20 lipca 2015

Od Kiedy to Jestem Saperem?

Boże Narodzenie minęło nam w bardzo przyjemnej i rodzinnej atmosferze. Wszyscy samobójcy dawali sobie prezenty, a Helen obdarowała swoich ulubionych agentów, w tym mnie, zrobionymi przez siebie na drutach sweterkami. Od większości osób dostałam w prezencie coś do jedzenia. Nie, żebym była z tego powodu niezadowolona, czy coś. Po prostu spodziewałam się czegoś bardziej oryginalnego. Mimo wszystko, był to lepszy pomysł, niż komplet różowej bielizny, który dostałam od Jacksa. Miałam wtedy ochotę go udusić tym stanikiem. Ostatecznie postanowiłam jednak przyjąć ten podarunek. Bielizna to bielizna i w tym wypadku nie należy wybrzydzać, poza tym Jessica dostała jeszcze bardziej dziwkarski komplecik.
Sylwester również był całkiem normalny. Całe szczęście nie mieliśmy wtedy żadnego wezwania. Tego dnia tylko ja nadawałabym się do akcji, z racji tego, że nie mogę się upić. No, może jeszcze Mołotow, w końcu jest zaprawionym w boju ze spirytusem Rosjaninem. Nasz Hans niestety nie przetrwał tej imprezy. Trina w pewnym momencie wyszła do toalety. Była wtedy tak napita, że jakimś cudem trafiła na podwórko. Wtedy zderzyła się z bałwanem, ponieważ nie chciał jej za to przeprosić, zaczęła go okładać pięściami. Poległ jednak w dobrej sprawie. Przypomniał nam wszystkim, jak ważne jest mówienie słowa „przepraszam”.

Koło południa dostaliśmy wezwanie. Tym razem musieliśmy jechać wszyscy. Po trzech kwadransach dotarliśmy co celu. Miejscem naszej misji miały być stare baraki w środku puszczy. Leśniczy zauważył kilka zombiaków, które zapuściły się do lasu. Od razu zadzwonił na policję. Teraz z mężczyzną rozmawiał jeden z naszych agentów. Wiedziałam co go czeka. Biedny facet  za swoje bohaterstwo dostanie coś w rodzaju pigułki gwałtu, po czym zostanie pobity do nieprzytomności. Jeśli będzie miał szczęście, to zapomni o wszystkim, co się tu wydarzyło. W przeciwnym wypadku nasi pracownicy spróbują mu wcisnąć jakąś głupią historyjkę, na przykład, ze natknął się na sektę, której członkowie naćpali się podczas rytuału. Jeśli będzie się czemuś sprzeciwiać, zaczną mu wmawiać stres pourazowy. I tutaj znowu zaczynają się schody. Jeśli uwierzy, to będzie mógł sobie żyć w spokoju, jeśli nie, zmuszą go do przyłączenia się do agencji aby mieć go pod kontrolą, wtedy lepiej dla niego aby się zgodził. W przeciwnym wypadku zgnije w psychiatryku, tak nafaszerowany lekami, że nie będzie wiedział gdzie góra, a gdzie dół.
Jak zwykle miałam rację. Dwóch agentów ciągnęło do samochodu nieprzytomnego leśniczego. Postępowano tak ze wszystkimi świadkami. Aż boję się pomyśleć, jak potraktowano te dzieci, które wtedy uratowaliśmy ze szkoły. Nigdy nie miałam śmiałości spytać, jak agencja postępuje z nieletnimi.
W między czasie zwiadowcy skończyli rozpoznanie a my zdążyliśmy się już uzbroić. Byliśmy gotowi do akcji. W naszą stronę zaczął iść dowódca.
- Jest źle – powiedział.
- Co znowu? – spytał Jacks.
- Nie możecie tam wejść. Zwiadowcy znaleźli trzy bomby, po jednej w każdym budynku. Jeśli zaczniecie strzelać, możecie wylecieć w powietrze.
- Na co tu komu bomby? – spytałam.
- Po to – dowódca wskazał na strumyk płynący w pobliżu baraków. – Ta rzeczka łączy się bezpośrednio z rzeką Potomac. Po wybuchu z pewnością wpadłyby do niej szczątki zombie, a wtedy…
- O kurwa! – wymsknęło mi się.
To byłaby prawdziwa katastrofa. Jeśli drobnoustroje dostały by się do tak dużej rzeki, mielibyśmy tyle zakażeń, że mogłaby nastąpić prawdziwa apokalipsa.
- Właściwie mamy tu doskonałe warunki do przeprowadzenia takiego ataku – stwierdził Jeremi. – Baraki z drugiej wojny światowej, które grożą zawaleniem. Środek lasu, nikt tu się nie zapuszcza. Teren znajduje się tuż przy dopływie rzeki Potomac. Po prostu idealne miejsce, aby zostawić zombie, poczekać aż bardziej zgniją, po czym rozrzucić ich szczątki przy pomocy bomby odłamkowej.  Gdyby te kilka zombiaków nie rozwaliło ogrodzenia i nie udało się na spacer, to w życiu byśmy się o tym nie dowiedzieli.
- Dokładnie – potwierdził dowódca. – Do tego mamy styczeń, więc wirusa nie powinna zlikwidować zbyt wysoka temperatura. Ale mniejsza z tym. Zwiadowcy sprawdzili timery w bombach, są ustawione na pojutrze. Saperzy już są w drodze, tylko że nie możemy ich zabrać do budynku. Bez użycia broni palnej nie damy rady ochronić ich przed truposzami.
- Reva, skończyłaś szkolenie saperskie, jak wszyscy agenci W.A.D.A.Z, prawda?
- W teorii tak, ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej… Zaraz, do czego zmierzasz? - zaniepokoiłam się.
- Świetny pomysł – stwierdził głównodowodzący. – Zombiaki zdają się ją ignorować, poza tym zawsze może się obronić dając im po mordzie.
- Ale… - zaczęłam.
- Żadnych ale. Postanowione. McCartney wchodzi do baraków i stara się rozbroić bomby, pozostali agenci w tym czasie przeczesują las w poszukiwaniu zbiegłych zombie. Czekamy tylko na saperów. Ktoś musi pokierować dziewuchę podczas roboty – przyjaźnie klepnął mnie w ramię, po czym zaczął wydawać rozkazy. – Chcę mieć odcięty dopływ wody w promieniu pół kilometra od tego miejsca! Zadzwońcie też po wojsko. Potrzeba nam więcej ludzi.
Westchnęłam nad swoim losem. Jeszcze tylko tego mi brakowało, żeby przypadkiem wysadzić się w powietrze, mając do towarzystwa dość przegnite zombiaki. Bałam się jak cholera. Starałam się jednak nie dać nic po sobie poznać. Chwyciłam łopatę i zabrałam się do stawiania tamy.

