26 października 2015

Zombie Też Bywają Niegrzeczne

Dojechaliśmy na miejsce, tylko cudem nie zakopując się w błocie. Był późny wieczór, początek marca i padał deszcz. Ogólnie mówiąc, pizgało złem. Nikomu nie chciało się opuszczać cieplutkiego budynku agencji, jednak trafiła się misja. Wezwano nas wszystkich. Już po godzinie znajdowaliśmy się w głębi lasu, pod ośrodkiem dla trudnej młodzieży. Większego odludzia nie można by chyba sobie wyobrazić. Moja znajoma z liceum kiedyś tu trafiła. Z tego co pamiętam, stawiano tu na wojskową dyscyplinę i odizolowanie od świata. Żadnych odwiedzin, żadnych telefonów, internetu, nic. Nie mówiąc już o opuszczaniu terenu. Na przepustkę można było liczyć jedynie w przypadku pogrzebu kogoś bliskiego. Nie można jednak odmówić sukcesu jego programowi. Ostatecznie Cassandra, która zajmowała się dilerką, ciągle wdawała się w bójki i omal nie zabiła jednej dziewczyny, wyszła na ludzi. Nawet poszła na studia. Szkoda, że teraz trzeba będzie ten ośrodek zamknąć.
Zwiadowcy właśnie skończyli rozpoznanie. Cały teren miał ponad pięć hektarów i przypominał koszary wojskowe. Do zakażenia doszło co najmniej pięć dni temu, więc zapewne nikt nie przeżył, chyba, że miał szczęście zabarykadować się w kuchni. W ośrodku musiało znajdować się ponad dwieście zombie. Napaść odkrył jeden z instruktorów, który do tej pory przebywał na zwolnieniu. W przeciwnym razie, podzieliłby los swoich kolegów i podopiecznych. Jako były wojskowy był dość ogarnięty w sytuacji. W tym momencie rozmawiał z Beckettem o wszystkim co wiedział, a my przygotowywaliśmy się do akcji.
Było nas za mało – dwanaścioro agentów, na ćwierć tysiąca zombie. Ostatecznie postanowiliśmy ruszyć w parach - jeden samobójca, jeden członek eliminatorów. W takiej konfiguracji mieliśmy większe szanse na zlikwidowanie wszystkich truposzy. Uzbroiliśmy się po zęby. Mieliśmy dwa razy więcej amunicji niż zwykle i średnio po dwadzieścia granatów, nie wspominając już o miotaczach ognia, którymi dysponowała spalarka. Teren był dość skomplikowany. Pełno baraków rozsianych po całym obszarze, siatki odgradzające części męską, damską oraz wspólną. Było mnóstwo potencjalnych kryjówek do sprawdzenia. Zwlekaliśmy z wejściem do ostatniej chwili. Gdy postanowimy zacząć, raczej nie uda nam się wyjść w trakcie.
Ostatecznie jednak zadecydował bezpośredni rozkaz natychmiastowego wkroczenia do akcji. Dysponowaliśmy mapą oraz opisem poszczególnych budynków. Zaznaczone były również tereny, gdzie prawdopodobnie znajdowało się najwięcej zombiaków. Amunicja miała być nam dostarczana za pomocą robotów, podobnych do tych, których używają saperzy.
Otworzyliśmy bramę. Jacks, wraz z partnerem, wjechali na teren Jeepem, starając się rozjechać jak najwięcej umarlaków. Żywe zwłoki powoli padały. W końcu samochód złapał gumę. Zombie niebezpiecznie się do nich zbliżały. Osłanialiśmy chłopaków, dopóki do nas nie dołączyli. Rozproszyliśmy się po okolicy, zostając jednak w zasięgu wzroku. Rozpoczęliśmy ostrzał. Atakujących potworów pomału ubywało. Dość blisko mnie rozległ się huk. Porzucony samochód wyleciał w powietrze, a ja omal nie oberwałam lecącym zderzakiem. Chwila dekoncentracji wystarczyła. Mutant zaatakował mojego partnera. Natychmiast go zdjęłam, jednak było za późno. Mężczyzna miał przegryzioną tętnicę szyjną. Upadł na ziemię i zaczął charczeć, wijąc się w konwulsjach. Wkrótce drgawki ustały.
- Kurwa! – Zaklęłam. – Peter padł! – Wrzasnęłam do słuchawki.
- Dobra McCartney, jesteś silna, idź dalej sama – otrzymałam rozkaz. – Zostaw go i postaraj się przedostać do stołówki.
Rozejrzałam się szybko. Znajdowałam się niemal po środku tego piekła. Nie miałam szans na wyniesienie ciała. Mogłam dla Petera zrobić już tylko jedno. Chwyciłam jego miotacz ognia i doszczętnie spaliłam zwłoki. Nieważne, że jak ten kretyn zginął już po pół godzinie. Nie zasłużył na to, by stać się zombie. Nikt nie zasłużył. Odrzuciłam bezużyteczne już urządzenie i ruszyłam dalej.

