18 września 2015

Nie Zadzieraj z Zombie Girl

Wracałam właśnie z zakupów, obwieszona torbami z jedzeniem. Zaraz jak tylko przeszłam przez bramę zauważyłam, że po terenie agencji kręci się jakiś człowiek. Był wysoki i chorobliwie szczupły. Na oko miał jakieś pięćdziesiąt lak. Odniosłam dziwne wrażenie, że już go kiedyś spotkałam. Postanowiłam do niego podejść.
- Cześć, ja cię chyba skądś  znam – zagadałam.
- Możliwe – odpowiedział mężczyzna. – Jestem tym pechowym leśniczym, który wpadł na zombiaki.
- A no tak, pamiętam jak nieśli cię nieprzytomnego. Więc nie dałeś sobie wcisnąć żadnego kitu. Jaką historyjkę chcieli ci sprzedać?
- Że wpadłem na jakąś sektę, która naćpała się bojową marihuaną. No wiesz, byli agresywni i mieli braki w odzieży, więc nawet pasowało, ale głupi nie jestem. Tak długo trwałem przy swojej wersji, że w końcu postanowili dać mi pracę.
- To dobrze, że przyjąłeś ofertę - stwierdziłam.
- Ta, wszyscy mi to mówią. W przeciwnym wypadku czekałby mnie psychiatryk, a potem śmierć w dziwnych okolicznościach… Tak w ogóle, to Borys jestem.
- Reva – uścisnęłam mu rękę. – Nie bierz tego do siebie, po prostu dbamy o to, żeby nie wybuchła panika związana z zombie apokalipsą.
- Nie no, spoko – odpowiedział. – Chwila… Reva? Zombie Girl?
- O Jezu, mam aż tak beznadziejną ksywkę? Cóż, przynajmniej nikt się nie zwraca tak bezpośrednio do mnie…
- No… ale spoko, ja do zombie nic nie mam.
- Nieważne – zbyłam go. – Właściwie to w jakim charakterze cię zatrudnili?
- Jako ogrodnika. Później może przerzucą mnie jako ciecia do innej jednostki.
- Wszystko fajnie, ale po co nam ogrodnik w styczniu? – zdziwiłam się.
- Musieli mnie gdzieś przydzielić, no nie? Na razie kazali mi tu posprzątać. Śnieg właśnie stopniał, więc jest dużo roboty.
- To nawet dobry pomysł. Po ogrodzie chyba do tej pory walają resztki Hansa.
- Zaraz… Jakiego Hansa?!
- Nic wielkiego – odparłam. – Stanął na drodze naszej Triny, więc ta go trochę uszkodziła. A szkoda – rozmarzyłam się. – Miał takiego wielkiego ogóra…
Oczy Borysa stawały się coraz większe. Najwyraźniej nie zrozumiał, że chodziło mi o bałwana. W końcu nie mógł wiedzieć, że po prostu miałam ochotę na sałatkę z jego ogórczanego nosa.
- No dobra, to ja lecę. Muszę jeszcze wpaść do jednego z naszych naukowców – pożegnałam się i poszłam do budynku agencji.

Zostawiwszy uprzednio zakupy w pokoju, zeszłam do laboratorium. Doktor Abraham już na mnie czekał w swojej pracowni.
- Cześć doktorku, przyszłam na codzienne pobieranie krwi – powiedziałam, po czym usiadłam na swoim krześle.
Dex właśnie przygotowywał igłę, używał takiego samego sprzętu co stacje krwiodawstwa. Mężczyzna i tym razem zapomniał, że w moim wypadku zakładanie opaski zaciskowej nie ma sensu. Ostrożnie wkuł się w moją żyłę. Cała procedura zawsze trwała niecałe pół godziny. W tym czasie mogliśmy sobie pogadać.
- Kiedy przestaniecie mnie tak męczyć? – spytałam.
- Prawdopodobnie nigdy – odparł. –Ciągle mamy braki.
- Jak to?
- No pomyśl trochę. Do tej pory do produkcji antidotum pobrałem ci 10 litrów, tak więc mamy zapewnione 1000 litrów antidotum, z tego wychodzi 50 tysięcy porcji. A co to jest, gdy trzeba zaopatrzyć w nie cały świat? Jak na razie w antidotum dostały jedynie USA i Rosja.
