3 października 2015

Parada Absurdu

Było już późno. Wróciłam wkurzona do swojego pokoju. Dex od ponad tygodnia męczył mnie, twierdząc, że jestem mu winna nową stopę do zniszczonej gabloty. Miałam już dosyć jego marudzenia. Ostatecznie poszliśmy na kompromis i ofiarowałam mu palec z lewej dłoni.
Zirytowana i chwilowo pozbawiona jakże potrzebnego palca środkowego, szykowałam się do spania, gdy nagle do pokoju wtoczyła się pijana Jessica, była cała zapłakana, w ręku trzymała butelkę wina.
- Co znowu? – westchnęłam.
- Facet mnie rzucił – odpowiedziała.
I wszystko stało się jasne. Jess była znana ze swoich miłosnych uniesień. Zmieniała facetów jak rękawiczki. Każde rozstanie jednak dość przeżywała. Gdy dołączyłam do stołecznej jednostki, to właśnie mnie uczyniła swoim pocieszycielem. Na moje nieszczęście za każdym razem wymyślała jakąś durnotę. Ostatnio przecież kazała mi lepić bałwana. Nie wiem jak Phili wcześniej z nią wytrzymywał. Od kiedy się pojawiłam, był chyba najszczęśliwszym facetem pod słońcem. Tym razem Jessica była naprawdę przybita, było to do niej nie podobne. Przytuliłam ją i razem usiadłyśmy na dywanie, na którym zawsze lubiła spać po pijaku. W szafce trzymałam nawet dla niej kocyk i poduszkę.
- On nie chce zrozumieć mojej pracy – kontynuowała. – Ciągle miał do mnie pretensje, że mam przed nim tajemnice, że nie mam dla niego czasu i że nie zapraszam go do siebie. Jestem łowcą zombie do cholery. Co mu miałam powiedzieć?
- Uspokój się, na pewno znajdziesz sobie lepszego – starałam się ją pocieszyć.
- Ty nic nie rozumiesz – rozbeczała się. – Kevin to ten jedyny, ja go kocham! Poza tym zaraz walentynki, a ja pewnie zostanę już sama do końca życia.
- A co ja mam powiedzieć? Umarłam jako dziewica, a teraz jestem zombie. Już nigdy nie znajdę sobie faceta.
- Nie martw się, na pewno znajdziesz sobie jakiegoś przystojnego nekrofila – odpowiedziała zasmarkana.
- Takie rzeczy się normalnie nie zdarzają.
- W takim razie wypijmy zdrowie Revy, zawsze dziewicy.
Dziewczyna wypiła spory łyk wina. Stwierdziłam, że ma już na dziś dość alkoholu. Bez trudu odebrałam jej butelkę i sama pociągnęłam z gwinta. Mimo że nie mogłam się upić, to smak alkoholu nadal mnie uspokajał. Może jednak taki nekrofil to całkiem niezła opcja? Nie należy wybrzydzać, gdy grozi ci staropanieństwo. A jeśli okaże się, że jestem nieśmiertelna? O zgrozo. Czym sobie zasłużyłam na bycie dziewicą do końca świata?
Podczas moich rozmyślań Jess, jak to miała w zwyczaju, zasnęła na dywanie. Przykryłam ją kocem i dałam jej poduszkę. Natychmiast wcisnęła ją między nogi. Pewna, że w najbliższym czasie się nie obudzi, poszłam do łazienki się umyć. Gdy wróciłam, Jessica chrapała sobie w najlepsze. Postanowiłam wziąć z niej przykład. Zgasiłam światło i wskoczyłam do łóżka. Wyjątkowo udało mi się zasnąć już po niecałej godzinie.

Obudził mnie alarm. Spojrzałam na zegarek. Była dopiero 6.30. Na szczęście mój palec zdążył już odrosnąć. Niechętnie wstałam z łóżka i zgarnęłam z szafki komunikator.
- Wstawaj Jess, zombie atakują – powiedziałam, dość mocno szturchając ją stopą.
