19 października 2015

Dorosłość a Telenowela

To, że tydzień temu znowu zalogowałam się do gry, było cholernie złym pomysłem. Od tamtej pory grałam niemal po kilkanaście godzin dziennie i wstyd przyznać, ale wydałam ponad 200 dolarów na specjalne itemy. Na całe szczęście jeszcze nigdy nie zdarzyło się, abym grała w coś dłużej niż miesiąc, później stawało się to po prostu nudne. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, do końca lutego pozbędę się nałogu.
Grałam już od kilku godzin, gdy nagle do pokoju, jak zwykle z głupim pomysłem, wparowała Jessica. Miała na sobie szary prochowiec, wysokie kozaki, oraz ogromne okulary przeciwsłoneczne.
- Nie jesteś za stara na takie gry? – spytała, zaglądając mi przez ramię.
- Już dawno postanowiłam sobie, że nie mam zamiaru dorastać przed ukończeniem trzydziestki.
- Aha… Dobra, idziemy szpiegować Kevina.
- Rany, myślałam, że dałaś sobie z nim spokój – sapnęłam.
- No pewnie, ale Kevin ma dzisiaj randkę, a tego mu nie popuszczę.
- Okay, po pierwsze skąd wiesz, że ma randkę?
- Napisał to na Facebooku – odpowiedziała.
- Śledzisz go na Facebooku? – zdziwiłam się.
- No pewnie, a co w tym dziwnego?
- Nieważne. Dlaczego mam z tobą iść?
- Bo jesteś moją przyjaciółką – odparła.
- No cóż, przynajmniej wiem, skąd ta nagła zmiana stylu u ciebie.
Westchnęłam i wylogowałam się z gry. Mimo że był już prawie wieczór, nadal byłam w piżamie. Wyciągnęłam ciuchy z szafy i poszłam do łazienki się ubrać. Za jakie grzechy muszę pomagać Jess w tych wszystkich głupotach? Przyrzekłam, że jeśli kiedykolwiek się ode mnie odczepi, od razu pójdę do kościoła podziękować Bogu. Chwyciłam buty i kurtkę, po czym rzuciłam Jessice pełne wściekłości spojrzenie. Akurat dzisiaj miał finał bardzo ważny event.
- No już, nie ociągaj się tak – ponagliła mnie. – Za niecałe pół godziny musimy być w Lafavette.
- Dobra, ale ty stawiasz kolację. Tak w ogóle, to muszę przyznać, że ten twój chłoptaś ma gust, jeśli chodzi o wybór miejsca na randkę. Może sama się z nim umówię?

Wzięłyśmy jeden z samochodów, udostępnionych agentom do celów prywatnych. W ciągu dwudziestu minut byłyśmy w Lafavette. Jessica dokładnie wszystko zaplanowała. Zarezerwowała nawet stolik w rogu sali. Szkoda, że nie wpadłam na to, aby założyć coś bardziej eleganckiego niż jeansy. Najwyżej uznają, że to ja robię za mężczyznę w tym związku, bo oczywiście uznano nas za parę lesbijek na randce. Gdy usiadłyśmy, od razu sięgnęłam po menu. Na początek zamówiłam trzy przystawki, w końcu nie ja będę za to płacić. Po jakiś dziesięciu minutach pojawił się Kevin wraz z nową dziewczyną. Musiałam przyznać, że całkiem seksowny z niego facet. Nic dziwnego, że Jess tak na nim zależy. Para zajęła miejsce cztery stoliki od nas.
- O czym rozmawiają? – Spytała Jessica.
- Dlaczego akurat mnie pytasz?
- Bo masz super słuch zombie? – Odparła z sarkazmem.
- Racja – mimowolnie odgarnęłam włosy za ucho i zaczęłam podsłuchiwać. – O jakiś pierdołach.
W tym momencie kelner przyniósł nam drugie danie. Jeszcze nigdy nie miałam okazji jeść homara, dlatego od razu zamówiłam dwa. Moja droga przyjaciółka sporo zabuli na ten wieczór.
- Nie sądzisz, że za bardzo zwracasz na siebie uwagę? – szepnęła.
- Powiedziała ta, co paraduje przebrana za prywatnego detektywa – prychnęłam. - Doskonale wiesz, że zawsze jestem głodna, jeśli chciałaś dyskretnie posiedzieć przy kawie, to trzeba było wziąć Philiego, nie mnie.
- Dobrze już, kupię ci jeszcze ogromniasty deser, tylko się już zamknij.