Saperzy przybyli dość szybko, jednak jeszcze trzy godziny zabrało nam zabezpieczenie terenu. Nie mogliśmy bez tego przystąpić do akcji. Istniało jednak dość duże prawdopodobieństwo, że jednak coś spierdolę, a stawka była zbyt wysoka. Ryzykowaliśmy zakażenie rzeki i ewakuację okolicznej ludności. W końcu skończyliśmy. Weszłam do pierwszego budynku. Pozostali agenci stali w odległości co najmniej kilkuset metrów. Wszyscy na wszelki wypadek założyli maski przeciwgazowe.
W kilku miejscach strop był zarwany. Obiekt mógł się zawalić w każdej chwili. Zaczęłam powoli zbliżać się do bomby, starając się nie zwracać na siebie uwagi zombie. Na głowie miałam przymocowaną latarkę, oraz niewielką kamerkę. Całą broń musiałam zostawić, w tej sytuacji i tak była do niczego, zabrałam ze sobą jedynie sprzęt, który dostałam od saperów. Znalazłam sporej wielkości urządzenie. Usłyszałam w słuchawce gwizdnięcie podziwu. Rozejrzałam się dokoła. Truposze trzymały się dość daleko. Stwierdziłam, że to wystarczy. Powoli uklękłam przed skrzynką. Jeden ze saperów miał mnie pokierować. Temu to dobrze, siedzi sobie w samochodzie i ogląda moje zmagania popijając kawkę, podczas gdy ja ryzykuję tu swoje życie, no… może w moim wypadku życie, to za dużo powiedziane, ale i tak wolałabym nie musieć odwalać całej tej roboty.
- Dobra – usłyszałam głos w słuchawce. – Najpierw ostrożnie zdejmij obudowę, potem postępuj według moich wskazówek.
Poszło mi dość sprawnie, chodź strasznie drżały mi ręce. Ładunek miał o wiele mniejszą masę niż się spodziewaliśmy. Po skończonej robocie przeszłam do kolejnego budynku. Bomba była taka sama. Aby się do niej dostać, musiałam stłuc kilka truposzy. Postępowałam zgodnie ze wskazówkami. Również tym razem mi się udało. Chwyciłam torbę z narzędziami i weszłam do ostatniego, najbardziej zrujnowanego baraku. Upewniłam się, że jest bezpiecznie, usiadłam na ziemi i przystąpiłam do majstrowania przy bombie. Nie zdążyłam się obronić przed mutantem. Wgryzł mi się w prawe ramię. Moja ręka zadrżała nieznacznie, ale to wystarczyło. Nastąpił wybuch. Nie zdążyłam nawet rzucić żadnym przekleństwem. Poleciałam kilka metrów w tył i uderzyłam w ścianę niecały metr od wystającego drutu zbrojeniowego. Wydaje mi się, że na parę minut straciłam przytomność. Odzyskawszy ją, z trudem wygrzebałam się z gruzów. Do tego, co zostało z budynku, wbiegli wyraźnie zmartwieni samobójcy.
- Reva! Wszystko w porządku? -  wrzasnęła Jess. Momentalnie znalazła się tuż  obok mnie.
- Wszystko dobrze, ale czy ktoś widział moją lewą stopę? – w tym momencie machinalnie spojrzałam w dół. – I moją prawą rękę?
- Tu jest ręka! – krzyknął Owen, machając moją oderwaną kończyną. – O kurde, nadal trzyma kombinerki – zaśmiał się.
- Hej! Oddawaj! – urwana dłoń upuściła narzędzie i powoli zgięła palce, pokazując męzczyźnie środkowy palec.
- Ej no, tylko bez takich, zachowuj się.
- No co? – spytałam niewinnie. – Dex twierdził, że powinnam być wstanie używać odciętych kończyn na odległość, teraz przynajmniej wiemy, że miał rację.
Owen w końcu zdecydował się oddać mi rękę. Agenci zaczęli szukać mojej nogi, ja w tym czasie wolałam sobie poleżeć i odpocząć. W relaksie nawet nie przeszkodził mi ten fakt, że byłam cała umazana flakami zombie. Po jakiś dziesięciu minutach wreszcie odzyskałam stopę. Gdy tylko przyrosła na swoje miejsce, Gabriel pomógł mi wstać, po czym wyprowadził mnie z budynku.
- Szkoda, że nie widziałaś wybuchu – powiedział. – Deszcz kawałków zombie był dość ciekawy. Ten, który zrobił te bomby zdecydowanie wiedział co robił.
- Duże były zniszczenia? – spytałam.
- Nie jest tak źle. Eksplozja była zbyt mała aby zdetonować pozostałe dwa ładunki, a poza tym byliśmy przygotowani na taką okoliczność. Nie przejmuj się. Dwa na trzy to całkiem niezły wynik jak na nowicjuszkę.

