13 listopada 2015

Czy Zombie Świadomie są Upierdliwe?

- Reva, podobno nie możesz mówić. Jeśli mnie słyszysz, puknij dwa razy w mikrofon – usłyszałam w słuchawce. Natychmiast wykonałam polecenie. – Dobrze. Słuchaj, jak na razie, odpadły dwie grupy, ale nie jest źle. Po dzieciaki przyjdziemy w ciągu godziny, lepiej żebyś do tej pory opuściła ośrodek. Chcemy to wszystko wysadzić w powietrze. Nie damy rady przedostać się do reszty budynków. Tych zombie jest o wiele za dużo. Stuknij dwa razy jeśli zrozumiałaś – zrobiłam to o co prosił. – Dobra, w takim razie bez odbioru.
Westchnęłam. Nie zostało mi zbyt wiele czasu. Jeszcze raz sprawdziłam, gdzie dokładnie znajduje się budynek sypialniany. Przelazłam przez dość wysokie ogrodzenie, oddzielające część damską i od razu wpakowałam się na grupę zombie. Natychmiast je odstrzeliłam, niestety nie miało być tak łatwo.
Hałas ściągnął sporą gromadę mutantów, którzy, jak nic, pamiętali żołnierskie wyszkolenie. Rzucili się na mnie wszyscy na raz. Kilku udało mi się pozbyć, jednak aż tak szybka nie jestem. Jeden z zombiaków wykręcił mi ręce do tyłu. Wykorzystałam jego mocny chwyt i poskoczyłam, kopiąc dwa najbliższe truposze. Wylądowałam z powrotem na nogach a rozpęd wykorzystałam do przerzucenia trzymającego mnie stwora przez plecy. Moje stawy nieciekawie strzeliły, ale udało mi się powalić go na ziemię. Szybko wyciągnęłam glocka i strzeliłam mu w głowę. Natychmiast podniosłam się, wykonując unik przed kopniakiem. Mój bark był wybity. Z całej siły przywaliłam w niego kolbą karabinu. Wskoczył na miejsce. W takich momentach brak zdolności do odczuwania bólu był błogosławieństwem. Odruchowo uderzyłam atakującego truposza trzymaną w ręku bronią. Rękojeść pękła. Cholera, mój Skull Gun mi tego nie wybaczy, jednak nie mam czasu się teraz nad tym rozczulać. Zmiażdżyłam butem, głowę leżącego umarlaka. Zostało trzech. Nie tak źle; byle nie pozwolić się im zbliżyć. Kurwa, łatwo mówić, a tym czasem jeden z nich już w dyszy ci w kark. Oczywiście w przenośni, bo nawet mutanty nie oddychają. Uniknęłam ciosu i wpadłam w objęcia drugiego przeciwnika. Chwycił mnie za rękę i tak po prostu wyrwał ją w łokciu. Z uśmiechem odrzucił wyrwaną kończynę na bok, mrucząc z zadowoleniem. W odpowiedzi zaczęłam warczeć jak jeszcze nigdy, choć od dawna uważałam, że mam to pod kontrolą. To się chyba nazywa szał bojowy, chodź nie wiem skąd on u mnie wziął, skoro już raczej nie produkuję adrenaliny. Najbardziej pasującym słowem będzie tu chyba wkurwienie i to takie wykurwiste wkurwienie.
Wyciągnęłam zza pasa maczetę. Zdałam się na instynkt. Podczas tej całej walki zauważyłam, że przy niemal każdym ataku mutanty przestają się osłaniać. To była moja ostatnia deska ratunku. Zresztą, już bardziej zabić mnie, chyba, nie mogły. Pierwszy truposz wgryzł mi się w kikut uciętego ramienia, obróciłam się i wbiłam mu maczetę w czoło. Mózg eksplodował. Zostało dwóch. Kolejny zombiak chwycił mnie za kark i podniósł do góry, myśląc zapewne, że w ten sposób odetnie mi dopływ tlenu. Błąd. Ja również nie oddycham. Upuściłam ostrze i wyszarpnęłam glocka. Bez problemu strzeliłam potworowi w łeb. Lądując na ziemi podniosłam porzucony oręż. Mimowolnie zawyłam drapieżnie. Rzuciłam ostatniego mutanta podniesioną bronią. Gdy robił unik, wydobyłam drugi pistolet i wpakowałam w truposza cały magazynek. Udało mi się wyartykułować coś brzmiało jak „Ssssspierdalaj”, po czym głowa przeciwnika wybuchła.