Na bieżąco dopowiadałam Jess to, czego sama nie dała rady podsłuchać. Gdybym nie była zajęta homarem, z frustracji pogryzłabym stół. Gruchali ze sobą, jak w brazylijskiej telenoweli, a Jessica była coraz bardziej zazdrosna. Gadali o wspólnych zainteresowaniach i planach na następne spotkanie. Gdy Kevin zaczął opowiadać o „swojej dziwnej byłej, która musiała chyba być z jakiegoś marginesu społecznego, bo nawet nie chciała podać swojego adresu”, Jess ze wściekłości tak mocno ścisnęła szklankę, że pękła jej w dłoni, lecz ona zawała się tego nie zauważać, zbyt pochłonięta słuchaniem rozmowy. Chwyciłam serwetkę i zaczęłam czyścić jej ranę, dopiero wtedy spojrzała na swoją rękę a potem na mnie. Wyglądała, jakby była bliska płaczu. Jak nic, temat na telenowelę. Siedziałyśmy tu ponad dwie godziny i każda chwila wydawała się być dla niej torturą, dla mnie zresztą też, choć z innych powodów. Słuchanie tego migdalenia było nie po zniesienia. Wreszcie postanowili opuścić lokal. Jessica natychmiast poprosiła o rachunek, rzuciła kelnerowi zwitek banknotów i wyciągnęła mnie z lokalu.
- Co masz zamiar zrobić? – spytałam.
- Jak to co? Przecież słyszałaś. Jadą do jego mieszkania, więc my ruszamy za nimi. Nadal pamiętam jego adres.
- Ale słyszałaś też po co tam jadą! A zresztą, jak chcesz, ale tym razem ja prowadzę, bo ty w tym stanie możesz nas rozbić na jakimś drzewie.
Wsiadłyśmy do naszego mercedesa i ruszyłyśmy za Kevinem parę minut później. Jechałam zgodnie ze wskazówkami GPS. Po pół godzinie zaparkowałam przed kamienicą na obrzeżach miasta. Weszłyśmy do budynku. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Jessica otworzyła drzwi do mieszkania swojego byłego i wparowała do środka. Zastaliśmy kochanków w sypialni w najmniej odpowiednim momencie.
- Pojebało cię?! – wrzasnął mężczyzna.
- Kto to jest? – spytała kobieta, starając się zakryć kołdrą.
- To właśnie jest moja szurnięta była – odpowiedział i od razu zwrócił się do Jessiki. -  A to jest Tara.
- To nie dość, że bez powodu mnie rzuciłeś, to jeszcze teraz spotykasz się z tą dziwką. A może wcześniej mnie z nią zdradzałeś?
- O nie, nie dam się obrażać byle wariatce. Kevin, zadzwoń jak się już uporasz z byłymi kochankami – oburzona Tara zaczęła się ubierać.
- To może lepiej zostawię was samych – powiedziałam lekko speszona.
Wyszłam z sypialni i, po drodze zgarniając ze szafki paczkę Oreo, stanęłam w drzwiach wejściowych. Chwile później wyminęła mnie wściekła Tara. Rzuciła mi pełne furii spojrzenie.
- No co? Nie moja wina, że moja przyjaciółka to wariatka. Na mnie odbija się to bardziej, niż na tobie – powiedziałam, chrupiąc ciasteczko.
Kobieta przyznała mi rację i skierowała się ku schodom. Zaczęłam nasłuchiwać, czy przypadkiem nie dochodzi do próby morderstwa. Jak na razie było wszystko w porządku. Życie straciło tylko kilka łatwo tłukących się przedmiotów, którymi najpewniej Jessica rzuciła w swojego byłego. Ich kłótnia nie miała końca. Zaczęłam ubolewać nad swoim ciężkim losem, gdy nagle zobaczyłam coś, przez co prawie zadławiłam się ostatnim ciastkiem.
- Jess, chodź tu! Chyba mamy problem! – krzyknęłam.
Niechętnie przerwała awanturę i wyszła na korytarz trzymając w ręku wazonik.
- O cholera! – wrzasnęła.
Z wrażenia upuściła naczynie. Nie sposób było nie przyznać jej racji. W naszą stronę powoli dreptał sobie zombie.
- Co tu się kurwa dzieje? – spytał Kevin, gdy wyjrzał z mieszkania.
Od razu zobaczył truposza wlekącego się w naszą stronę. Był tak przegniły, że po drodze odpadła mu część twarzy. Kawałek mięsa z nieprzyjemnym plaśnięciem upadł na podłogę. Mężczyzna omal nie zwymiotował.
- Najwyraźniej praca wciąż na nami chodzi – stwierdziłam.
- O czym ona kurwa mówi?
- Ja i Reva jesteśmy łowcami zombie – wyjaśniła mu Jessica.
- Co kurwa?!
- Czy on zawsze nadużywa tylu kurew? – spytałam.
- Zazwyczaj tak – odpowiedziała.