- Nigdzie nie idę – odburknęła. – Dzisiaj jestem akurat ostatnia w kolejce.
Spojrzałam na ekran komunikatora. Faktycznie, dziś się jej upiekło. Postanowiłam zostawić ją w spokoju. Zaczęłam się krzątać po pokoju, starając się zachować ciszę. Jeszcze pamiętam, jak to jest obudzić się na strasznym kacu. Szybko związałam włosy, wbiłam się w kombinezon i po dziesięciu minutach byłam gotowa.
- W lodówce powinno być jeszcze trochę kefiru, ale leki przeciwbólowe to już musisz załatwić sobie sama – powiedziałam. - I jak będziesz wychodzić, to zamknij drzwi, a klucz zostaw u ciecia.
Jessica nawet się na mnie nie obejrzała, tylko coś mruknęła. Najwyraźniej na podłodze było jej całkiem wygodnie. Wyszłam z pokoju, starając się nie trzaskać drzwiami. Na korytarzu spotkałam Philiego. Razem zeszliśmy do garażu, gadając o ostatnim zawodzie miłosnym Jess.

Gdyby to był pierwszy kwietnia, byłabym pewna, że agencja robi sobie z nas żarty. Tymczasem był dziesiąty lutego, a my właśnie zajechaliśmy pod cmentarz Congressional, i jakby tego było mało, panowała straszna mgła. Warunki wprost idealne, aby kręcić horror.
Wszystkie ulice prowadzące do alei sztywniaków zostały zablokowane pod pozorem robót drogowych. Ludzie się wściekali, że nie mogą przejechać. Zaczęłam czytać opis misji. Zdaje się, że wczoraj jakaś gotka zorganizowała imprezę urodzinową. Rozesłała zaproszenia po facebooku i blisko pięćdziesięciu wielbicieli mroku zjawiło się poimprezować wśród nagrobków. Na ich nieszczęście pojawiły się zombie. Należało się tego jednak spodziewać. Noc, cmentarz po zamknięciu i sporo osób, które mogą paść ofiarą zombifikacji. Jeśli terroryści mają choć odrobinę humoru, na pewno wykorzystają taką okazję, zwłaszcza, że informacje o imprezie podobno krążyły po internecie od tygodnia, aż dziwne, że policja nie zwaliła się im na głowę, w końcu przebywali tu nielegalnie. Zastał ich dopiero zarządca, który z samego rana przyszedł otworzyć cmentarne bramy. Dla imprezowiczów było jednak za późno. Wokół grobów kręciło się mnóstwo umarlaków w gotyckich strojach. Jedynym względnie bezpiecznym miejscem była niewielka kaplica oraz krypty, o ile jakikolwiek okazała się otwarta.
Nasz dowódca rozmawiał właśnie z zarządcą, wypytując go o jakieś rzeczy. Zauważyłam, że za plecami trzyma automatyczną strzykawkę ze środkiem usypiających. Mimowolnie pomyślałam o spotkanym niedawno byłym leśniczym. Ciekawe, czy ten mężczyzna będzie miał więcej szczęścia i o wszystkim zapomni…
Podzieliliśmy się na cztery grupy. Na moje nieszczęście tym razem miałam pracować z Mrówą. Nie chcę, aby mnie ktoś źle zrozumiał, Antony jest całkiem spoko i idzie się z nim dogadać. Podczas misji jednak coś się z nim dzieje i staje się robotem bez uczuć. Prawie się nie odzywa i wszystko chłodno analizuje. Pozostałym samobójcom to wisi, mnie jednak strasznie irytuje. Gdy tylko dołączyłam do tej jednostki, dowiedziałam się od Philipa, że Mrówka stracił przez wirusa Z swoją narzeczoną. Podobno na jego oczach jej chodzące zwłoki zostały zastrzelone i spalone przez agentów W.A.D.A.Z. Właśnie tego dnia przysiągł sobie, że poświęci swoje życie na walkę z zombie. Dwa lata zajęło mu dojście do siebie. Był już całkiem normalny, jednak podczas misji jakby wszystko wracało. Wiem, że dużo w życiu wycierpiał i to był jedyny powód tego, że nie zaprotestowałam głośno.