- Czemu akurat Rosja?
- Bo trochę głupio było zrobić z nich króliki doświadczalne, a po odniesionym sukcesie powiedzieć: „Sorry, ale ustawcie się w kolejce. Są ważniejsi od was.” I tak, poza kilkoma bardziej zaludnionymi obszarami w Azji, antidotum otrzymała tylko Europejska część kraju.
- Czyli na rewolucję w walce z zombie trzeba będzie jakiś czas poczekać…
- Dokładnie. Szefostwo chcę, aby każdy przed misją otrzymał zastrzyk. Moim zdaniem to kompletna głupota. Według statystyk tylko jakieś dziesięć procent naszych agentów umiera bezpośrednio od zombifikacji, cała reszta raczej z powodu odniesionych ran, a jeśli samobójca nie odniesie zbyt wielkich obrażeń i zdoła uciec, to może sobie zrobić zastrzyk metodą na ćpuna. Kilka minut zwłoki tuż po ugryzieniu nie robi praktycznie żadnej różnicy. Zresztą, zanim zbierzemy odpowiednie zapasy, minie jeszcze sporo czasu. Mamy szczęście, że twój organizm wytwarza krew jak głupi. Od zwykłego człowieka nie da się pobierać dwóch litrów dziennie.
- Znowu zaczynasz ten swój naukowy bełkot – westchnęłam.
- Nic na to nie poradzę, przecież jestem naukowcem.
- I to szalonym – dodałam.
- Właśnie za to mnie kochasz – odpowiedział. – Dobra, wracając do bełkotu… to nie koniec problemów z antidotum. Po pobraniu krwi trzeba wyizolować komórki i poddać rozmnażaniu. One również dzielą się jak głupie, ale i tak cała procedura trwa ponad miesiąc. Oczywiście moglibyśmy to skrócić, ale wtedy byśmy otrzymali mniej tych komórek i potrzebowali więcej krwi, a ty jesteś tylko jedna. Na szczęście potem już z górki. Dodajemy środek rozrzedzający, trochę katalizatorów i gotowe.
- Dlaczego za każdym razem, gdy z tobą rozmawiam, czuję się niedorozwinięta? – spytałam. – Przecież skończyłam liceum z wyróżnieniem…
- A nie pomyślałaś, że rzeczywiście możesz być niedorozwinięta?
Rzuciłam w Dexa pierwszą rzeczą jaka wpadła mi w ręce. Na jego nieszczęście było to jego drugie śniadanie. Sporych rozmiarów kanapka odbiła się od jego czoła, wypadła z woreczka i rozpadła się na podłodze. Spojrzał na mnie pełnym wyrzutu wzrokiem. Stwierdziłam jednak, że trochę diety dobrze mu zrobi. Nagle moją uwagę przykuła niewielka gablota stojąca na szafce pod ścianą.
- Czy to jest…
- Tak, to twoja noga – przerwał mi naukowiec. – Dziwię się, że do tej pory  tego nie zauważyłaś.
- Gdybyś nie miał takiego burdelu w swoim laboratorium, to może bym zauważyła. Nie próbuj zmienić tematu. Po jaką cholerę ci ta noga?
- Od czasu do czasu robię na niej jakieś badania.
- Ale, że tak na widoku? – zdziwiłam się. – Włóż ją do lodówki, albo coś…
- Po co? Przecież nie gnije, poza tym, robi wrażenie na każdym razem, gdy ktoś wchodzi do mojej pracowni.
Postanowiłam nie ciągnąć tego tematu. W końcu sama pozwoliłam mu zatrzymać moją stopę na pamiątkę. Fakt, że tylko po to, aby się odczepił, ale jednak. Mimo wszystko musiałam przyznać, że gablota z nogą idealnie dopełniała wystrój gabinetu, który był tak oszczędnie umeblowany. Znajdowało się w nim jedynie metalowe biurko zawalone dokumentami, lodówka, długi stół przeznaczony do eksperymentów, urządzenie do pobierania krwi oraz kilka szafek. Biorąc pod uwagę fakt, że laboratorium, tak jak reszta pracowni w tym budynku, miała przeszklone ściany i białą podłogę, całe pomieszczenie miało beznadziejnie sterylny i bezosobowy wygląd.
