13 lipca 2015

Takie tam Odpały Jessiki

Za oknem w najlepsze padał sobie śnieg, a ja nie miałam nic do roboty. Siedziałam na łóżku i od jakiegoś czasu czytałam książkę, ciesząc się chwilą spokoju. Nagle usłyszałam rytmiczne pukanie do drzwi.
- Ulepimy dziś bałwana? – ktoś zaśpiewał uroczym, dziecięcym głosikiem. -  No chodź zrobimy to…
Wylądowałam na podłodze, gryząc ze śmiechu dywan. Znam tylko jedną osobę, która wpadłaby na tak durny pomysł. Nie żebym miała coś do „Krainy Lodu”, sama jestem fanką Elsy, ale to była już przesada. Podczas, gdy tarzałam się na ziemi, piosenka nadal trwała. W końcu zebrałam się i otworzyłam drzwi, nim rozpoczęła się druga zwrotka. Na korytarzu stał Owen i Jessica, bo któż by inny mógł nucić piosenki z Disneya pod moim pokojem? Oboje były ubrani w zimowe kurtki. Jessi, która miała na sobie różową puchówkę i pluszowe nauszniki, które idealnie komponowały się z jej zmierzwionymi blond włosami, wyglądała jak przesłodzona czternastolatka.
- Wy tak na serio z tym bałwanem?- spytałam sceptycznie.
- No pewnie - pisnęła dziewczyna.- Mamy zamiar ulepić ogromniastego bałwana, a ty idziesz z nami.
- Raczej podziękuje…
- No weź – poprosiła Jessica słodkim głosem.
- Masz przecież Owena – odpowiedziałam. – Swoją drogą, nie mogę uwierzyć, że dałeś się w to wrobić.
Mężczyzna był najwyraźniej zakłopotany moim stwierdzeniem. Zapewne również nie miał ochoty w tym wszystkim uczestniczyć.
- No pewnie, że się dał – odpowiedziała za niego Jessi. – Nasz bałwan ma być wykurwiście duży, na cztery metry, jak nie więcej. Tylko Owen jest na tyle silny, aby unieść  tak wielkie kule, no a ty jesteś na tyle silna, aby podsadzić Owena. Poza tym… mamy ciepłe kakałko i pierniczki – dodała po chwili niepewnie.
- Ech, no dobra – zgodziłam się. Jej entuzjazm był zdecydowanie zaraźliwy.
Wróciłam do pokoju i wygrzebałam z szafy czarne kozaki, oraz szary płaszczyk, który wybrał dla mnie Philip na jednej z naszych zakupowych eskapad, do której jak zwykle zostałam zmuszona. Szybko ubrałam się i wróciłam na korytarz.
- Ojej, nie zmarzniesz? Możesz się przeziębić – zaczęła Jessica. – No tak, sorki, jakoś tak zapomniałam, że przecież temperatura ci nic nie robi – zreflektowała się, gdy tylko zdała sobie sprawę z tego, co powiedziała.
Wcale się nie obraziłam. Sama nadal nie mogłam przywyknąć do tych wszystkich zmian, które zaszły w moim organizmie po tym wypadku z zombifikacją. Czasem było to całkiem śmieszne.
Zeszliśmy po schodach i wyszliśmy z budynku. Udaliśmy się na plac, który Jess zawczasu wybrała. Kobieta odłożyła swoją torbę i zaczęła nam rozkazywać. Zaczęłam toczyć największą kulę, Owen zajął się średnią, a Jessi tą, która później miała się stać głową. Szło nam dosyć sprawnie, chodź co chwilę robiłam przerwę, aby podkraść trochę z naszego zapasu pierników. Wreszcie udało nam się sklecić bałwana. Skończyło się jednak na tym, że to nie ja podsadziłam Owena, a on mnie. Przystąpiliśmy do poprawek, dlatego, że ten bałwan był cholernie krzywy. Przy takiej wielkości wcale to nas nie zdziwiło. Nagle zauważyłam Dextera, który szedł w naszą stronę.
- Reva! Szukałem cię! – krzyknął.
- Co jest doktorku? – spytałam, chrupiąc marchewkę, wyciągniętą wcześniej z torby Jessicy. Gdy dotarł do mnie absurd całej tej sytuacji, zgięło mnie wpół ze śmiechu.
- Hej! - wrzasnęła Jessi. – To miał być jego nos.
- To? - spojrzałam krytycznie na to, co zostało z wątłej marchewki i porównałam z głową naszego ogromniastego bałwana.
- Racja – zgodziła się. – Owen! Zapierdalaj do kuchni po bakłażana!
- Bo co? Bo jestem czarny?
- Dokładnie.
Mężczyzna bynajmniej się nie obraził, tylko uśmiechnął się i pobiegł w stronę jednego z budynków. Zdecydowanie miał zadatki na masochistę.
- No dobra. Czego chcesz? – spytałam Dexa.
- Przyjdź później do laboratorium. Potrzebuję pobrać twoją krew do padań.
- Co?! – zdziwiłam się. – Przecież ostatnio wypompowałeś ze mnie ze trzy litry, jak nie więcej.
- No tak – odparł wyraźnie zakłopotany. – Ale tak trochę mi się rozlało…
- Nieważne, przyjdę jak skończymy lepić bałwana.
Naukowiec pożegnał się i poszedł w zapewne w stronę laboratorium. W między czasie wrócił Owen.
- Masz, ty pieprzona rasistko – powiedział, po czym rzucił w Jessicę sporych rozmiarów ogórkiem.
- Miał być przecież bakłażan.
- No wiesz, wszystko potrafi być dildo, jeśli jesteś wystarczająco odważna – odpowiedział, cytując znane powiedzenie. – Poza tym, nie mieli bakłażanów. Pewnie Reva jak zwykle je zjadła.
- Hej! – oburzyłam się. – Nie ładnie śmiać się z mojego głodu. To prawda, że regularnie opróżniam kuchenne zapasy jedzenia, ale bakłażanów bym za nic nie tknęła. Smakują ohydnie.
- Ta jasne, wmawiał sobie. – kpił sobie ze mnie w najlepsze.
- Reva, czy myślisz o tym samym co ja? – spytała Jessi.
Skinęłam głową. Jednocześnie rzuciłyśmy się na Owena i powaliłyśmy go na ziemię. Nie miał z nami żadnych szans. Wytarzałam jego twarz w śniegu. Skończyłyśmy go męczyć dopiero wtedy, gdy zaczął mieć problemy z oddychaniem.
- Ej no! Za co? – spytał mężczyzna, masując swoją szczękę.
- To dla twojego dobra – odpowiedziała niewinnie Jessica. – Chciałyśmy cię tylko trochę wybielić.
Dziewczyna wyjęła ze swojej torby kilka kawałków węgla, ja w tym czasie podniosłam zdezelowanego ogórka. Dokończyliśmy naszego bałwana już bez przepychanek. Po skończonej robocie postanowiliśmy dać mu na imię Hans.