Wkroczyliśmy na teren cmentarza, każda grupa innym wejściem. Zaczęliśmy krążyć między grobami. Razem z Mrówą, przyklejeni do siebie plecami, wystrzeliwaliśmy zmierzające w naszą stronę zombie. Wszystko wyglądało jak gra komputerowa. Zombiaków było zdecydowanie więcej niż przewidywane pięćdziesiąt. Terroryści odpowiedzialni za wirusa nazwozili tu tych umarlaków chyba w ilościach przemysłowych. Odniosłam wrażenie, że powstało również sporo pochowanych zwłok. Truposzy było więcej, niż mieliśmy kul w magazynkach. Przed oczami stanęły mi wydarzenia z tego dnia, gdy umarłam i sama stałam się zombie. Zwiadowcy znowu spierdolili zadanie. Wiem, że cmentarz ma kilkanaście hektarów powierzchni, ale żeby aż tak się pomylić? Zdecydowanie będę musiała się później z nimi policzyć.
Byliśmy otoczeni ze wszystkich stron. Natychmiast podjęłam decyzję. Chwyciłam Tonego i wciągnęłam go na dach grobowca, kopiąc przy okazji atakującego mutanta. Truposz ugryzł mnie w nogę, wyszarpując kawałek mięsa. Wyciągnęłam pistolet i strzeliłam mu w głowę. Mieliśmy go z głowy na jakąś godzinę. Zaczęłam wrzeszczeć do słuchawki komunikatora, karząc się wszystkim wycofać. Inni mieli szczęście, wpadli na mniejsze grupki zombie i dali radę wydostać się poza teren. Ulżyło mi, naprawdę nie miałam ochoty na powtórkę z misji w tej nieszczęsnej szkole. Razem z Mrówką znajdowaliśmy się jednak w ciemnej dupie. Klęłam do mikrofonu równo na zwiadowców, dowódców, a nawet całe W.A.D.A.Z. Skończyła mi się amunicja w karabinie, Antonemu również. Nie zostało już nic jak tylko improwizować. Oceniłam odległość dzielącą nas od ogrodzenia. Nie było najgorzej. Przekazałam Mrówce swój plan. W odpowiedzi kiwnął tylko głową. Był opanowany jak podczas każdej misji. Zostawiłam partnerowi swoje glocki, a sama wzięłam od niego maczetę. Uzbrojona w dwa ostrza zeskoczyłam na ziemię. Miotałam się między zombiakami niczym assasyn. Całe szczęście Rao wprost uwielbiał mnie trenować. Umarlaki dookoła grobowca padły. Powoli zbliżały się następne. Droga była wolna. Antony zeskoczył na ziemi i zaczął biec w stronę muru odgradzającego cmentarz, a ja za nim, lekko kulejąc. Brak sporego kawałka mięśnia jednak robił mi różnicę, mimo tego, że byłam zombie. Mrówa począł wspinać się na ogrodzenie. Podskoczyłam na zdrowej nodze i znalazłam się tuż obok niego, z tą różnicą, że na murku. Wciągnęłam go na górę i razem zeskoczyliśmy na drugą stronę. Wreszcie byliśmy całkowicie bezpieczni.

Więcej amunicji dowieziono nam po niecałej godzinie. W tym czasie powstawał nowy plan. Zwiadowcy tym razem postanowili włamać się do kamer ochrony. Dlaczego wcześniej na to nie wpadli? Mieliśmy pobieżny obraz cmentarza. Na jego terenie znajdowało się jakieś trzysta zombie, nie licząc tych, co wcześniej zatłukłam. Potwory były rozsiane po całym terenie. Na nasze nieszczęście wirus Z działał na każdego człowieka, dopóki posiadał jakieś tkanki, nie ważne czy był żywy. Cmentarz był idealnym miejscem na atak, aż dziwne, że takie zdarzenia miały miejsce na całym świecie tylko cztery razy. Może ci tajemniczy terroryści chcieli być oryginalni?