Naukowiec napełnił krwią ostatnie naczynie. Mogłam sobie już iść. Dexter zajął się jakimiś papierami.
- Hej, a gdzie nagroda dla dzielnego pacjenta? – oburzyłam się. – Przecież umawialiśmy się, że po każdym pobieraniu krwi odpalisz mi coś do żarcia. Nawet wyciągnąłeś na to dodatkowe fundusze, że niby muszę się jakoś zregenerować po krwiodawstwie.
- Zabiłaś moją cenną kanapkę. Dzisiaj nic nie dostaniesz – odpowiedział krótko.
- Dawaj, inaczej obiecuję zacznę cię tłuc tą cenną nogą – ostrzegłam.
- Okej, no to łap!
Z uśmiechem rzucił we mnie torbą z kubełkiem z KFC. Liczył na to, że walnie mnie w twarz, mimo to złapałam go bez trudu. Nie powstrzymało to jednak kawałków kurczaka przed wypadnięciem na podłogę. Facet się doigrał, nikt nie będzie pozbawiał mnie jedzenia. Powinnam teraz zjeść jego.
Wściekła rozbiłam pięścią gablotę i nie zważając na odłamki szkła raniące mi dłoń, wyciągnęłam odciętą stopę. Mężczyzna zbyt późno zrozumiał, że jednak nie żartowałam. Rzuciłam się w jego kierunku. Wylądowaliśmy na podłodze. Zaczęłam okładać go urwaną nogą. Nie miał ze mną żadnych szans. Przerwał nam pracownik ochrony, którego ściągnął hałas. Gdy nas zobaczył, nie wiedział jak powinien zareagować.
- Rozejm! – wrzasnął Dexter. – Zaraz pomyśli, że ci odbiło i to w taki zombiczny sposób, a wtedy będziesz miała kłopoty.
Tym razem postanowiłam go posłuchać. W końcu miał rację. Wstałam z podłogi i poprawiłam rozczochrane włosy. Chwyciłam kubełek, w którym zostały tylko trzy skrzydełka na ostro i skierowałam się do wyjścia.
- A tak w ogóle, to bijesz się jak baba – rzuciłam, po czym jakby nigdy nic wyszłam, zostawiając trochę poturbowanego Dexa z połamaną stopą w ręku oraz osłupiałego ochroniarza.
Od razu poszłam do swojego pokoju. Trzy kawałki kurczaka to było dla mnie zdecydowanie za mało. Wyciągnęłam z lodówki paczkę kiełbasek koktajlowych i usadowiłam się na łóżku z książką, którą niedawno kupiłam. Właśnie skończyłam pierwszy rozdział, gdy nagle rozległ się alarm. Czy te zombie muszą mieć takie beznadziejne wyczucie czasu?

Wyjechaliśmy dwoma Suvami. Misja miała być banalnie prosta. Pracownicy kanalizacji natknęli się podczas roboty na zombie. Nikomu nic się nie stało, ale truposze beztrosko hasały sobie kanałach i ktoś musiał je wyłapać. Trzeba było sprawdzić całą kanalizację. Wszyscy kanalarze zostali zwolnieni do domu, a likwidacją umarlaków miało zająć wojsko. Potrzebowali jednak kogoś ogarniętego, kto zna się na tępieniu zombiaków. Z tego właśnie powodu do tej misji zaangażowano czworo samobójców. Mieliśmy działać w dwóch grupach, tak więc Jerry i Rudy pojechali na Capitol Hill, a ja i Rao ruszyliśmy do Spring Valley. Teoretycznie to była kolej Owena, jednak ten nie wrócił jeszcze ze swoistego detoxu. Grzebali mu w mózgu w poszukiwaniu ocalałych siedlisk wirusa Z. Brzmi to dość groźnie, jednak podobno jest całkiem bezpieczne. Mam tylko nadzieje, że po tym wszystkim nie wróci jeszcze głupszy niż był wcześniej. Póki co musiałam się zadowolić naszym Ninją.
