłoby mnie zaciekawić.
- No, to co robimy doktorku? - spytałam.
- Widzisz tamten duży stół? Zrobię ci sekcję zwłok.
- Co?! Pojebało cię?!
- Oj, daj spokój, przecież nie czujesz bólu.
- I co z tego? Widziałam takie rzeczy na Discovery i to wiele razy. Nie dam ci się od tak pokroić - byłam naprawdę wzburzona.
- Po pierwsze, telewizja kłamie. Po drugie, nie naruszę kości, tak jak się to robi w przypadku zwykłych trupów. Narządy też zostawię na swoim miejscu. Głowy nawet nie mam zamiaru tykać. I wreszcie po trzecie, to decyzja z góry, więc nie masz tu nic do powiedzenia.
- Chyba raczej nie mam wyboru… a mogę chociaż popatrzeć na to co masz zamiar mi zrobić? - spytałam zrezygnowana.
- Jasne, a teraz ściągaj ciuchy i kładź się na stole. Znaj moje dobre serce, możesz zostawić sobie gacie.
- Och , jakiś ty wspaniałomyślny - zakpiłam.
Zaczęłam się rozbierać. Zgodnie z poleceniem zostałam w samych majtkach. Nie powiem, żebym była zachwycona. Ułożyłam się w miarę wygodnie na zimnym stole, odruchowo zasłaniając piersi. Dex właśnie kończył układać narzędzia.
- Mała, zabieraj te łapy, albo przywiąże ci je do stołu.
Niechętnie odsłoniłam moje największe skarby. Psychopata w białym kitlu mógł mnie sobie obejrzeć w całej okazałości, czego oczywiście sobie nie oszczędził. Faceci…
- Jesteś śliczna - powiedział z lubieżnym wyrazem twarzy.
- A ty chyba masz za dużo zębów- odgryzłam się.
- Okay, pojąłem. A teraz pokaż kotku, co masz w środku.
Mężczyzna założył lateksowe rękawiczki i chwycił dość duży skalpel, po czym wbił mi go tuż pod mostkiem. Cięcie poprowadził prawie do linii majtek. Jego ręka poruszała się bardzo pewnie. Wyciągnął ostrze i powrócił do początku. Zaczął wykrawać standardowy „Y”. Odrywanie mięśni od żeber było dość śmiesznym i osobliwym uczuciem, ale dzięki temu wszystkiemu mogłam podziwiać, jakby wyglądał człowiek wywrócony na lewą stronę. Dexter zaczął się dokładnie przyglądać moim trzewiom. Zrobiło się mega dziwnie.
- No więc… Robiłeś to już kiedyś? - spytałam, starając się jakoś przełamać tą niezręczną ciszę.
- Dwa razy, na studiach - odpowiedział krótko.
- A powiedz, czy ja też śmierdzę jak tamte trupy?
- Na szczęście nie.
Co jakiś czas czułam jak maca mnie po narządach, prowadząc na nich różne testy. Nie było to zbyt przyjemne, jednak jakim cudem mnie to nie bolało? Nie wiadomo dlaczego nagle przypomniała mi się scena z jakiegoś porypanego filmu. Seryjny zabójca rozciął brzuch swojej ofiary, a potem wyciągnął jej jelita i udusił nimi przypadkowego przechodnia. Ciekawe czy ja mogę zrobić coś takiego ze swoimi flakami…
- O, a to ciekawe - zamyślił się mężczyzna.
- Co takiego?
- No, bo wiesz… korzystając z całej mojej naukowej wiedzy, mogę stwierdzić, że twój zgon nastąpił najpóźniej pół godziny temu, jednak wydaje mi się, że mimo to twoja wątroba jest nadal żywa.
Poczułam jak wycina mi kilka fragmentów, chyba właśnie z wątroby. Pobrane wycinki zabrał do swojej pracowni. Każdą próbkę włożył do osobnego, odpowiednio oznakowanego pojemnika, wszystko to wsadził do lodówki. Wykonał krótki telefon, aby wezwać kogoś po jeszcze świeże wycinki, po czym wrócił do stołu sekcyjnego.