Ponownie wkroczyliśmy do akcji. Tym razem wszyscy weszliśmy jedną bramą. Byliśmy też o wiele lepiej uzbrojeni. Jeremi miał nawet bazookę, a ja dźwigałam za nim pociski. Na szczęście byłam już w pełni sprawna. Zainstalowaliśmy się za czyimś grobem rodzinnym. Jerry raz za razem strzelał do truposzy, a pozostali likwidowali te, które za bardzo się do nas zbliżyli. Byłam niemal pewna, że dowództwo da nam za tą akcję nieźle popalić, w końcu znajdowaliśmy się na terenie, który został wpisany do krajowego rejestru zabytków.
Zwiadowcy, czatujący przy kamerach, potwierdzili, że zabiliśmy większość zombie. Zostały tylko małe grupki. Ponownie się rozdzieliliśmy i rozproszyliśmy po cmentarzu. Mgła wreszcie zniknęła. Zaczęłam podziwiać to, co zostało z tych pechowych urodzin. Zdaje się, że gdyby nie zombie, to impreza byłaby całkiem zacna.
- Dlaczego do cholery tu jest tyle pizzy?! – wkurzyłam się, gdy po raz kolejny wdepnęłam w kawałek. Moje podeszwy były już całe w serze. Nie znoszę takiego marnotrawstwa, zwłaszcza jeśli chodzi o dobre jedzenie.
- Zdaje się, że wczoraj był światowy dzień pizzy – stwierdził chłodno Antony.
- Serio jest takie święto? – zdziwiłam się. – Gdybym tylko wiedziała… Muszę to natychmiast nadrobić.
Mrówa już nie raczył mi odpowiedzieć. Zawsze tak się zachowywał. Po kolei sprawdzaliśmy każdy grobowiec, odstrzeliwując przy okazji napotkane zombiaki. W końcu kogoś znaleźliśmy. Gdy tylko weszliśmy do krypty, Mrówka omal nie oberwał by krzesłem w głowę. Uchylił się w ostatniej chwili.
- Nie jesteśmy zombie! – wrzasnął.
- No, w każdym razie przyszliśmy z pomocą – poprawiłam go.
Nienaturalnie blady mężczyzna niechętnie odrzucił krzesło. Obok niego stanęła drobna Azjatka w czarnej, wiktoriańskiej sukience. Wyglądała jak japońska lolitka.
- No nareszcie, myślałam, że zostaniemy tu na zawsze, a te dwa piwa co wzięliśmy ze sobą, już dawno wypiliśmy – powiedziała.
- Ale odjazd – stwierdził jej chłopak. – Razem z Clarise przyszliśmy tu trochę pobaraszkować, a w tym czasie na zewnątrz rozpętało się piekło. Szkoda, że to tylko zombie, a nie wampiry…
- Wampiry byłyby super – rozmarzyła się Clarise.
Tego się nie spodziewałam. Zapewne nigdy nie zrozumiem gotów. Przynajmniej się nie bali, a to ułatwiło nam sprawę. Wyprowadziliśmy ich poza ogrodzenie, gdzie przejęli ich nasi agenci. Ja i Mrówa wróciliśmy do akcji. Mieliśmy jeszcze całkiem sporo zombie do zabicia.