Od razu po skończenia bałwana poszłam do Dexa, który znowu utoczył mi kilka litrów krwi. Wróciłam do pokoju, rzuciłam płaszcz i buty na podłogę, po czym padłam na łóżko. Po jakiś dziesięciu minutach usłyszałam pukanie do drzwi. Niechętnie wstałam. Na korytarzu stała Jessica, jak zwykle w świetnym humorze. Na ramieniu miała przewieszoną torbę, a pod pachom trzymała puchaty, różowy koc.
- Co znowu? – spytałam.
- Co powiesz na babski wieczór?
- A nie możesz pomęczyć o to Philiego?
- Oj no weź, to nie to samo. Mimo wszystko nasz kochany geju ma strasznie męskie dłonie – odpowiedziała. – I nawet nie próbuj tego głupiego numeru z maczetą. Chcę ci zrobić nie tylko manicure.
- Ech, no dobra – zgodziłam się, ubolewając nad swoim ciężkim losem, po czym wpuściłam ją do swojego pokoju.
Jessi wyciągnęła ze swojej torby dużą butelkę wina, po czym postawiła ją na szafce nocnej. W międzyczasie wyciągnęłam ze swoich zapasów ogromną paczkę chipsów cebulowych. Dziewczyna kazała mi usiąść na łóżku. Zaczęła czesać moje włosy, z uporem udające siano, czy raczej siano, udające włosy. Do drugie stwierdzenie zdecydowanie było bliżej prawdy.
- Powiedz, żałujesz tego, że stałaś się zombie? – spytała niepewnie Jessica.
- Niespecjalnie – odpowiedziałam. – Gdyby to był film, to zapewne rozpaczałabym nad swoim losem. Jestem jednak ponad to. Dostrzegam w tym więcej zalet niż wad.
- Serio? – zdziwiła się.
- No pewnie. Przede wszystkim mam szansę żyć o wiele dłużej, niż kiedyś pozwalała na to moja choroba. Mogłabym też zostać super bohaterką. Raczej nie będę się też starzeć. Trochę zbrzydłam, to prawda, ale wygląd nie jest przecież aż tak ważny, wystarczy mi bycie przeciętną. Poza tym, makijaż i odpowiednia stylizacja jest wstanie wydobyć piękno nawet z największego paszteta.
- Skoro tak twierdzisz…
Kiedy Jessi wreszcie skończyła maltretować moją fryzurę, postanowiłyśmy zobaczyć jakiś film. Nie obejrzałyśmy go jednak do końca. Jakim cudem Jessica, w ciągu godziny, w pojedynkę dała radę niemal całkiem opróżnić butelkę wina. Zaraz po tym zasnęła na podłodze. Przykryłam dziewczynę kocem i zaczęłam lekko chichotać. Podeszłam do okna. Mimo tego, że było już ciemno, dzięki latarniom byłam wstanie zobaczyć naszego Hansa. Ostatecznie nie miał czterech metrów, ale i tak był ogromny. Nagle dostrzegłam, że ktoś wysikał przed nim napis „ Merry Chrismas”. Dopadł mnie kolejny, dość głośny atak śmiechu. Jessi była jednak zbyt pijana aby się obudzić, jedynie przewróciła się na drugi bok i mocniej przytuliła poduszkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.