Zombie niebezpiecznie się do nas zbliżył, wyciągnęłam ze swojej torby coś na kształt małej, składanej maczety i ruszyłam do ataku. Nie minęła chwila, a umarlak leżał już rozczłonkowany na podłodze. Wytarłam ostrze o resztki ubrań truposza, po czym schowałam je do kieszeni. Kevin wyglądał na naprawdę przerażonego.
- Istnienie zombie jest oczywiście tajemnicą. Rząd nie chce, aby wybuchła panika – powiedziała Jess. – Teraz rozumiesz, dlaczego nie powiedziałam ci czym się zajmuję?
- Słuchaj Jessi, to wszystko jest zbyt popierdolone – stwierdził Kevin. – Jak mogłaś mi nic nie powiedzieć? Jak w ogóle możesz się tym zajmować? Gdybym wiedział wcześniej, w ogóle bym nie zaczynał tej znajomości.
- Że co?!
- To co słyszysz. Jesteś chora! Uganiasz się za potworami, i może jeszcze sprawia ci to radość?! Twoja koleżanka lata z nożem w kieszeni i morduje zombiaka jakby nigdy nic! Obie jesteście popierdolone. Nie zbliżaj się więcej do mnie. Poza tym, gdybyś nie była taka dobra w łóżku, to rzuciłbym cię już dawno temu.
- Reva, zrób mu coś, bo ja mogę go niechcący zabić! – wrzasnęła. - Jeszcze tylko tego mi brakuje, aby przez tego skurwysyna pójść siedzieć, jak za zamordowanie normalnego człowieka.
- Jak sobie życzysz.
Kopnęłam Kevina w jego rodowe klejnoty. Lepiej, żeby się kretyn nie rozmnażał. Gdy mężczyzna zgiął się z bólu, poprawiłam mu kolanem w brzuch. Następnie walnęłam go z pięści w twarz i nieprzytomnego wrzuciłam do jego mieszkania. W chwili, gdy zamykałam drzwi, zapiszczały nasze komunikatory. Byłyśmy wzywane na akcję, oczywiście w tym budynku.
- To co teraz? – spytałam.
- Teoretycznie jesteśmy w stanie wrócić w ciągu przepisowych czterdziestu pięciu minut, ale po co? – stwierdziła Jessica.
- Racja.
Obie wcisnęłyśmy opcję „Nie czekajcie na mnie”, która wysyłała przy okazji naszą lokalizację. Jeśli znajdzie się ktoś inteligentny, zrozumie o co chodzi.
Zaczęłyśmy czytać opis misji. Kilkanaście zombie wylazło najprawdopodobniej ze studzienki kanalizacyjnej w piwnicy. Przypadkiem wypuścił je dozorca, którego przy okazji pogryzły. Zawsze dostaje się  tym biednym cieciom. Na szczęście mężczyzna zdołał uciec. Zamknął się w swojej kanciapie i zadzwonił na policję.
- Chyba można powiedzieć, ze jesteśmy na służbie – stwierdziła Jess.
- Ja tam zawsze czuję się na służbie – powiedziałam, pokazując swoją  ukochaną, podręczną maczetę.
- Doskonale cię rozumiem – uśmiechnęła się i wyciągnęła z torebki swoją berettę.
- To co? Ja idę zrobić transfuzję cieciowi, a ty uprzedzisz lokatorów, żeby nie wychodzili z domów? Jak będziesz miała problemy, to wciśnij SOS w komunikatorze.
Gdy schodziłam po schodach, zastanawiając się, skąd mam wziąć strzykawkę, usłyszałam jak otwierają się drzwi.
- Dzień dobry, w budynku znajduje się niebezpieczny przestępca, więc proszę nie wychodzić z mieszkania, dopóki nie damy państwu znać, że jest bezpiecznie, lub, najlepiej, zejść schodami pożarowymi i opuścić dzielnicę na parę godzin – powiedziała Jessica, po czym zapukała do następnych drzwi.

W pomieszczeniu dozorcy na szczęście znajdowała się apteczka, która zawierała zwykłe strzykawki, więc ugryziony mężczyzna, dostał lekarstwo w ciągu dwudziestu minut po zakażeniu. Był naprawdę zdziwiony tym, że pobrałam sobie krew z zamiarem wstrzyknięcia jej jemu. Przestał się opierać, dopiero gdy uświadomiłam go, co mu grozi, jeśli nie dostanie antidotum. Dzięki temu, że ja i Jess byłyśmy na miejscu jeszcze przed faktycznym atakiem, nie było żadnych ofiar śmiertelnych. Mieliśmy jedynie dwóch świadków ataku zombie. Wszyscy lokatorzy byli pewni, że w ich piwnicy ukrywał się terrorysta. Całe szczęście Tara opuściła budynek, zanim to wszystko się zaczęło. Jessica ostatecznie dała sobie spokój z Kevinem, ubolewając nad tym, że traciła na niego czas. Można jednak powiedzieć, że to właśnie ich trudna miłość uratowała mieszkańców kamienicy. Gdyby Jess nie postanowiła śledzić chłopaka, pojechać za nim do domu, a na końcu kłócić się z nim przez prawię godzinę, nie było by nas w trakcie napaści zombiaków i na pewno zginęło by kilku lokatorów, nie mówiąc już o dozorcy, dla którego byłoby już za późno na podanie antidotum.