Akcja była całkiem udana. Oprócz naszej zakochanej dwójki wyciągnęliśmy z krypt jeszcze dwie takie pary, które znalazły się w podobnej sytuacji, oraz piątkę skrytą w kaplicy. Schowali się tam, gdy tylko zauważyli zombie. Jako jedyni wiedzieli, co się stało. Na cmentarz zajechała ciężarówka, dwoje mężczyzn wypuściła zombiaki, po czym odjechali. Zapis z kamer to potwierdził. Niestety wszystkie numery rejestracyjne zostały zakryte. Po ich odjeździe, rozpętała się jatka. Jak to w Ameryce bywa, kilku uczestników imprezy miało broń. Udało im się nawet odstrzelić kilka umarlaków. Właśnie dlatego trupy powstały z grobów. Wirus Z wniknął w ziemię i dostał się do zwłok. Agenci będą mieli sporo roboty zacieraniu tego zdarzenia. Nie dość, że rozwaliliśmy niemały kawałek zabytkowego cmentarza, to jeszcze wszystko wskazywało na to, że część jego rezydentów powstanie z grobów. Ciekawi mnie, jak mają zamiar to załatwić. Cmentarz przecież nie może na długo zostać zamknięty, Niemal codziennie odbywają się na nich pogrzeby, nie mówiąc już o ludziach odwiedzających groby.

Dla odmiany postanowiłam sobie zagrać w coś online. Już dawno nie miałam ani czasu, ani ochoty na mordowanie wirtualnych potworów, jednak nagle coś mnie natchnęło. Zalogowałam się ze swojego starego konta. Już zapomniałam, jak to relaksuje. Straciłam poczucie czasu, ale zdążyłam wbić dwa levele. Gdy wydzierałam się na noobów i cheaterów, do pokoju wleciał Jacks.
- Chodź ze mną! – polecił.
Zanim udało mi się cokolwiek odpowiedzieć, chwycił mnie za ramię i wyciągnął z pokoju. Zdążyłam jeszcze zauważyć, że moja postać oczywiście zginęła. Mężczyzna zaciągnął mnie do świetlicy Zwiadowców. Zgromadził się tam chyba cały oddział interwencyjny. W telewizorze był włączony brytyjski BBC Word News. Nie zwróciłam na to specjalnej uwagi na to, co mówi korespondentka z Francji, dopóki na ekranie nie wyświetliło się nagranie z ataku zombie.
- O kurwa! – wrzasnęłam.
Inni zapewne podzielali moje zdanie. Dziennikarka zdawała relację z miejsca, gdzie tydzień temu doszło do napadu truposzy. Cały reportaż był oparty jedynie na wspomnianym wcześniej filmie nakręconym prawdopodobnie przez kamerę GoPro. Sama prezenterka nie była pewna czy to nie jest po prostu głupi żart. Mimo braku jakichkolwiek innych dowodów, nagranie nie tak łatwo dało się podważyć. Wiadomości powróciły do studia, po krótkim komentarzu spikerzy przeszli do następnego reportażu. Jedno było pewne. Mieliśmy kurewsko wielki problem. Ludzie zgromadzeni w świetlicy klęli i zastanawiali się co będzie dalej. Kto zawinił? Francuscy agenci, czy brytyjski wywiad? Dlaczego nikt nie wyłapał tego reportażu? Dlaczego w ogóle ktokolwiek zdecydował się go wyemitować? Poza filmikiem nie było innych dowodów, a sam pomysł apokalipsy zombie był dla zwykłych obywateli naprawdę absurdalny.
Jako jedna z pierwszych wróciłam do siebie. Nie widziałam powodu, aby uczestniczyć w tej chorej dyskusji, która rozpętała się po wyemitowaniu wiadomości. Przed wyjściem jeszcze odszukałam wzrokiem Jessicę. Nie wyglądała już na przybitą tym burzliwym rozstaniem. Wszystko wróciło do normy.
W pokoju znowu usiadłam do gry z zamiarem wskrzeszenia swojej postaci. Znajdowałam się na anglojęzycznym serwerze i zauważyłam, że kilka osób rozmawia na czacie o wiadomościach. Natychmiast go odłączyłam. Miałam zamiar się zrelaksować i odreagować ten cały stres, nie potrzebowałam do tego irytujących spekulacji dzieci z gimnazjum.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.