27 czerwca 2015

Ameryka

Nadeszła zima, a wraz z nią trudniejszy okres dla łowców zombie. Nie dość, że od jakiegoś czasu ataki były bardzo częste, to jeszcze podczas mrozu truposze wolniej się rozkładały i potrafiły być świeżakami przez ponad dwa dni. Nie zdziwiłam się, gdy tego dnia dostaliśmy wezwanie. W końcu, nie mieliśmy interwencji już od ponad tygodnia. Na specjalnym komunikatorze wyświetliły się informacje dotyczące misji. Używaliśmy tego sprytnego urządzenia aby w miarę równo podzielić się pracą. Mnie to niestety nie dotyczyło. Jako nowy członek i w dodatku zombiak, który był jednak nieoceniony w walce z podobnymi sobie stworami, musiałam uczestniczyć w każdym zadaniu. Na ekranie wyświetlił się skład dzisiejszego oddziału. Mieliśmy działać w osiem osób, Jerry, Jacks, Rao, Mołotow, Jessica, Owen, Gabe, no i oczywiście ja. Westchnęłam nad moim ciężkim losem i pognałam do swojego pokoju po sprzęt. Szybko wbiłam się w kombinezon, chwyciłam torbę z bronią i poleciałam do garażu. Oprócz Jeremiego, nie było jeszcze nikogo z samobójców. Zwiadowcy właśnie wyruszyli, spalarka również szykowała się już do drogi. W końcu i nasz oddział się zebrał. Zaczęliśmy się już pakować do naszych do naszych jeepów, nagle nadbiegł całkiem zdyszana Dex.
- Reva czekaj! – krzyknął.
- Czego chcesz doktorku? – spytałam. – Śpieszy nam się.
- Ło matko, czekaj. Leciałem tu od samego laboratorium. Daj mi chwilę żeby złapać oddech – wysapał.
- Przecież to niedaleko. Stanowczo musisz popracować nad kondycją – stwierdziłam. – Dobra, streszczaj się.
- Mogłabyś mi przywieźć z misji jakiegoś świeżaka?
- A czemu akurat ja?
- No nie wiem… Może dlatego, że tylko ciebie nie zabiją?
- Dobra – zgodziłam się niechętnie. - Ale należy mi się za to jakaś premia.
- Masz – naukowiec wcisnął mi w ręce torbę. – Przy okazji sprawdź moją teorię.
Bez dalszej zwłoki wsiadłam do samochodu. Usadowiłam się na swoim miejscu, po czym zapięłam pasy. Otworzyłam pakunek od Dextera. W środku był dość duży, zapewne bardzo silny paralizator i kilka innych dupereli potrzebnych do używania go. Wyciągnęłam niewielką instrukcję obsługi z dołączonym opisem tego co mam przetestować. Zaczęłam powoli czytać.
- Czego chciał? – spytał Jerry.
- Jak zwykle włączyć mnie do swoich badań – odpowiedziałam krótko.