To był już koniec. Zdając sobie sprawę, że zapewne wyglądam teraz jak mielonka, wzięłam kilka głębokich wdechów, aby się uspokoić. W mojej głowie pojawiło się bardzo głupie pytanie. Czy o zombiaku można powiedzieć, że myśli? Wszystko wskazywało na to, że przez chwilę będę mieć spokój. Wetknęłam cały oręż na miejsce i podniosłam urwaną rękę, po czym przyłożyłam ją na miejsce. Kość zrosła się niemal natychmiast, jednak kończyna była nadal bezwładna, a mięso odłaziło. Trzymając się za łokieć, wskoczyłam na dach. Tam wyciągnęłam z apteczki bandaż i ciasno owinęłam nim ramię, aby mięśnie i skóra zostały na swoim miejscu. W ciągu kwadransa powinnam odzyskać sprawność. Dokładnie obejrzałam swoje ciało w poszukiwaniu innych poważnych urazów. Nie było tak źle. W ranie na udzie znalazłam jedynie ząb, który schowałam do kieszeni, jako trofeum dla Dexa. Z jakiegoś powodu lubił takie ohydztwa. Kontrolnie poruszyłam oderwaną wcześniej ręką. Palce posłusznie, choć powoli zaczęły się zginać. Cudów nie ma, ale w razie czego powinnam być w stanie pociągnąć za spust.
Wyjęłam z plecaka pozostałą amunicję. Z tym, co zostało przy pasie, miałam trzy magazynki do karabinu i po jednym do każdego glocka. Mam nadzieję, że to wystarczy. Raczej wątpię aby roboty ze sprzętem dotarły aż tutaj. Zeskoczyłam na ziemię i ruszyłam do baraków mieszkalnych, starając się zachować ciszę. W końcu znalazłam się na miejscu. Wnętrze wyglądało zupełnie jak koszary. Natychmiast powróciły wspomnienia z wojska. Zauważyłam cztery osoby. Wszystkie leżały na łóżkach.
Podeszłam do pierwszej i sprawdziłam puls, nie żyła. Ta druga również. Na szyi miała ślady po sznurze. W kącie dostrzegłam pętlę. Najwyraźniej dziewczyna nie wytrzymała psychicznie i się powiesiła. Zbliżyłam się do następnego łóżka. Dziewczynka wciąż oddychała. Natychmiast podbiegłam do ostatniej. Ona niestety już była martwa, w ręku trzymała komórkę. To zapewne była Cloe. Wróciłam do drobnej blondynki. Była skrajnie wycieńczona. W końcu od pięciu dni były tu zamknięte bez jedzenia i picia. Wyciągnęłam z plecaka butelkę wody i ochlapałam jej twarz. Spojrzała na mnie mętnymi oczami. Pomogłam jej usiąść i dałam pić. Nie wiedziała co się dookoła niej dzieje. Musiałam ją stąd natychmiast zabrać. Spojrzałam na zegarek w palmtopie. Z wyznaczonego czasu zostało mi niecałe dziesięć minut. Czas było się zbierać. To nie tak, że jak na filmach wysadzą cały ośrodek, nie zwracając uwagi na to, że wciąż tu jestem, a z resztą, kto ich tam wie.