Gdy dotarliśmy na miejsce szybko dokończyłam sporych rozmiarów kanapkę, którą wzięłam sobie na drogę. W razie czego miałam jeszcze w plecaku suszone kabanosy. Stały się one nieodłączną częścią mojego ekwipunku.
Wszystko już było gotowe do akcji. Razem z nami miało iść jeszcze czterech wojskowych. Tak samo było w grupie Jerrego. Żołnierze mieli pilnować również oczyszczalni ścieków, w razie gdyby jakiś truposz postanowił wyjść na powierzchnie.
Po krótkim zapoznaniu się z planem działania zeszliśmy do kanałów. Od razu uderzył w nas smród, choć generalnie, w porównaniu z odorem rozkładających się zombie, nie było tak źle. Szliśmy zwartą grupą, nie próbując nawet zachować ciszy. Hałas przyciągał umarlaki, a w tym wypadku działało to tylko na naszą korzyść. Po około godzinie natknęliśmy się na pierwszą grupkę zombiaków. Nie stanowiły większego problemu. Po kilku celnych strzałach się rozpadły się na kawałki. Sądząc po stanie zwłok, od ich zombifikacji minął ponad tydzień. Jeden z żołnierzy zostawił przy ciałach nadajnik. Z powodu unoszących się gazów nie mogliśmy użyć miotaczy ognia. Trzeba było się też pozbyć zwłok. Tym miał zająć się osobny oddział, nadajnik był właśnie po to, by mogli odnaleźć resztki truposzy.
- Czy taki nadajnik nie jest przypadkiem bezużyteczny w kanałach? – spytał Rao.
- Ja tam się nie znam, ale te podobno działają – odpowiedział jeden z mężczyzn. – To jakiś bardzo zaawansowany technicznie model, czy coś.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Czas strasznie się nam dłużył. Najpierw zaczęliśmy grać w „Państwa, Miasta”, później wywiązała się rozmowa.
- Ja to was, łowców zombie, nigdy nie zrozumiem – podjął jeden z wojskowych.
- O co ci chodzi? – zapytałam.
- No bo latacie tak za tymi zombiakami i dupy narażacie, żeby uratować pojedynczych ludzi, a nie chcecie podać do ogólnej wiadomości, jak się przed nimi skutecznie bronić.
- Wtedy nastąpiłaby panika – odpowiedziałam bez przekonania, nie mogłam przecież otwarcie przyznać, że myślę tak, jak on.
- To jeszcze nic – zaczął żołnierz, łudząco podobny do Chucka Norrisa. – Jak byłem z nimi na misji kilka dni temu, to jakiś facet ze spalarki powiedział mi, że wśród samobójców jest jakaś hybryda człowieka i zombie. Podobno ta ich cała zombie-niunia to całkiem niezła laska, chociaż wygląda jak chodząca śmierć to zaokrąglona tam gdzie trzeba i ogólnie ładna dupa z twarzy. Niestety, jak ją raz klepnął w tyłek, to złamała mu rękę – na te słowa wszyscy wojskowi wybuchli śmiechem. - Im to się od tej całej elitarności w głowach poprzewracało, żeby takie bajki pierdolić – dokończył.
- Czy myślisz o tym samym co ja? – szepnęłam do Rao.
- Nie jestem pewien, ale na pewno o czymś równie głupim – odpowiedział, podając mi swoją maczetę, która była o wiele lepsza od mojej.
Jego pomysł podobał mi się zdecydowanie bardziej. Szliśmy na końcu naszej zwartej grupy, więc nie było żadnego problemu. Wystarczyło być dyskretnym. Zdjęłam rękawiczkę i wcisnęłam ją za pasek. Podwinęłam lewy rękaw i sprawnym ruchem odcięłam dłoń, oddzielając kości w nadgarstku. Poszło mi dość łatwo i nawet nie ubrudziłam się krwią. W poprzednim wcieleniu zapewne byłam rzeźnikiem, albo seryjnym mordercą. Gdy z ręki ściekły resztki krwi, położyłam ją delikatnie na ramieniu żołnierza. Palce zaczęły go delikatnie smyrać po uchu. Jego niezbyt męski wrzask odbił się echem po kanale. Ten facet, prócz wyglądu, zdecydowanie nie miał nic więcej wspólnego z Norrisem.