Całą akcję udało się zakończyć w ciągu dwóch godzin, mimo to dostałyśmy opieprz od jednego z dowódców, że nie wróciłyśmy do bazy. Dopiero Bruce Beckett się za nami wstawił. Stwierdził, że nie mogłyśmy postąpić inaczej.

Było koło północy. Pijana Jessica spała już na moim dywanie, a mnie nareszcie udało się wrócić do gry. Event walentynkowy miał trwać do trzeciej rano, więc wciąż posiadałam szansę na zdobycie nagród. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
- Właź doktorku! – krzyknęłam.
- Skąd wiedziałaś, że to ja? – Spytał naukowiec, stojąc w drzwiach.
- Na kilometr śmierdzisz odczynnikami – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa. – Czego chcesz?
- Nie przyszłaś dziś na pobieranie krwi, więc pofatygowałem się ci przypomnieć.
- Ta, najpierw Jessica mnie wyciągnęła na przeszpiegi, potem trafiła się akcją, a teraz staram się ukończyć misję, póki trwa event, więc lepiej mi nie przeszkadzaj.
- Nie jesteś za stara na takie gry?
- Stwierdziłam, że nie będę dorastać przed trzydziestką – odpowiedziałam, czując, że mam deja vu. – Dopiero wtedy zacznę wyglądać zbyt staro.
- Ale wiesz, skoro jesteś martwa to się nie starzejesz – przypomniał mi Dex.
- Tym lepiej. W takim razie nigdy nie dorosnę. Poza tym, patrząc na to, co przeżywa Jessica, dorosłość ssie.
Trafiłam na sporą grupę potworów. Musiałam się skupić, aby nie zginąć, dlatego przerwałam rozmowę, tylko co jakiś czas wyrywało mi się przekleństwo, a nawet wściekłe warknięcie. Naukowiec cały czas stał za moimi plecami. Po odbiciu jego twarzy w monitorze, zorientowałam się, że wnikliwie się przygląda mojej rozrywce.
- Czego się gapisz?! – wkurzyłam się.
- Dlaczego nawalasz w drzewa?
- To nie drzewa, to są Drzewce, takie magiczne potwory.
- Możliwe, ale jak dla mnie to po prostu zgniłe dęby łażące na swoich korzeniach. Zresztą, to jest spory błąd – stwierdził.
- Co masz na myśli? – spytałam, gdy już udało mi się pokonać zewsząd atakujące mnie bestie.
- Drzewa mają palowy system korzeniowy, a te tutaj nie mają tego ogromnego korzenia po środku, pełzają na korzeniach, które wyglądają bardziej na system wiązkowy, ale to jest bez sensu.
- Znowu zaczynasz ten swój naukowy bełkot – jęknęłam. – Wyobraź sobie reakcję tych wszystkich gimnazjalistów grających w tę grę, gdyby zobaczyli takiego Drzewca, który ciągnie za takiego wielkiego drąga, przymocowanego pomiędzy „nogami”. Taki w pełni naturalny Drzewiec siałby śmiech wśród niedojrzałych dzieciaków i zgorszenie wśród ich rodziców – stwierdziłam całkiem poważnie.
- Zdajesz sobie sprawę, że spełniasz niemal wszystkie kryteria, kwalifikujące cię jako nerda? – podjął, znacząco zerkając na moją półkę z kolekcją fantastyki i kryminałów. Mimo, że zamontowałam ją dopiero miesiąc temu, była już całkowicie zapełniona książkami, a część z nich nadal leżała na biurku. – Brakuje ci tylko okularów i pryszczy.
- Okulary mogę włożyć, ale za pryszcze podziękuje – odpowiedziałam całkiem pochłonięta grą. -  Jestem teraz zajęta, później przyjdę na pobieranie.
- Dobra, to kiedy skończysz?
- Jakoś przed czwartą.
- Zwariowałaś?! – wkurzył się Dexter. – Nie będę na ciebie czekał po godzinach. Lepiej chodź teraz, albo zaciągnę cię siłą.
- Tylko spróbuj – odpowiedziałam, wolną ręką wyciągając ostrze, które cały czas spoczywało w mojej kieszeni.
- Dobra, już sobie idę. Tylko postaraj się jak najszybciej skończyć – westchnął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.