Podczas żadnej misji nie spotkałam jeszcze aż tylu mutantów. Nie było szans, abym sama przebiła się przez te wszystkie zombiaki. Rozerwały by mnie na części, a późniejsze próby połączenia swojego ciała na nowo nie byłyby zbyt przyjemne. Wpadłam na genialnie prosty pomysł. No, może nie prosty dla normalnego człowieka, ale dla mnie na pewno. Jednym susem wskoczyłam na najbliższy barak. W końcu od kiedy jestem zombie, skoki na wysokość trzech metrów nie stanowią dla mnie żadnego problemu. Zaczęłam przemieszczać się po dachach, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Stołówka była coraz bliżej. Zauważyłam, że w środku pali się światło. Możliwe, że rzeczywiście ktoś tam był. Nagle mutant zepchnął mnie z dachu. Spadając uderzyłam o drzewo i odgryzłam sobie język. Po prostu cudownie. Zombie skoczył za mną, ciągnąc za sobą kilku kolegów. Troje  z mutantów nosiło mundury instruktorów. Kurde, jeśli zachowały część dawnych umiejętności, to będzie ciężko. Na moje nieszczęście tak było. Jeden z nich wyciągnął pistolet i wymierzył go w moją stronę. Nie spodziewałam się tego. W ostatniej chwili uskoczyłam za jakąś szopę. Rzuciłam granat. Kawałki kilku zombiaków wyleciały w powietrze. Strzelec został zlikwidowany.
Wysunęłam się zza budynku i rozpoczęłam ostrzał. Wszystkie idące na mnie truposze padły, jednak jeden z tych zmutowanych gnojów schował się za drzewem. Odrzuciłam pusty karabin i wyjęłam glocki. Chciałam krzyknąć coś w stylu ”Chodź tu, ty skurwielu!”, jednak wyszedł mi tylko bliżej nieokreślony bełkot. Potwór wyskoczył na mnie ze zwinnością ninja. Zrobiłam unik i odpowiedziałam strzałami, jednak już nie dałam rady go zranić. Cholera, ten skurwysyn był niemal tak dobry, jak Rao. Za jakie grzechy trafiają mi się takie rzeczy? Chyba jako jedyna w historii agencji muszę walczyć jeden na jednego z zombie karateką. Właściwie, to świetny temat na grę komputerową.
Udało mi się go trafić może ze dwa razy. Jakim cudem potwór z tak przegniłym ciałem może robić takie uniki?  Opróżniłam niemal całe magazynki. Nie opłacało się dalej marnować kul. Wepchnęłam pistolety z powrotem do kabur. Znajdowałam się w ciemnej dupie. Zombiak wyszczerzył na mnie zęby i zawył niemal jak wilkołak. Odpowiedziałam mu syknięciem. Ruszył na mnie ponownie. Uniknęłam ciosu i po raz kolejny skoczyłam na dach. Nie od razu mnie zauważył. Ta chwila mi wystarczyła. Zeskoczyłam za jego plecami i wbiłam mu maczetę w kark, po czym strzeliłam w głowę. Jego czaszka eksplodowała, ochlapując mnie tym, co zostało z jego mózgu. Wytarłam ostrze i podniosłam karabin z ziemi. Było już po wszystkim. No, prawie. Musiałam jeszcze znaleźć swój język.
Zaczęłam się dokładnie rozglądać za zgubą. Po wnikliwym poszukiwaniu udało mi się zlokalizować język w kompoście. Całe szczęście, że nie czuję w ten sposób smaku. Nie ma mowy, abym przyłączyła go z powrotem. Ten organ został zbrukany na zawsze. Smak tych resztek musi być okropny. Chyba do końca życia myślałabym o tym pod czas jedzenia, a w przypadku domniemanej nieśmiertelności, to całkiem długo. Wolałam poczekać parę godzin i wyhodować sobie nowy i świeżutki języczek.
Od stołówki dzieliło mnie zaledwie kilkadziesiąt metrów. Pokonałam je już bez problemu. Usłyszałam jakieś szmery dochodzące z budynku. Energicznie chwyciłam za klamkę. Oczywiście było zamknięte, a może raczej zabarykadowane? Zapukałam do drzwi. Żaluzje w oknie się poruszyły, zauważyłam twarz młodego chłopaka. Pomachałam mu z uśmiechem. Usłyszałam odgłos przesuwanych mebli. Drzwi powoli się otworzyły. Weszłam do środka i rozejrzałam po pomieszczeniu. Wpatrywała się we mnie siódemka dzieciaków, na oko w wieku od 14 do 17 lat.
- Przyszłaś nas ocalić? – spytała przestraszona dziewczyna.
