13 września 2015

W Centrum Zainteresowania

Do mojego pokoju, bez pukania, wbiegł Jacks. Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, mężczyzna zamknął się w moim kibelku. Przewróciłam oczami i wróciłam do czytania książki. Starałam się ignorować dźwięki dochodzące z łazienki, jednak całkiem na próżno.
- Reva! – krzyknął Jackass zza drzwi. – Gdzie trzymasz papier toaletowy?
- Nigdzie, nie używam – odpowiedziałam.
- Jak to nie używasz?!
- Normalnie. Jestem zombie, a zombie nie korzystają z toalety – stwierdziłam jakby nigdy nic.
- No cóż, to przynajmniej wyjaśnia ten obrus i kosmetyki na klapie od sedesu.
- A właśnie, co z nimi zrobiłeś? – spytałam.
- Nic, zwinąłem w tobołek i położyłem obok. Właściwie to po co ci tyle  różnych specyfików do włosów?
- Do ich zakupu wmanewrowała mnie Jessica. Jest pewna, że moje włosy da się jeszcze w jakiś sposób uratować.
- Z pewnością się myli – odpowiedział mężczyzna. – Gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy, myślałem, że z jakiegoś powodu nosisz kiepską perukę.
- Jak miło z twojej strony… do tej pory się zastanawiam, dlaczego te baby w ogóle na ciebie lecą.
- Walić baby, co ja zrobię bez srajtaśmy?
- Gdzieś powinnam mieć ręcznik kuchenny – zamyśliłam się i zaczęłam grzebać w swojej szafie. – Co ty w ogóle robisz w mojej łazience?
- Długa historia. Zaczęło się od tego, że poszliśmy z Gabrielem do tego nowego Turka dwie ulice dalej i jakoś tak wyszło, że założyliśmy się o to, kto zje więcej kebabów.
- A no tak, rozumiem. Dobry kebab piecze dwa razy?
- Dokładnie. Oczywiście wygrałem. Wynik 12 do 11…
- Zaraz… - przerwałam mu. – Sam zjadłeś dwanaście kebsów? Chyba nawet ja nie jestem w stanie tego zrobić.
- Ty? Zjadłabyś ze dwadzieścia, ale mniejsza z tym. Później rozdzieliliśmy się z Gabem i jak już wracałem do agencji, to zaczęło mnie porządnie skręcać, a w pobliżu nawet najmniejszego Toi Toia, no to spinam dupę i lecę. Biegnę po schodach i nagle zdaję sobie sprawę, że zapodziałem gdzieś klucze do swojego pokoju. W akcie desperacji zacząłem łapać za wszystkie klamki w naszym skrzydle, a twoje drzwi akurat trafiły się pierwsze niezakluczone…
- Dobra, dobra – weszłam do łazienki i rzuciłam w Jacksa dość dużą rolką papierowego ręcznika.
- Kobieto, wypad! – wrzasnął mężczyzna.
Nie wyglądał zbyt dobrze. Z całą pewnością ten kebab zrobił na nim duże wrażenie. Posłusznie wyszłam i ponownie zaczęłam czytać książkę. Sądząc po odgłosach, bitwa rozpoczęła się na nowo. To chyba turecki odpowiednik „zemsty faraona”. Nagle rozległ się alarm. Kolejny atak zombie. Szybko. Akcja z barakami miała miejsce dopiero pięć dni temu. Spojrzałam na komunikator. Znowu szykowało się coś dużego.
- Pośpiesz się zasrańcu! – krzyknęłam.
- Ale ja jeszcze nie skończyłem.
- No to masz pecha, bo znowu idziemy wszyscy – powiedziałam, po czym zaczęłam się ubierać.
- Ciekawe tylko, jak mam się dostać do swojego sprzętu? Klucz do pokoju przecież zgubiłem.
- Mogę ci je otworzyć z kopa – zaoferowałam.
- Tylko, że one otwierają się na zewnątrz.
- I myślisz, że mi to w czymś przeszkadza?