Wzięłam blondyneczkę w ramiona, starając się oprzeć jej ciężar na zdrowej ręce. Otworzyłam drzwi z kopa i wyszłam na zewnątrz. Słońce zdążyło już wzejść. Zaczęłam biec ile sił w nogach. To była nasza jedyna szansa. Pierdolić te wszystkie umarlaki dookoła, byle tylko nas nie dogoniły. Z dziewczyną na rękach nie byłam w stanie jakkolwiek walczyć. Dotarłam z powrotem do ogrodzenia. Nie było mowy o tym, aby ponownie je przeskoczyć. Miało w końcu przeszło cztery metry. Kluczy oczywiście nie posiadałam. Z trudem wyciągnęłam granat, wyszarpnęłam zębami zawleczkę i rzuciłam w siatkę, przy okazji chowając się za najbliższym budynkiem. Furtka najwyraźniej miała przerdzewiałe zawiasy, ponieważ odleciała parę metrów dalej. Droga była wolna. Znowu znalazłam się w części wspólnej. Przemieszczałam się, skacząc po dachach, bo tak łatwiej było ominąć truposze. Znalazłam się jakieś dwadzieścia metrów od bramy głównej. Teraz albo, kurwa, nigdy.
Sprawnie zeskoczyłam i rozpoczęłam ostatni sprint do wyjścia. Udało się. Agenci zabrali ode mnie dziewczynkę i zanieśli do karetki, a ja usiadłam na ziemi i zaczęłam się histerycznie śmiać. Te wszystkie misję niezbyt dobrze wpływają na moją psychikę. Ciekawe czy uda mi się znaleźć psychiatrę, który nie zamknie mnie po pierwszej wzmiance o zombie…
Obok mnie spoczął Jeremi, uśmiechnął się i podał mi puszkę piwa.
„Żebyś wiedział, co ja, kurwa, przeżyłam” – nakreśliłam patykiem na ziemi.
- Mogę się domyślać, skoro aż zaniemówiłaś – stwierdził. W odpowiedzi pokazałam mu odrastający już język. – No cóż, to wszystko wyjaśnia – zaśmiał się.
„Kto z nas zginął?” – spytałam.
- Trina i Gabe – westchnął. – Oraz troje ludzi ze spalarki. David jest w szpitalu ciężko ranny, ale powinien z tego wyjść.
Pociągnęłam spory łyk piwa. Kto by pomyślał, że nasz wczorajszy wspólny trening łucznictwa, będzie tym ostatnim. Gdybym wiedziała dokopałabym Gabrielowi zdecydowanie o wiele mocniej.

Ceremonia odbyła się dwa dni później. Tym razem niestety nie udało się odzyskać ciał. Wszystko znowu miało charakter symboliczny. Już dawno nie było tylu ofiar podczas jednej misji, a udało się nam uratować zaledwie czternaście osób. Takie dni zawsze były dla nas parszywe. Nasza praca wydawała się wtedy nie mieć sensu. Trzeba było to przeczekać, a najlepiej przepić. Każdy w końcu dochodził do wniosku, że jednak kocha to, co robimy.
Wróciliśmy do bazy w parszywych nastrojach. Parszywy szef bufetu postawił nam wszystkim po jednej, parszywej kolejce. Bowiem w te parszywe dni wszystko było dla nas parszywe. Skończyło się jednak na tym, że niemal cały oddział był parszywie pijany w trzy, parszywe dupy, a kelner parszywie odmówił podania większej ilości tego, jakże parszywego alkoholu. Jako jednej z niewielu trzeźwych powierzono mi zadanie uprzątnięcia chociaż samobójców. Nawet Jerry zaliczył zgona, chociaż zawsze zachowywał się tak odpowiedzialnie. Po kolei zaciągnęłam każdego przyjaciela do naszego skrzydła. Tych bardziej nieprzytomnych po prostu wlekłam po schodach. Niby mogłam ich nieść, ale nie chciałam wygnieść sobie mojej odświętnej, czarnej sukienki. Jest naprawdę upierdliwa w prasowaniu. Życie łowcy zombie jest naprawdę ciężkie.
Dnia 7 marca 2018 roku na zawsze pożegnaliśmy trzydziestojednoletnią Trinę Gozales, trzydziestodziewięcioletniego Gabriela Evansa, oraz członków oddziału eliminatorów: Teda Cotto, Petera Russela i Samuela Pattona. Wszyscy oddali swoje życie w służbie dla ludzkości.