Skinęłam jej głową. Rozległy się westchnienia ulgi. Musiałam robić niezłe wrażenie w pełnym rynsztunku, z karabinem, do tego umazana krwią i flakami. Ciekawe co sobie pomyśleli. Nieważne, trzeba nas jakoś stąd wydostać. Tylko jak? Gdy się tak zastanawiałam, niezręczna cisza zbyt się przeciągła i niektórym zdawała się być już nie do zniesienia.
- Odezwij się, do cholery! – Wrzasnął wysoki brunet. Zaczęłam się rozglądać za czymś do pisania. – No co jest kurwa?! – Nerwy najwyraźniej wzięły nad nim górę.
Z braku lepszych pomysłów pokazałam mu język, a raczej to, co z niego zostało. Chłopak cofnął się przestraszony i wybąkał przeprosiny. Przy ścianie zauważyłam tablicę, na której zapisywano menu. Starłam ją rękawem i wygrzebałam zza lady marker.
„Spokojnie, kiedyś odrośnie” – zapisałam. „Powiedzcie mi wszystko, co wiecie” – dodałam po chwili.
- Wszyscy mieliśmy za karę posprzątać stołówkę. Nagle na zewnątrz usłyszeliśmy krzyki. – podjęła blondynka, na oko czternastoletnia -  Instruktor, który nas pilnował, kazał nam tu zostać, a sam pobiegł zobaczyć co się dzieje. Już nie wrócił – zadrżał jej głos. – Rozpętało się piekło. Zobaczyliśmy pierwsze zombie. Natychmiast zabarykadowaliśmy się w środku – rozpłakała się na dobre. – O drzwi rozbijali się ranni instruktorzy i dzieciaki, ale ich nie wpuściliśmy w obawie przed zakażeniem.
„Dobrze zrobiliście” – dopisałam.
Nie pomogło się jej to uspokoić. Paplała jak najęta, opowiadając, co przeżyli przez ostatnie pięć dni. Pozwoliłam się jej wygadać, w takich przypadkach zazwyczaj to pomaga. Niestety nic nie wniosło to do naszej sprawy. Dowiedziałam się tylko tyle, że z ośrodka, ich zdaniem, nie da się uciec.
„Dajcie mi chwilę pomyśleć” – nabazgrałam.
 Zaczęłam dokładnie przeglądać cały plan obszaru. Rzeczywiście zabezpieczenia były tu lepsze niż w więzieniu, mieli nawet ogrodzenie, okalające ośrodek, podłączone do prądu. Westchnęłam i ponownie zmazałam tablicę.
 „Za chuja was stąd sama nie wyciągnę” - stwierdziłam.
 Zdecydowanie potrzebowałam pomocy. Tylko skąd ją wziąć? Nie jestem w stanie nic powiedzieć do mikrofonu, a mój palmtop, poza kilkoma zaprogramowanymi zdaniami, nie miał opcji wysyłania wiadomości tekstowych. Powoli zaczynałam żałować swojej decyzji. Mogłam się jednak przemóc i podnieść ten język.
„Czy jest tu gdzieś telefon?” – spytałam.
- Ja mam komórkę – odezwała się wysoka Azjatka.
„Jakim cudem? Przecież nie wolno wam mieć telefonów.”
- Nie robią zbyt dokładnej rewizji osobistej – zaczerwieniła się. – Cloe też ma komórkę, jeszcze dwa dni temu dzwoniła do mnie, teraz nie odpowiada. Razem z dwoma koleżankami zamknęła się w domku sypialnianym. Pójdziesz po nie prawda?
„Dlaczego nie zadzwoniłaś po pomoc?” – zainteresowałam się.
- Matka przestała kupować mi doładowania, zostało mi może na trzy czy cztery esemesy, a na policję bałam się dzwonić. Uznaliby mnie przecież za wariatkę. Poza tym, często nie ma tu zasięgu.
„Dobra, wystarczy. Daj mi go.”
Dziewczyna posłusznie podała mi komórkę. Wstukałam numer Becketta. Tylko ten jakimś cudem znałam na pamięć.
 „Cześć, tu Reva. Odgryzłam sobie język, więc ciężko z komunikacją. Mieliście rację, w stołówce jest 7 dzieciaków. Zadzwoń pod ten numer i uspokój ich, ja ruszam dalej” – wysłałam wiadomość. Zdjęłam plecak z zamiarem uzupełnienia całej amunicji przy pasku.
- Co robisz? – spytała blondynka.
„Idę po Cloe” – odpowiedziałam. – „Spokojnie, dacie sobie radę. Niedługo po was przyjdą. Tylko z powrotem się zabarykadujcie, jak stąd wyjdę.” – dodałam.
Gdy byłam już przy drzwiach usłyszałam dzwonek komórki.
- Dzięki Bogu! – po chwili powiedziała do aparatu jego właścicielka. Widać było po niej ogromną ulgę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.