- O kurde, te fragmenty… odrosły ci. Nie było mnie przecież góra pięć minut.
- Czy to znaczy, że możemy kończyć? - spytałam z nadzieją.
- No gdzie tam, zauważyłem jeszcze coś ciekawego w sercu - Dexter chwycił przyrząd, przypominający sekator i zbliżył go do mojej klatki piersiowej.
- Co ty robisz?
- Wycinam żebra.
- Pojebało cię?! Obiecałeś tego nie robić.
- No cóż, kłamałem. Myślałem, że dam sobie bez tego radę, ale muszę dokładnie wymacać twoje serce. Spoko, będę ciął tuż przy mostku.
- Jesteś chory…
Mężczyzna  uśmiechnął się,  jakby właśnie usłyszał komplement. Ten drań znowu kłamał. Nie jestem pewna gdzie ciął, ale w każdym razie było to cholernie daleko od mostka. Odłożył moje żebra obok, zupełnie jakby były  zwykłą kratką od kanalizacji. Z moich ust wyrwało się warknięcie. A już miałam nadzieję, że jednak dam radę nad tym zapanować…
- Czy ty w ogóle oddychasz? - spytał znienacka naukowiec.
- Od czasu zombifikacji wydaje mi się, że nie… Ale jakoś się nad tym specjalnie nie zastanawiałam, wiesz?
- A potrafisz jeszcze to robić?
- Spróbuję - powiedziałam, po czym wzięłam kilka głębokich wdechów.
- Okay, potrafisz oddychać. Tylko co z tego wynika? Chyba tylko to, że masz całkiem zdrowe, choć martwe płuca. Mogłabyś być dawcą.
- Tak, wszystko fajnie… Ale pamiętasz, że pozwoliłeś mi popatrzeć?
- No tak, sorki.
Dex podszedł do szafy w rogu pracowni i zaczął czegoś szukać. W między czasie przyszła jakaś młoda dziewczyna, aby odebrać próbki. Spojrzała w moją stronę, na jej twarzy malował się strach. Uniosłam się delikatnie i pomachałam jej z niewinnym uśmiechem. Laborantka przez chwilę mogła oglądać moje flaki. Pracownica niemal krzyknęła. Szybko odebrała to, po co przyszła, po czym  biegiem opuściła pracownię. To było bardzo wredne z mojej strony, nie mogłam się jednak powstrzymać. Musiałam użyć całej swojej siły woli aby się nie roześmiać. Jeszcze wypadła by mi nerka albo coś… 
- Okay, no to patrz - powiedział mężczyzna, wracając z lusterkiem.
Naukowiec ustawił je tak, abym mogła zobaczyć jak najwięcej. Jestem chyba jedyną osobą, która obejrzała się od środka w taki sposób. Kilka razy wciągnęłam powietrze do płuc, obserwując jak się nadymają. Było to bardzo ciekawe doświadczenie.
- I jak?
- Zawsze twierdziłam, że mam piękne wnętrze - odpowiedziałam. -  Nareszcie mam na to dowód.
- Skoro tak twierdzisz… Jak dla mnie wyglądasz jak prawie każdy trup.
- No i jaki wynik autopsji doktorku? Zauważyłeś jeszcze coś ciekawego?
- Właściwie tylko to, czego się spodziewałem. Chociaż… twoje serce od czasu do czasu się porusza. Bije tak średnio raz na minutę.
- Czyli możemy już kończyć?
- No, chciałem jeszcze sprawdzić jajniki i te sprawy…
- Co?!
- No… żeby się dowiedzieć czy możesz mieć dzieci i przede wszystkim czy jesteś w stanie robić te rzeczy…
- Ty się odczep od moich jajników! Nie chcę i nigdy nie będę chciała mieć dzieci, a jeśli chodzi o te rzeczy… to sama mogę to sprawdzić.
