18 grudnia 2015

Sprawa się Rypła

Postanowiłam pójść do mojego ulubionego chińczyka. Może menu nie było najwyższych lotów, ale restauracja znajdowała się dwie ulice od siedziby agencji, no i obsługa była bardzo miła. Może dlatego, zapewniałam im jedną czwartą całego zysku?
Weszłam do środka, nad moją głową zadzwoniły dzwoneczki feng shui. Rozejrzałam się po wnętrzu. Knajpka była malutka. Mieściła jedynie małą kuchnię i pięć stolików. Było obskurnie tak, jak zwykle. Właśnie dlatego zawsze brałam na wynos. Oprócz mnie mieli tylko jednego klienta, który siedział przy oknie i zajadał sajgonki z ryżem. Nie było kolejki, więc od razu ruszyłam do lady. Za kasą jak zwykle stał właściciel.
- Dzień dobry panie Chen – uśmiechnęłam się.
- O, Reva. Witaj. Jak tam studia? – spytał z wyraźnym chińskim akcentem.
- Jakoś idzie – odpowiedziałam.
Dla wszystkich okolicznych mieszkańców budynek W.A.D.A.Z. był akademią dla specyficznie uzdolnionych studentów i wszyscy pracownicy mieli się tego trzymać. Uczelnia miała być tak elitarna, że nikt spoza niej nie mógł tam wchodzić, a wszyscy pracownicy byli starannie dobierani. Uczniów zaś udawali członkowie oddziału interwencyjnego. Takie kłamstwo było bardzo wygodne. Podstawowe informację trzymały się kupy, a reszta była tajemnicą, gdyż obejmował nas tajny projekt rządowy, który przygotowywał nas na pracowników państwowych.
- Poproszę zupę krewetkową, duże sajgonki, kurczaka w pięciu smakach, kurczaka na ostro, udka po pekińsku, wieprzowinę z grzybami mun, pierożki z krewetkami i dużą porcję smażonego ryżu. – złożyłam zamówienie jednym tchem. – No i jeszcze trzy porcje sosu słodko-kwaśnego. Oczywiście wszystko na wynos – dodałam po chwili zastanowienia.
- Znowu macie nasiadówę z kolegami co? – zaśmiał się chińczyk. -  Imprezujecie w ten sposób co najmniej raz w tygodniu. Tylko dlaczego zawsze wysyłają ciebie po jedzenie? Ach to studenckie życie – westchnął. – Należy się 76,50.
- Tak bywa – odpowiedziałam, podając mu swoją kartę bankową. Nie miałam zamiaru wyprowadzać go z błędu. Chyba nie uwierzyłby, że to wszystko dla mnie i to tylko na jeden dzień.
- Wybacz, ale terminal się zepsuł.
- Kurde, nie mam  przy sobie tyle gotówki – jęknęłam. -  Wie pan co, panie Cheng? Pójdę do banku przecznicę dalej wypłacić pieniądze, a pan w tym czasie przygotuje moje zamówienie – zaproponowałam.
- Jasne – zgodził się mężczyzna. – Do zobaczenia.
Wyszłam z lokalu dość wkurzona. Dzisiejszy dzień i tak zapowiadał się dość parszywie. Rano Dex zwołał nas do świetlicy i przekazał nowy element wyposażenia - pałki teleskopowe, które rażą prądem. Mężczyzna zgłosił ten projekt cztery miesiące temu, zaraz po tym, jak przetestowałam jego teorię na zombiakach. Dowództwo agencji szybko to zaakceptowało i broń już po dwóch tygodniach została skierowana do produkcji. Pałki miały służyć nam do zneutralizowania truposzy, które weszły z nami z zbyt bliski kontakt, na przykład w przypadku ugryzienia. Biorąc pod uwagę to, że posiadamy już antidotum, wydawały się być naprawdę przydatne. Później Dexter, prezentując nam walory swojego wynalazku, znienacka pokazał jego działanie na mnie. Impuls był cholernie mocny. Od razu wylądowałam na podłodze i nie mogłam się podnieść przez dobre dwie minuty. Baterii miało starczyć na pięć takich ataków. Musiałam przyznać, że te pałki są wprost idealne, jednak gdybym wiedziała, jak naukowiec ma zamiar to zaprezentować to za cholerę nie pomogłabym mu w tym "jakże ambitnym" projekcie.
Znalazłam się kilka metrów od banku. Od razu skierowałam się do bankomatu obok. „Bankomat nieczynny, przepraszamy.” – przeczytałam z kartki, przyklejonej do ekranu urządzenia.
- To są chyba jakieś jaja – mruknęłam.
W promieniu kilometra nie było żadnego innego bankomatu. Zrezygnowana weszłam do budynku. Kolejka do okienka wypłat była długa, jak stąd do Mozambiku i to chyba w obie strony. Westchnęłam i ustawiłam się na samym końcu. Ten dzień zapowiadał się wprost zajebiście…
Minuty zmieniały się w godziny. Straciłam już poczucie czasu, a kolejka skróciła się może o dwie osoby.  Nagle ktoś otworzył drzwi z kopa. Do środka wpadło trzech mężczyzn w kominiarkach.