Miejscem naszej akcji miała być niewielka, jednopiętrowa kamienica mieszkalna. Jej dozorca był kiedyś żołnierzem, dlatego wiedział co należy robić. Próbował uciec, lecz zaraz po tym jak został ugryziony, zadzwonił do odpowiednich służb, następnie pozamykał wszystkie drzwi prowadzące do budynku, nie na klucz oczywiście, ale na zombie w zupełności wystarczyło. Zaraz po dotarciu na miejsce zaczęliśmy się zbroić. Zwiadowcom ciężko było cokolwiek ustalić. Wszystko wskazywało na to, że będziemy musieli po kolei sprawdzić wszystkie mieszkania. Dostaliśmy jedynie szczegółowy plan budynku. W końcu otrzymaliśmy pozwolenie na wejście. Szybko podzieliliśmy się na grupy. Tym razem wylądowałam z Owenem. Przez ramię przewiesiłam sobie torbę od Dexa, po czym razem z innymi wkroczyłam do akcji. Jeremi naciągnął na twarz arafatkę z czaszką, jeszcze zanim uderzył w nas smród. Strasznie podobała mi się jego chusta. Mężczyzna wiązał ją tak, że żuchwa kościotrupa znajdowała się na jego szczęce. Sama bym taką chciała, jeśli jednak wziąć pod uwagę to, że teoretycznie jestem mutantem, byłaby to gruba przesada.
Niemal od razu trafiliśmy na portiernię. W środku znaleźliśmy ciało, prawdopodobnie dozorcy. Mężczyzna się zastrzelił nim doszło do zombifikacji. Na słabo oświetlonym korytarzu kręciło się kilka zombie. Od razu je odstrzeliliśmy. Najzwyczajniejsze świeżaki, czyli to nie one były odpowiedzialne za atak. Przy schodach postanowiliśmy się rozdzielić. Ja, Owen, Rao i Jacks poszliśmy na piętro, podczas gdy reszta drużyny miała sprawdzić mieszkania na parterze.  Razem z moim partnerem sprawdzaliśmy drzwi po lewej. Nikogo nie znaleźliśmy, same truposze, które od razu poszły do odstrzału. Nagle usłyszałam taki potok przekleństw,że niejednemu raperowi zwiędłyby uszy. Razem z Owenem dopadliśmy mieszkania z którego dochodziły krzyki. Chłopaki stali jak wryci. Na ziemi leżał jakiś zastrzelony zombie.
- Czy widzisz to samo co ja? - spytał Jacks.
- O kurwa! –wrzasnęłam, gdy spojrzałam we wskazanym kierunku.
Na łóżku siedział na oko czterysta kilowy zombiak, prawdopodobnie płci żeńskiej. Potwór był zbyt opasły żeby wstać, kiwał się jedynie w tę i wewtę, starając się chodź trochę zbliżyć do nas swoją paszczę.
- Ameryka – stwierdził Rao, wykonując przy tym adekwatny gest, znany z popularnych memów.
- Dex prosił mnie, żebym mu przyprowadziła mu jakiegoś świerzaka – powiedziałam. - Ale to już jest kurwa przesada. Chociaż… zapewne byłby to ciekawy obiekt badań.
- Dobra, co teraz?
- Spalić, zanim zniesie jaja! - krzyknął Jacks.
Zaczęliśmy się zastanawiać jak mamy to zlikwidować. Nie tak łatwo było mu odrąbać głowę. Nagle mnie olśniło, nie miało to bynajmniej związku z naszym problemem. Szybko rozejrzałam się, po czym skierowałam swoje kroki w stronę sporej wnęki kuchennej.
- Gdzie idziesz?- spytał Owen.
- Do kuchni – odpowiedziałam jakby nigdy nic. - Widzisz jaka ona gruba? Tam musi być pełno żarcia.
- Pojebało cię?! Nie wystarczy ci to, że zawsze nosisz ze sobą suszone kabanosy?
Nie zważając na reakcję innych jak najszybciej dopadłam lodówki. Miałam rację w środku było pełno rarytasów. Od razu chwyciłam czosnkową kiełbaskę. Część jedzenia miałam zamiar zabrać ze sobą. Trzeba przecież jakoś niwelować koszty utrzymania. Nagle dostrzegłam pudełko z ciastem śmietankowym. Mmm, moje ulubione. Ostrożnie postawiłam je na blacie.
- Daj kawałek – za moimi plecami stał Owen, najwyraźniej nie tylko ja zdecydowałam się na szabrowanie lodówki.
- Tu nie ma żadnego ciasta – odpowiedziałam.
- Jak to nie? Przecież widzę…
- Spadaj czarnuchu! Ciasto jest kłamstwem! -  wrzasnęłam, po czym wepchnęłam ciacho do plecaka.
W międzyczasie nasi koledzy uporali się z monstrum. Po krótkich przepychankach wróciliśmy do roboty. Oczyściliśmy resztę mieszkań. Pozostało jedynie kilka zombie kręcących się koło strychu. Nadszedł czas aby wypróbować wynalazek Dexa. Agenci zaczęli mi się przyglądać z nieskrywaną ciekawością. Nałożyłam długie, grube rękawicę z izolacją, po czym wyjęłam paralizator. Wystrzeliłam elektrody w stronę samotnego zombiaka. Rażony prądem natychmiast upadł na ziemię. Podeszłam do niego, nie wyłączając urządzenia. Wyciągnęłam mocną linę po czym zaczęłam wiązać potwora. Rękawiczki chroniły mnie przed kontaktem z prądem. Poszło mi dość sprawnie. Potwór nie mógł się ruszyć. Nałożyłam mu worek na głowę. Nie był zadowolony z tego powodu. Odturlałam spętane zwłoki na bok. Trzeba się było zająć resztą zombie. Wymieniłam akumulator i wkroczyłam do akcji.