- Dobra, pojąłem. Kończymy - mężczyzna chwycił wycięte żebra z zamiarem przymocowania ich na miejsce. - O kurde, one przyciągają się jak magnes.
- Hę?
- No tak. Kiedy zbliżam je do odpowiedniego miejsca, to delikatnie starają się połączyć. - Mężczyzna delikatnie puścił mostek i oddalił ręce od mojej klatki. - O, a teraz wszystko trzyma się kupy i to tak samo z siebie. To niesamowite - ponownie chwycił kości i zaczął je podnosić i opuszczać na przemian, obserwując jak idealnie się dopasowują.
- Ej! Przestań się bawić moją klatą, i weź mnie wreszcie poskładaj.
- Ok, sorki. - Dexter ostatecznie pozostawił żebra na swoim miejscu i ostrożnie złożył, rozciętą wcześniej skórę. - Reszta twojego ciała łączy się w ten sam sposób… Tak się zastanawiam, czy powinienem cię zszywać?
- Nie… chyba nie ma sensu - odpowiedziałam.
- Tak, masz rację.
Naukowiec zaczął sprzątać po sekcji, co jakiś czas zerkając na mój tułów. Po niecałych pięciu minutach stwierdziłam, że wreszcie mogę wstać. Rana nadal była bardzo głęboka, nic nie wskazywało jednak na to, aby miała się rozwalić. Chwyciłam swoją koszulkę z zamiarem ubrania się, jednak Dex powstrzymał mnie w ostatniej chwili.
- Jeszcze nie skończyliśmy. Chyba nie chcesz się pobrudzić krwią, prawda?
- To co teraz? - spytałam, rzucając ubranie w kąt.
- Połóż ramię na stole.
Posłusznie wykonałam polecenie. Mężczyzna chwycił piłę tarczową. Nim zdążyłam o cokolwiek zapytać, włączył ją i wbił ostrze w moją lewą rękę w połowie przedramienia, po czym odciął ją nie pytając nawet o pozwolenie. Zdjął okulary aby wytrzeć z nich kropelki krwi. Dostrzegłam u niego niepokojący błysk w oku. W tym momencie przypominał Dextera z zupełnie innego serialu.
- Co ci odjebało?! - ryknęłam.
- No co? Ja tylko prowadzę badania.
Ponownie zaczęłam warczeć. Mężczyzna zupełnie się tym nie przejmował. Chwycił moją odciętą kończynę i zaczął się jej dokładnie przyglądać. Palce dłoni nadal się poruszały.
- Myślisz, że jesteś w stanie ją kontrolować?- spytał.
- Daj zobaczę - wyrwałam mu odciętą rękę i z całej siły przywaliłam mu nią w pysk. Na jego policzku, czerwonym śladem, odbiły się palce.
- Dobra, chyba zasłużyłem - powiedział trzymając się za szczękę.
- Jesteś chory!- wrzasnęłam.- I pomyśleć, że rano prawie wyznałam ci miłość.
- Serio? - na jego twarzy pojawił się dziwny uśmiech.
- Byłam cholernie głodna, a ty przyniosłeś jedzenie… – zmieszałam się. - To co teraz? - spytałam przyłączając ramię na miejsce. Faktycznie, kość, mięśnie i skóra delikatnie się przyciągały. Podejrzewam, że naczynia krwionośne też.
- Nic. Na dzisiaj kończymy.
- Tak szybko?
- Szybko? Jest już późny wieczór. Pracujemy tu od kilku godzin.
- Kurde, przypomniałeś mi, że znów jestem głodna.
- Zaczekaj - Dex skierował się w stronę drzwi. - Zaraz wracam, ufam, że w tym czasie nikogo nie zagryziesz – powiedział, po czym wyszedł.
Zostałam w laboratorium całkiem sama. Ten facet był naprawdę nieodpowiedzialny. Jakim cudem dostał tu pracę? Wszyscy obawiali się, że w każdej chwili stracę nad sobą kontrolę, a on tym czasem sobie poszedł, zostawiając mnie na wolności. Co za kretyn… Stwierdziłam, że jednak nie będę wychodzić z pracowni. Lepiej nie przysparzać mu kłopotów, nawet jeśli jest strasznym dupkiem. Korzystając z wolnej chwili postanowiłam rozejrzeć się trochę po pomieszczeniu.