- Wybacz, czasem mi łajza ucieka – odparłam niewinnie, podnosząc dłoń z ziemi.
Wszyscy patrzyli na mnie w dość dziwny sposób, a pseudo-Chuck wciąż próbował pozbierać się z podłogi. Ja tymczasem przybiłam z Rao piątkę moją odciętą ręką. Żołnierze zgłupieli już do reszty. Przytknęłam dłoń na miejsce, po kilkunastu sekundach zrosła się na tyle, że mogłam puścić.
  Gdy minął już szok, wróciliśmy do przeczesywania kanałów. Żołnierze uznali, że mój makabryczny żarcik był całkiem zabawny i już nikt nie śmiał twierdzić, że agenci W.A.D.A.Z., oczywiście z wyjątkiem mnie, mają nierówno pod sufitem.
Łaziliśmy po kanalizacji przez kilka godzin. Wreszcie wszystko zostało sprawdzone. Mogliśmy zakończyć misję. Wytłukliśmy około pięćdziesięciu zombiaków, drużyna Jerrego podobno uzyskała zbliżony wynik. Nikt nie zginął, ani nawet nie został pogryziony. Wydostaliśmy się ze ścieków. Znaleźliśmy się przy George Town. Już na nas czekali. Razem z Rao wsiedliśmy do naszego Suva, prowadzonego przez dowodzącego z naszej organizacji.
- O Jezu, co za smród – stwierdził. – Spotkaliście chociaż żółwie ninja?
- Nie, tylko zombie i Chucka Norrisa – odpowiedziałam.
- Też dobrze. Tylko wykąpcie się po powrocie. Reva, śmierdzisz gorzej, niż wtedy gdy po wybuchu wytarzałaś się w szczątkach zombie.
Postanowiłam to zostawić bez komentarza. Faktycznie odór kanałów, którym przesiąkliśmy, był nie do zniesienia. Mimo styczniowego chłodu, jechaliśmy przy otwartych oknach. Mnie to akurat nie robiło różnicy, bo jakoś słabo odczuwałam zmiany temperatur. Dowódca kilka razy groził, że zaraz nie wytrzyma i będziemy jechać na dachu. Po niecałej godzinie na szczęście byliśmy już miejscu. Gdy tylko weszłam do swojego pokoju, ściągnęłam z siebie ubranie i wskoczyłam pod prysznic. Gdy tylko odkręciłam wodę, poczułam niesamowitą ulgę. Zużyłam prawie pół butelki emulsji do kąpieli, żeby pozbyć się tego smrodu. Mimo to miałam wrażenia, że nawet moje gałki oczne cuchną. Wreszcie wyszłam z łazienki. Szybko ubrałam się i westchnęłam. Musiałam się zająć swoim sprzętem. Stwierdziłam, że broń mogę wyczyścić wieczorem. Należało jeszcze zanieść kombinezon do zaopatrzenia. Kierowniczka znowu się na mnie wścieknie. Tym razem może nie będzie tak źle. W końcu mój strój potrzebował jedynie  solidnego prania chemicznego.

Zdziwiłam się, że jako pierwsza weszłam do naszej świetlicy. Wyciągnęłam z barku paczkę M&M’s i usadowiłam się na kanapie. Tego wieczoru znowu mieliśmy sobie zrobić maraton filmowy. Samobójcy powoli zaczynali się schodzić. Ku mojej uciesze zjawił się nawet Owen. Na jego ogolonej głowie dostrzegłam niewielki opatrunek.
- Co tu robisz Czarnuchu? – zapytałam.
- Trzy godziny temu wypuścili mnie ze szpitala – odpowiedział. – Przez dwa tygodnie mam jeszcze zwolnienie z pracy, więc mogę się trochę pobyczyć.
- A przypadkiem nie uszkodzili ci mózgu jeszcze bardziej?
- Nie – uśmiechnął się. – Czyszczenie polega na tym, że robią ci małą dziurkę w czaszce i płuczą mózg w antidotum.
- To co dziś oglądamy? – spytał nagle Phili.
- „Highschool of the Dead” – odpowiedział Rudy. – Zmontowałem to tak, żeby pominąć wszystkie openingi i endingi.