Ostatecznie, zamiast rozwalać drzwi, postanowiliśmy poprosić o pomoc naszego ciecia. Jacks, gdy tylko uporał się z zemstą kebaba, poszedł do siebie się przebrać, ja w tym czasie zeszłam do garażu. Wszyscy samobójcy już czekali. Mój wzrok napotkał Gabriela. Był blady i cały spocony. Najwyraźniej skutki uboczne dopadły również jego.
- No cześć Gabe. Słyszałam, że przegrałeś ten zakład u Turka – stwierdziłam jak gdyby nigdy nic. – Nie martw się, ostatecznie wygląda na to, że wygrał kebab. Jacks to potwierdzi, to znaczy, kiedy już dojdzie do siebie.
- O co właściwie chodzi? – spytała Trina.
- O nic. Taka nic nie znacząca, śmierdząca sprawa – odpowiedział Gabe.
- Nieważne – zbyłam ich. – Widzimy się po misji na ćwiczeniach z łukiem? – spytałam Gabriela.
Mężczyzna skinął głową. Nagle przybiegł do nas Dexter. Był zdyszany, jak zawsze po jakimkolwiek wysiłku.
- Świetnie, że jeszcze nie wyruszyliście – wysapał. – Byłoby źle, gdybym wam tego nie przekazał – wręczył spory pakunek Jeremiemu.
- Spoko, i tak czekamy na Jackassa – odparł Jerry. – Co to właściwie jest?
- Antidotum na wirusa Z.
- Co?! – niemal wszyscy krzyknęliśmy chórem.
- Antidotum, spokojnie, już przebadane, najpierw sprawdziliśmy na małpach, później wysłaliśmy je agentom z Rosji, bo tam było najłatwiej zatwierdzić eksperymenty na ludziach... Wszystko działa jak trzeba.
- Niesamowite – stwierdziła Jessica.
- No, a pozyskaliśmy je z krwi Revy, więc jak skończą się wam strzykawki, to możecie ciągnąć prosto z jej żyły. Zadziała tak samo.
- Serio? – zdziwiłam się.
- Tak, ale do jego produkcji ciągle potrzebujemy nowych próbek. Średnio tak litr krwi na 100 litrów antidotum. Niedługo zaczynamy masową produkcję, więc przyjdź później do laboratorium.
- A jak to wszystko działa? - spytał Jeremi.
- Normalnie – odpowiedział Dex. - W pakunku masz kilkadziesiąt strzykawek. Wbijasz w żyłę i tyle. Oczywiście nie zawsze pomaga, ale im wcześniej podane, tym większe prawdopodobieństwo, że zadziała. Zresztą, nie chce mi się tłumaczyć tego wszystkiego, dołączyłem wam instrukcję obsługi, więc przeczytacie wszystko po drodze.
Naukowiec wyjaśnił nam jeszcze kilka spraw i poszedł, a my wsiedliśmy do samochodów. Musieliśmy czekać na Jacksa jeszcze przez kwadrans. W końcu przybiegł i wsiadł do Jeepa. Wreszcie odjechaliśmy.
- Co tak długo? – spytałam.
- Bo zanim się ubrałem, musiałem iść do kibelka.
- Czy aby na pewno nadajesz się do służby? – zapytałam z niepokojem.
- Ta – odpowiedział krótko.

Sprawa była bardzo poważna. Atak nastąpił w centrum handlowym, niemal w centrum miasta. Agenci mieli pełne ręce roboty przy zabezpieczaniu terenu. Wszędzie było pełno gapiów. Musieliśmy zaangażować wojsko, przez co wszystko wyglądało jeszcze bardziej podejrzanie.
Jeremi szybko ustalił strategię. On, Trina, Rao, Gabriel, Jessica i David mieli działać na parterze, bo tam kręciło się najwięcej zombie. Owen i Alfie oraz ja i Mołotow dostaliśmy pierwsze piętro, a Jacks, Antony i Phili zostali wysłani na drugie. W tym czasie wojsko miało obstawiać wszystkie wejścia i strzelać do każdego zombiaka, jakiego zobaczą. Parkingiem nie musieliśmy się na razie martwić. Nie było mowy aby ktoś żywy tam został. W budynku za to roiło się od truposzy. Nie wiadomo jak się tam dostały, ale jak to bywa w tak zatłoczonych miejscach, od razu wybuchła panika i wielu osobom nie udało się uciec, dlatego musieliśmy się zmierzyć z kilkoma setkami potworów. Istniało też niebezpieczeństwo, że z centrum handlowego wydostał się ktoś zakażony wirusem. To jednak nie było już zmartwieniem samobójców. Naszym zadaniem jest jedynie odnalezienie ocalałych, no i oczywiście nie dać się przy tym zabić.
Po krótkich przygotowaniach wkroczyliśmy do budynku. Podłoga była usłana zastrzelonymi zombie. Wojskowi zawsze świetnie spisywali się w roli tymczasowych eliminatorów. Nic dziwnego, ich zadanie było naprawdę proste. Mieli jedynie siać zniszczenie przy pomocy karabinów maszynowych. Byli całkowicie bezpieczni i mogli wycofać się w każdej chwili. Podołaliby temu nawet uczniowie gimnazjum. My niestety nie mieliśmy takiego luksusu. Przynajmniej podczas tej misji mogliśmy chociaż liczyć na jakieś dodatkowe wsparcie.
Przy schodach rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Zgodnie z planem część z nas została na parterze, a ja i reszta ruszyliśmy na piętro. Przebijaliśmy się przez chordę zombiaków do następnych schodów. Tam ostatecznie się podzieliliśmy i każdy ruszył w swoją stronę. Chciałam z Mołotowem ruszyć do sektora jadalnego, jednak chłopaki zgodnie mnie powstrzymali. Ostatecznie skierowali mnie do sklepów z ubraniami, tłumacząc, że nie chcą się grzebać w damskiej bieliźnie. Ivanowi to jednak jakoś nie przeszkadzało. Pierwsze piętro było dość rozległe. Mieliśmy do sprawdzenia mnóstwo pomieszczeń. Zwiadowcy byli w tym wypadku bezużyteczni, gdyż okna znajdowały się jedynie na parterze, a z rusztowania pod dachem niewiele było widać. Myśląc logicznie, jedyną bezpieczną kryjówką były toalety, ale te znajdowały się jedynie na dole.