Wszyscy agencji zostali na terenie lasu. Byli zajęci przeczesywaniem terenu, lub sprzątaniem po eksplozji. Jedynie ja zostałam wcześniej zwolniona z racji tego, co właśnie przeżyłam. Zaraz po powrocie do siedziby wzięłam bardzo długi prysznic, a włosy umyłam chyba z pięć razy. Po tym wszystkim udałam się do Dextera, gdyż nie mogłam się pozbyć uczucia, że coś uwiera mnie w plecy. Po prześwietleniu okazało się, że ciągle tkwią w nich odłamki z bomby, które moje ciało zupełnie zignorowało i zregenerowało się mimo to. Tak więc cały wieczór spędziłam leżąc na stole w laboratorium, podczas gdy Dex wyciągał ze mnie kawałki metalu przy pomocy skalpela i pęsety. Gdy wróciłam do swojego pokoju, było już bardzo późno. Dotarło do mnie, że muszę zrobić jeszcze jedną rzecz. Poszłam do zaopatrzenia. Ostrożnie położyłam na biurku kierowniczki to, co zostało z mojego sprzętu.
- Co tym razem? – spytała zupełnie niezaskoczona.
- Wybuchłam – odpowiedziałam nieśmiało.
- Co? Czyżbyś przyłączyła się do Dzihadystów?
 Nic nie odpowiedziałam. Kierowniczka zaopatrzenia była jedyną osobą, której się bałam, chociaż nawet nie wiem dlaczego. Przynajmniej nie tylko ja się jej obawiam. Większość pracowników nie lubiło chodzić do zaopatrzenia. Tej kobiecie zdecydowanie  lepiej nie podpadać.
Nie śmiałam się odezwać ani słowem. Odebrałam nowy kombinezon i buty, po czy wróciłam do siebie. Jutro czekają mnie jeszcze poszukiwania nowej chusty. Powinnam zabrać ze sobą Jessice i Philiego, jednak wtedy zakupów nie da się ograniczyć do tylko jednej chustki. Z drugiej strony, nie wybaczyliby mi, gdybym poszła bez nich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.