- A dlaczego oglądamy anime? – zapytałam.
- To proste; cycki – stwierdziła Jessica.
- A co cię tak dziwi Jess? – zdziwił Jacks. – Trina wygląda jak facet, ty jesteś płaska, a Reva nam nie daje.
- Dać to wam mogę, ale w mordę – odgryzłam się.
- Okey, a drugiego do ręki.
- Dobra, przestańcie się kłócić i zacznijmy oglądać. Przed nami ponad cztery godziny seansu – odezwał się David.
- Zamknij się Rudy, i tak nie zaruchasz – wrzasnął Jacks.
- Dlaczego?
- Bo jesteś rudy.
- Ty też jesteś rudy, Jackass – zauważył Dave.
- Ja jestem rudym blondynem, a to różnica.
Dopiero Jeremiemu udało się ukrócić tę sprzeczkę. Rudy wsadził płytę do odtwarzacza DVD. Muszę przyznać, że pomijając cycki i zbyt częste ujęcia pokazujące majtki, to anime całkiem mi się spodobało. W pewnym momencie wszedł dowódca stołecznej jednostki. Zdaje się, że nazywał się Beckett. Powinnam to wiedzieć, jednak nigdy nie miałam pamięci to nazwisk. Ledwo nauczyłam się tych należących do samobójców. Mężczyzna bez żadnych ceregieli przemaszerował przez całą świetlicę i odłączył DVD w momencie, gdy dzielna Saeko gotowała kolację ubrana jedynie w fartuszek. Faceci jęknęli.
- No sorry, ale stwierdziłem, że jako nasi czołowi łowcy zombie powinniście to zobaczyć – odpowiedział Beckett, podłączając swojego laptopa do telewizora. Na ekranie pokazał się obraz z kamer ochrony zaatakowanego wcześniej centrum handlowego. – Centrala wyizolowała istotne kawałki i zmontowała nam to tak, żebyście od razu mogli obejrzeć to, co ważne – nacisnął play.
Film ruszył. Obraz z różnych kamer przeskakiwał, śledząc tego samego mężczyznę. Miał na sobie czarny płaszcz, wełnianą czapkę i kraciasty szal, zasłaniający twarz. Cały czas trzymał ręce w kieszeni. Raczej nie zwracał na siebie uwagi. Wyglądał jak typowy zmarzluch, zwłaszcza, że w budynku było raczej dość chłodno. Chwilę błąkał się po sklepach. Nagle obraz się przybliżył i zwolnił. Tajemniczy mężczyzna zbliżał się do sprzątaczki, wyjął z kieszeni dłoń i wykonał nią dziwny ruch, po czym szybko odszedł. Kobieta podrapała się po ramieniu.
- Zadrapał ją czymś i przekazał jej wirusa – stwierdził Philip.
- Dokładnie, a to prawdopodobnie była jego pierwsza ofiara – odpowiedział Beckett. – Oglądajcie dalej.
Zamachowiec zarażał kolejnych ludzi. Wszyscy byli pracownikami. Później skierował się do kina. Zainfekował kilku ludzi stojących w kolejce po bilety. Dokładnie to przemyślał. Miał pewność, że wszystkie jego ofiary zostaną w budynku dłużej niż godzinę. Mężczyzna opuścił centrum handlowe. Obraz podzielił się na sześć części. Było doskonale widać niemal cały teren. Film przewinął się do przodu o jakieś dziesięć minut. Kilka osób nagle zemdlało. Powstały jako zombie. Wybuchła panika. Po chwili pojawiły się inne ofiary zamachowca. Razem było ich ponad trzydzieści. Ludzie starali się uciec. Większość z nich została jednak pogryziona, a część wręcz zjedzona żywcem. Obraz się nagle zatrzymał.
- Tyle wystarczy. Dalej to już zwyczajna rozpierducha – stwierdził dowódca.
- Damy radę go zidentyfikować? – Spytał Jeremi.
- Nie. Facet jest owinięty szalikiem i stara się odwracać twarz od kamer. Wiemy tylko, że to biały mężczyzna, około 180 cm wzrostu.
- To co teraz?
- Nic – odpowiedział Beckett. - Możecie wrócić do oglądania cycków.
Tak też zrobiliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.