Łaziliśmy z Mołotowem po butikach od godziny, wybijając po drodze blokujące nam drogę truposze. Cały czas było słychać jakieś strzały. Musieliśmy dokładnie sprawdzić każde zaplecze, puki co na próżno. Nagle usłyszeliśmy wołanie o pomoc. Ostrożnie ruszyliśmy w kierunku odgłosu. Weszliśmy do sporego sklepu należącego do znanej sieciówki. Na jednym z regałów pod ścianą siedział dość młody chłopak. Widząc nas, poczuł ogromną ulgę. Był otoczony przez kilkanaście zombiaków, jednak znajdował się poza ich zasięgiem, w końcu był to szalenie prosty, ale skuteczny sposób na obronę przed nimi, oczywiście pod warunkiem, że wśród nich nie trafi się mutant. Szybko obgadaliśmy z Ivanem strategię. Mężczyzna wskoczył na inny regał, a ja głośno gwizdnęłam, zwabiając truposze do siebie. Gdy oddaliły się od swojej niedoszłej ofiary, mogliśmy je spokojnie wystrzelać. Było chwilowo bezpiecznie. Skinęłam ręką na uwięzionego wcześniej nastolatka. Dzieciak zeskoczył na ziemię i podbiegł do nas.
- Dzięki, myślałem, że mnie tam w końcu dopadną – oznajmił. – Co teraz? – spytał po chwili.
- Idziemy dalej, musimy znaleźć też innych – odpowiedziałam. – Ugryzły cię?
- Na szczęście nie. Oglądałem „Resident Evil”, wiem, czym to grozi.
- No patrzcie państwo, akurat w tym przypadku filmy nie kłamią – stwierdził z ironią Mołotow. – No dobra, ruszamy, tylko staraj się nie przeszkadzać, bo zginiesz.
Wyszliśmy ze sklepu. Ja obstawiałam przód, Ivan tył, a uratowany chłopak szedł między nami, starając się nie dygotać ze strachu. Po każdym kolejnym spotkaniu z zombie stawał się coraz bardziej nerwowy. Wreszcie dotarliśmy do końca korytarza. Do sprawdzenia został nam tylko ogromny supermarket. Nastolatek westchnął i wszedł za nami. Krążyliśmy między regałami, co jakiś czas odstrzeliwując zbłąkane zombie. Podczas naszego spaceru zakosiłam kilka ciastek, a później nawet paczkę kiełbasek koktajlowych. Teren sklepu był czysty. Ocalałych znaleźliśmy dopiero na zapleczu. Ukryło się ich tam całkiem sporo, głównie pracownicy marketu, ale wśród nich było trzech klientów, w tym kobieta z na oko jedenastoletnim synem. Razem było ich siedemnaścioro. Mieli szczęście, że żaden truposz nie przywalił głową w guzik otwierający drzwi. Odruchowo spojrzałam na pogryziony nadgarstek kasjera.
- Czy ktoś jeszcze został pogryziony? - spytałam.
Z tłumu wyszła matka małego chłopca i ściągnęła zakrwawioną chustę z ramienia, odsłaniając paskudną ranę. Miałam nadzieję, że Dexter się nie pomylił. Nie chciałabym odstrzelić kobiety na oczach jej dziecka.
- A więc macie dziś ogromne szczęście — kontynuowałam. - Właśnie dostaliśmy świeżą porcję antidotum na wirusa Z – starałam się naśladować sposób mówienia prezenterki z jednej z tych kiepskich reklam prywatnej kliniki.
Ivan wykonał zastrzyki obu ofiarom. Całe szczęście każdy członek oddziału ratunkowego został przeszkolony nie tylko w pierwszej pomocy. Chłopczyk cały czas przestraszony ściskał rękę swojej mamy. Nie miałam serca mu mówić, że antidotum wcale nie oznacza, że kobieta będzie zdrowa.
- Dobra, musimy się stąd jakoś wydostać.
- Chwila… - zamyśliłam się, odtwarzając w głowie plan budynku.
Zerknęłam na palmtopa przytroczonego do nadgarstka i wczytałam rozkład pomieszczeń pierwszego piętra. Miałam rację.
- Tuż obok wejścia do marketu są drzwi tylko dla personelu, a za nimi winda towarowa. Powinniśmy spróbować tamtędy - stwierdziłam. - Znajdujemy się na zapleczu ogromnego hipermarketu, gdzieś tu musi być jakiś klucz do tej windy.
Karta dostępu do owej windy wpadła nam w ręce już po kilku minutach poszukiwań. Mogliśmy uciekać z centrum handlowego. Trzeba było działać szybko. Nadusiłam guzik otwierający drzwi magazynu i wyszłam na teren sklepu, żeby w razie czego ściągnąć uwagę zombiaków na siebie. Droga była jednak wolna. Jeszcze nigdy nie prowadziliśmy tak dużej grupy ocalałych jedynie we dwójkę, mimo to bez problemu dotarliśmy do wyjścia. Po drodze oczywiście zgarnęłam co nieco do jedzenia. Tłum na szczęście chciał z nami współpracować i nie narobił hałasu. Pogryziony wcześniej kasjer wyjął klucze i otworzył drzwi do personelu. Zauważyłam, że miał problemy z koncentracją. Nie wróżyło to nic dobrego. Gdy weszliśmy do środka, rzucało nim jakby był pijany. Podeszłam do niego i spojrzałam mu głęboko w oczy. Wyglądał, jakby stracił kontakt z otoczeniem. Wiedziałam, co trzeba zrobić.
- Ludzie, odsuńcie się! – krzyknęłam.
Tak jak przeczuwałam, pogryziony mężczyzna nawet nie zareagował. Dłonią zasłoniłam oczy przestraszonego chłopca, wtulonego w ramię matki i, jakby nigdy nic, wyciągnęłam glocka i zastrzeliłam zainfekowanego kasjera.
- Kobieto, co ci odjebało?! – spytał ktoś z tłumu.
Najwyraźniej nie do wszystkich dotarło, że facet właśnie zombifikował i że dla niego to nawet lepiej, że nie żyje. Nie chciało mi się z tego wszystkiego tłumaczyć. Zostawiłam to Ivanowi. Miałam tylko nadzieje, że chociaż w przypadku pogryzionej kobiety antidotum zadziała.
Za zamkniętymi drzwiami byliśmy chwilowo bezpieczni. Trzeba się było jednak się zwijać. Wyjęłam kartę do windy i spytałam jednego z pracowników o kod dostępu. Z Mołotowem stwierdziliśmy zgodnie, że najpierw zjadę sama i wybadam teren. Jeśli ktoś miał wpaść na hordę zombie i zostać przez nią zabity, no najlepiej żeby już był martwy tak jak ja. Spokojnie zjechałam na dół, ciamkając sobie lizaka. Znalazłam się w parkingu podziemnym. Ten był już jednak całkowicie opanowany przez wojskowych. Wróciłam na piętro, aby przekazać ludziom, że bezpiecznie mogą opuścić ten koszmar.