- Wszyscy na ziemię! To jest napad! – wrzasnął jeden z nich.
Rozległy się wrzaski. Klienci wykonali polecenie, włącznie ze mną. Zdołałam jedynie wcisnąć przycisk SOS na komunikatorze. Lepiej nie wkurzać faceta z bronią, gdy jest się w pomieszczeniu pełnym ludzi. Dwóch napastników poprowadziło bankiera do sejfu, a trzeci mierzył zakładników z Desert Eagla. Goście wrócili z workami wypchanymi pieniędzmi. Dość szybko się uwinęli. Naglę złodziej z pistoletem zastrzelił ochroniarza, później najbliżej leżącego klienta. Po co to robił? Przecież dostał wszystko, czego chciał. Chciał nas wystraszyć, czy pozbyć się świadków? Nie mogłam na to pozwolić. Szkoda, że tym razem nie wzięłam ze sobą maczety. Z braku lepszych pomysłów wstałam i powoli zaczęłam iść w jego kierunku.
- Co ty kurwa robisz?! – wrzasnął.
Nie zwróciłam na to uwagi. Zbliżałam się co raz bardziej. Bez wahania zaczął do mnie strzelać. Nie robiłam uników, nie chciałam, żeby ktoś inny oberwał. Spokojnie liczyłam kule. Mężczyzna wystrzelał cały magazynek, natychmiast sięgnął po drugi. Nie zdążył, dopadłam go pierwsza.
- Czym ty kurwa jesteś?! – zapytał, gdy wykręciłam mu rękę i brutalnie powaliłam na ziemię.
Uśmiechnęłam się tylko i związałam mu ręce jego paskiem od spodni. Złodzieje zupełnie zgłupieli. Wykorzystałam ten moment, aby odebrać zbirowi pistolet i załadować go. Wycelowałam w pozostałych bandziorów.
- Na co czekacie?! – wrzasnęłam. – Na ziemię!
Natychmiast wykonali polecenie. Bali się mnie, jak cholera. Skrępowałam ich sznurami od worków. Było po wszystkim. Odwołałam alarm i odetchnęłam. Rozejrzałam się wokoło. Zakładnicy powoli wstawali, jednak wciąż patrzyli na mnie z niepewnością. Najwyższy czas było się zwijać. Najpierw musiałam jednak coś zrobić. Korzystając z tego, że nareszcie nie ma kolejki, podeszłam do okienka wypłat.
- Chciałam wypłacić 80 dolarów – powiedziałam, po czym podałam kasjerce swoją kartę i dokumenty.
Gdy dostałam pieniądze, schowałam je do kieszeni i skierowałam się do wyjścia. Podałam trzymaną broń ochroniarzowi.
- Trzymaj, policja może o to pytać – rzuciłam, po czym wyszłam.

Natychmiast wróciłam do restauracji. Byłam już naprawdę głodna.
- O Reva, myślałem, że już nie przyjdziesz – ucieszył się właściciel.
- Oj panie Cheng, nawet pan nie wie, ile przeszłam, żeby zdobyć te głupie pieniądze – westchnęłam.
- Czy to krew? – spojrzał na mnie zainteresowany.
- Nie, to tylko sok pomidorowy.
- A te dziury w płaszczu?
- Wpadłam na kaktus – odpowiedziałam już lekko zirytowana.
- Całkiem duży ten kaktus musiał być – rzucił trzeźwo Chińczyk, nieufnie mierząc mnie wzrokiem.
Na szczęście nie drążył tematu. Co mu miałam do cholery powiedzieć? Na pewno nie uwierzyłby, że parę minut temu strzelano do mnie i że oberwałam sześć razy, z czego połowa ran była zdecydowanie śmiertelna. Po tym wszystkim będę musiała udać się do Dexa, aby powyciągał ze mnie te wszystkie pociski. Plus był taki, że bankierka, przerażona całą sytuacją, po prostu dała mi pieniądze, nie obciążając mojego konta, tak więc dzisiaj jadłam za darmo. Uśmiechnęłam się na myśl o tym i położyłam 80 dolarów na brudnej ladzie.
- Ale ja nie będę miał jak wydać – stwierdził pan Chen.
- Nie szkodzi – doskonale wiedziałam, że miał. To był jego stary numer, ale mnie to nawet nie przeszkadzało. Za bardzo lubiłam tego starucha. – Reszty nie trzeba.
- Dobrze, to ja pójdę po twoje zamówienie – mężczyzna wrócił po chwili obwieszony torbami z jedzeniem. – Masz szczęście, jeszcze ciepłe.
- Mam nadzieję, że żaden pies przy tym nie ucierpiał – ten żart między nami był już niemal tradycją.
- Spokojnie i tym razem Ciapek zdążył uciec – uśmiechnął się.