Tydzień temu założyliśmy się z Gabem o to, kto pierwszy powtórzy wyczyn Robin Hooda i trafi strzałą w strzałę. Nie znałam więc lepszego sposobu na uczczenie pamięci Gabriela, niż dokonanie tego. Gdy tylko pozbyłam się tych wszystkich pijaków, przebrałam się w dresy i poszłam do siłowni. Z czułością spojrzałam na łuk bloczkowy, którego zawsze używał Gabe. Do tej pory nie rozumiem jakim cudem był w stanie go obsługiwać. Owinęłam przedmiot suknem i odłożyłam do tyłu, tak, żeby nikt więcej go nie używał. Na starość zaczęłam się chyba robić sentymentalna.
Chwyciłam swój ulubiony sprzęt i ustawiłam się przed tarczą. Strzelałam raz za razem, ze trzy razy zużywając wszystkie strzały jakie były na sali. Ostatecznie nie udało mi się tego wykonać. Koło piątej rano z hali wywaliła mnie sprzątaczka, twierdząc, że koniecznie musi posprzątać akurat teraz. Nie miałam ochoty się sprzeciwiać. Panie konserwatorki powierzchni płaskich, jak lubiły siebie nazywać, przerażały mnie już od czasów podstawówki, kiedy wrzeszczały na mnie za każdym razem, gdy zapomniałam worka z kapciami.
Zaczęłam się zastanawiać, co począć z resztą wolnego czasu. Lepiej nie zostawać w siedzibie, gdy cały oddział samobójców będzie leczył kaca. A może by tak odwiedzić Rudego? Poszłam do sekretariatu o niego zapytać. David przeszedł już operację i czyszczenie mózgu, spokojnie więc mogłam go odwiedzić. Dostałam od sekretarki adres szpitala i wyruszyłam w poszukiwaniu najbliższej kwiaciarni.

Weszłam na oddział i spytałam gdzie leży David Connolly. Musiałam poczekać pół godziny, bo akurat teraz trwało badanie. W końcu pielęgniarka dała mi znać, że mogę wejść. Facet miał duże szczęście i dostał izolatkę. A może to wpływy agencji? W końcu lepiej żeby po narkozie nie zaczął pierdolić głupot o zombie przypadkowym pacjentom.
- Cześć Rudy! – rzuciłam na dzień dobry. Wtedy mój wzrok spoczął na obandażowanym kikucie lewej ręki. Starałam się nie dać nic po sobie poznać. Nie wyszło.
- Kicha, no nie? – stwierdził ze skrywanym smutkiem.
- No – przełknęłam ślinę. Właśnie zrozumiałam, że straciliśmy kolejnego członka samobójców. – Trochę kicha.
- Zombiaki strasznie mnie pogryzły i ręki nie dało się jej uratować, ale nie jest tak źle. Przynajmniej jestem praworęczny – uśmiechnął się lekko.
Dopiero teraz zauważyłam, że w wielu miejscach ma opatrunki. Cały czas byłam w szoku. Dobra Reva, reset. Jeśli ty mu nie dasz wsparcia to kto? Znasz go już na tyle długo, żeby wiedzieć, że w głębi duszy mu ciężko, ale za cholerę się nie przyzna. Postanowiłam podjąć jeszcze raz.
- Jak tu karmią? – to było najbardziej naturalne pytanie, jakie przyszło mi do głowy. Cholera, jestem beznadziejna.
- Tylko ty mogłaś o to spytać – roześmiał się. – Nie wiem, jestem na ścisłej.
No to jeszcze raz. Nic o zombie, nic o agencji, nic o urwanych kończynach. No więc kurwa o czym? Zostało już tylko jedno. Paplać, jak głupia o jakiś pierdołach.
- Mam kwiatki dla ciebie – uśmiechnęłam się. – Tylko nigdzie nie widzę tu wazonu… Nie martw się. Jak tylko wrócisz, nowy wazonik z kwiatkami będzie czekał w twoim pokoju – szczebiotałam.
- Revs – westchnął. – Ja już do was nie wracam.
- No tak, ale myślałam… -  nie byłam w stanie dokończyć myśli.
- Nie dałbym rady spojrzeć wam wszystkim w twarz. To byłoby zbyt trudne dla mnie. Jak tylko mnie wypiszą przenoszę się do Nowego Yorku. Będę tam prowadził szkolenia dla rekrutów.
- Nic nie szkodzi – uśmiechnęłam się. – Wazonik wyślę ci pocztą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.