Tego dnia straciliśmy Alfiego. Razem z Owenem trafili na grupkę mutantów. Udało im się ukryć na zapleczu jednej z restauracji. Antidotum tym razem zadziałało, jednak Al zmarł z powodu odniesionych obrażeń.
Owen siedział właśnie w karetce. Ratownicy już go opatrzyli. Zostanie mu kilka paskudnych blizn, jednak jego życiu nic nie zagrażało. Mężczyzna był cały czas w szoku. On również powinien być już martwy. Nie tylko cudem udało się mu ukryć, ale też w porę otrzymał antidotum. Jeszcze wczoraj takie coś było nie do pomyślenia.

Pogrzeb odbył się dwa dni później. Było to dość niecodzienne wydarzenie. Zazwyczaj nie odzyskiwało się zwłok poległych agentów. Zabici mogli liczy jedynie na symboliczną ceremonię. Tym razem, ze względu na to, że byłam w drużynie, zrobiono wyjątek. Pozwolono mi, oczywiście na własną odpowiedzialność, wrócić do budynku i wynieść stamtąd ciało Ala. Niestety na naszych oczach spalarka była zmuszona zwęglić jego zwłoki. Właściwie to tak było nawet lepiej. Gdyby nagle powstał, zostałby zapewne przeniesiony do laboratorium, gdzie prowadzono by na nim eksperymenty. Tymczasem urna z jego prochami została złożona na cmentarzu wojskowym.
Dnia 14 stycznia 2018 roku na zawsze pożegnaliśmy naszego przyjaciela, Alfiego Fekete. Zmarł w wieku 37 lat, podczas służby dla ludzkości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.