Dexter wrócił po pół godzinie, niosąc ze sobą dwa pudełka pizzy oraz papierową torbę. Wszystkie jego winy zostały wybaczone. To straszne, od kiedy można mnie po prostu kupić jedzeniem?
Razem z mężczyzną usiedliśmy sobie na podłodze pod klatką i zaczęliśmy jeść.
- Powiedz,  czy wiesz, że twój ojciec nie jest twoim biologicznym ojcem? - spytał  z pełnymi ustami.
- Tak - odpowiedziałam spokojnie. - Domyśliłam się tego, gdy omawialiśmy genetykę w gimnazjum, ale tata z pewnością nie wie i chyba lepiej, żeby tak zostało. Nie wiem co by zrobił, gdyby dowiedział się, że mama go zdradziła.
- A może podmienili cię w szpitalu?
- Mało prawdopodobne. Jestem cholernie podobna do matki. Może zmieńmy  już temat, okay?
- Dobra. Co sądzisz o przestrzeni stycznej, izomorficznej z anihilatorem przestrzeni kiełków stacjonarnych, używanych w nauce? - zapytał.
- Uznam, że tego nie słyszałam- oznajmiłam. - Wiesz może co W.A.D.A.Z. planuje ze mną zrobić?
- Tajemnica lekarka - zbył mnie. - Jak twoja klata?
- Nie wiem - podciągnęłam koszulkę, odsłaniając brzuch. Widniała na nim jedynie cienka czerwona szrama. - Chyba nie jest źle…
Przez resztę posiłku gadaliśmy o jakiś głupotach. Było nawet miło. Zawsze najlepiej rozmawiało mi się z porypanymi osobami. Zjadłam całą swoją pizzę oraz połowę pizzy Dexa. Protestował tylko dwa razy.
- No, koniec tego dobrego – powiedział, wycierając palce w fartuch. - Wracaj do swojej klatki.
Udając, że jestem strasznie urażona powędrowałam do celi i usadowiłam się wygodnie na łóżku. Naukowiec zamknął za mną drzwi na klucz.
- W torbie masz dwie tortille i muffinka. W nocy na pewno znowu będziesz głodna - stwierdził, po czym postawił pakunek przy kratach. - Śmieci zabierze sprzątaczka. Do zobaczenia jutro.
Tak samo jak wczoraj, zgasił światło i wyszedł. Udało mi się odczekać może z godzinę, gdy w końcu chwyciłam po babeczkę. Ten głód jest do dupy…

* Historia z żelazkiem wydarzyła się naprawdę. Gdy mój brat miał 4 lata postanowił sprawdzić policzkiem, czy żelazko jest nadal ciepłe. Przez dwa tygodnie chodził z przypaloną twarzą.

2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem pod wrażeniem Twojej wyobraźni, szczególnie mam na myśli pomysł na W.A.D.A.Z i jej szczegółowe rozplanowanie, wow! :) Co prawda nie przepadam za nadużywaniem wulgaryzmów, ale zdecydowanie podoba mi się Twoje poczucie humoru, choć sytuacja zdaje się być tragiczna, mimo wszystko duet Reva- doktorek wywołuje na mojej twarzy szeroki uśmiech:) Korzystając z okazji, chciałabym bardzo podziękować Ci za komentarz na moim blogu, ale też bardzo przeprosić, gdyż po raz kolejny zostałam pokonana przez technologię i własną nieuważność/ głupotę i przez zbieg niefortunnych zdarzeń Twój wpis zniknął z mojej strony... Mimo wszystko zachęcam Cię do zaglądania do mojego ,,Łowcy". Ja natomiast na pewno jeszcze zajrzę tutaj :) Pozdrawiam, Nav.y Blue :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.