Tak jak przewidział Dexter, paralizator w przypadku świerzaków był idealnym sposobem obrony. Jeśli chodzi zaś o bardziej zaawansowane truposze, to nie działo się prawie nic. Ich zwłoki były na tyle rozłożone, że nie używały w ogóle mięśni. Poruszały się za pomocą nici wirusa Z. Nasza akcja zakończyła się sukcesem. Żaden z naszych agentów nie zginął, ogólnie rzadko zdarzały się u nas zgony. Jacks twierdzi, że jeśli przeżyjesz w tej robocie pierwsze trzy lata, to znaczy, że jesteś na tyle dobry, żeby nie dać się zombiakom. Nasz oddział składa się z samych weteranów, więc to jest nawet mądre stwierdzenie, oczywiście jak na Jacksa.
Na piętrze nie udało nam się nikogo uratować, chłopaki działający na parterze odnaleźli jednak czworo osób. Eliminatorzy przystąpili do akcji, ja w tym czasie pomagałam przetransportować złapanego zombie. Wsadziliśmy go na pakę ciężarówki i przewieźliśmy do laboratorium. Wchodząc do budynku ciągnęłam go za kark. Dex czekał na nas w pracowni, w której sama spędziłam kiedyś ponad tydzień.
- Nareszcie.
- Nie marudź – odpowiedziałam. - Dawaj zapłatę. Należy mi się też coś ekstra. Wiesz jak to coś śmierdzi?
- Przecież nic ci nie obiecałem – powiedział naukowiec.
- Jak to nie? - oburzyłam się. -  Przecież ja nigdy nic nie robię za darmo. Ale jak nie, to nie.  – Chwyciłam truposza i zaczęłam wyciągać z pomieszczenia. Podziałało od razu.
- No dobra – westchnął Dexter. – Masz u mnie duży kawał tortu czekoladowego.
- Ok, ale nie dzisiaj. Na razie mam ogromne ciasto z kremem śmietankowym.
- Nieważne, pomóż mi go zamontować w klatce.
Zaciągnęłam potwora do mojej dawnej celi.  Rozcięłam więzy  i zaczęłam się szarpać z zombie. Musiałam przykuć go do ściany. Nagle ten potwór ugryzł mnie w ramię, rozrywając przy okazji rękaw. Od razu dostał ode mnie po mordzie. Z ust wyleciało mu parę zębów. Wreszcie udało mi się o okiełznać.
- Mogę sobie już iść? – spytałam.
- Jeszcze nie – odpowiedział. – Wróciłem do badań nad twoją krwią i potrzebuję więcej próbek.
- Fajnie, a ustaliłeś już moją grupę krwi?
- No… powiedzmy, że to grupa Z – odpowiedział.
- Jakież to oryginalne - zakpiłam. – Z jak „zombie”, czy jak „zjebana”?
- Tak.
- Tak co?
- Eee, tak Proszę Pani?
Nie wytrzymałam. Zgięło mnie w pół ze śmiechu. Naukowiec zaprowadził mnie do swojego laboratorium i posadził na krześle. Ucisnął żyłę i zaczął pobierać krew.
- Ile chcesz tego pobrać? – spytałam.
- Normalnie, to pobierałbym do oporu, ale jeśli moja teoria się zgadza, to lepiej tego nie robić. Wezmę ci tak ze 3 litry.
- Zaraz… a nie masz ty za dużo roboty?  Badasz krew i do tego jeszcze ten złapany, śmierdzący zombiak…
- E tam. Zombiakiem zajmuję się kto inny.
- To dlaczego ty mnie o to prosiłeś?
- Bo jestem jedynym naukowcem, którego tolerujesz.
- Toleruję to chyba za dużo powiedziane. Po prostu nienawidzę cię odrobinę mniej niż innych. Nie cierpię gdy patrzą na mnie jak na obiekt badań.
Gdy Dex skończył pobierać mi krew, wróciłam do siebie, po czym uwaliłam się na łóżku. Została mi do zrobienia jeszcze jedna, dość nieprzyjemna rzecz.

Już przebrana niechętnie zeszłam na dół do zaopatrzenia. Przywitała mnie, jak zawsze zrzędliwa kierowniczka.
- Dzień dobry – powiedziałam, kładąc na ladzie swój porwany przez zombiaka kombinezon. Zaraz miał się zacząć wykład.
- No, jak zwykle McCartney – powiedziała skrzekliwym głosem. – Zdajesz sobie sprawę, że za każdym razem, gdy wracasz z misji, przynosisz uszkodzone ubranie. Wiesz ile pracy przysparzasz naszemu krawcowi?
- Może sama to mogę jakoś załatać? – wtrąciłam nieśmiało.
- Zgłupiałaś? Przecież doskonale wiesz, że według regulaminu, kiedy agentowi urwie się nawet tylko byle kurwa guzik, to musi dostać mowy mundur, a ten stary idzie do naprawy. Do tego jako jedyna uparłaś się używać tego modelu kombinezonu. Pozostali już dawno przerzucili się na zestawy dwuczęściowe. Specjalnie dla ciebie musimy sprowadzać do niego części. Tutaj wystarczy sam rękaw wymienić, ale zazwyczaj, to nawet nie bawimy się w naprawianie twoich kombinezonów. Wzięłabyś się w końcu ogarnęła, a nie ciągle dawała się podgryzać truposzom.
Wydała mi nowy mundur i dała druczek do podpisania. Wyszłam szczęśliwa, że już mam to za sobą. Wróciłam do swojego pokoju. Wyciągnęłam z plecaka zrabowane wcześniej jedzenie i zaczęłam przekładać je do lodówki. Wzięłam lekko zdezelowane ciasto śmietankowe i zgarniając po drodze z blatu łyżkę, usadowiłam się na łóżku. Włączyłam telewizor i zaczęłam jeść. Wreszcie nadeszła chwila relaksu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.