Wróciłam od Dextera całkiem już głodna, ale lżejsza o kilka kulek. Zaraz po wejściu do pokoju wsadziłam do mikrofalówki sajgonki i dwie porcje kurczaka, które zostały mi z obiadu. Pikanie, które informowało o tym, że jedzenie już gotowe, było dla mnie wybawieniem. Zdecydowanie nie dałabym rady bez mikrofali  w pokoju. Warto było sobie urządzić pseudo-wnękę kuchenną. Usiadłam z kolacją przed biurkiem i zaczęłam przeglądać maile. Pojawiło się powiadomienie o nowym evencie w grze. Nie ma mowy. Jeśli znowu się zaloguję, to mogę się nie oderwać przez następny miesiąc. Poza jedną wiadomością od Tima, nie było nic ciekawego, sam spam.
Gdy już zjadłam, stwierdziłam, że nie mam już nic do roboty. Wszystkie książki jakie posiadałam, zdążyłam już przeczytać, a jak na razie nie udało mi się znaleźć nic nowego. Stwierdziłam, że pójdę do świetlicy. Może uda mi się namówić kolegów na jakiś seans filmowy…
Udałam się do pomieszczenia i wygodnie usadowiłam się na kanapie przed telewizorem. W pokoju znajdowało się kilka osób. Philip wyżerał cukierki z barku, Jerry z Owenem grali w piłkarzyki, a Jessica flirtowałam z jakimś pracownikiem, którego ledwo kojarzyłam z którejś firmowej imprezy.
Zaczęłam skakać po kanałach. Dlaczego w sobotnie wieczory nigdy nie ma co oglądać? Z braku lepszych opcji zatrzymałam się na wiadomościach. Zawsze warto wiedzieć co się dzieje na świecie, a jeśli dostatecznie się skupisz, to przyswoisz sobie jedynie te prawdziwe informację. Spiker mówił o ostatnim wystąpieniu ministra finansów, później przeszedł do kolejnego skandalu z udziałem jakiejś tam gwiazdy. Wtedy zobaczyłam coś, co niemal zwaliło mi z kanapy.
Na koniec programu pojawiła się zapowiedź reportażu o przypuszczalnych atakach zombie, który miał za chwilę zostać wyemitowany w specjalnym wydaniu wiadomości. Rozpoznałam zdjęcia z naszej ostatniej misji w ośrodku dla trudnej młodzieży. Zaklęłam i przełączyłam na wskazany program informacyjny. Właśnie się zaczęło. Wszyscy zgromadzeni na świetlicy stanęli za kanapą, cały czas wpatrując się w ekran telewizora.
- Do tej pory uważaliśmy, że zombie, to tylko wymysł twórców horrorów. Miesiąc temu, w telewizji BBC, został wyemitowany krótki reportaż o domniemanym ataku żywych trupów – zaczął prowadzący. - My jednak dotarliśmy do informacji, które starano się utajnić przed społeczeństwem. Czym jest World Agency of Defense Against Zombies? Jaki ma związek z instytucjami rządowymi? A przed wszystkim - dlaczego zatajono grożące nam niebezpieczeństwo? Tego wszystkiego dowiecie się państwo z naszego  mrożącego krew w żyłach materiału.
W wiadomościach zostały przedstawione nagrania z naszego ostatniego zadania. Ktoś najwyraźniej włamał się do kamer ochrony. Dokument rozpoczął się od migawek pokazujących zombiaki atakujące mieszkańców ośrodka i to bez cenzury. Po krótkim komentarzu spikera, reportaż przeszedł do naszej misji. Pokazali wszystko - jak wkraczamy na teren, jak walczymy, nawet jak kilku z nas umiera. Wielu z agentów bez problemu można było rozpoznać po twarzy. Zostaliśmy zdemaskowani. Później było gorzej. Materiał skupił się bezpośrednio na mnie. Doskonale było widać całą moją walkę z truposzami. Był to dość makabryczny widok. Sama nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zachowywałam się tak dziko. Warczałam, syczałam i śmiałam się histerycznie, jakbym zupełnie postradała rozum. Miotałam się między umarlakami, zupełnie ignorując obrażenia jakie mi zadawały. Dla widzów najbardziej zaskakujące było jednak najprawdopodobniej to, że po skończonej rzezi podniosłam z ziemi swoją oderwaną rękę, przymocowałam ją z powrotem i jak gdyby nigdy nic, poszłam dalej. Na sam koniec pokazano jak biegnę z dziewczynką na rękach, skacząc po kilka metrów wzwyż, aby przedostać się po dachach.
- Jak widzimy, zagrożenie jest naprawdę realne. Według naszych danych zginęło tam ponad dwieście ludzi. Gdy tylko dotarliśmy do tych nagrań, natychmiast zaczęliśmy szukać informacji. Posiadamy dowody na to, że rząd o wszystkim od dawna wiedział, a W.A.D.A.Z pozostawało w stałym kontakcie z policją i wojskiem. Najbardziej zaskakująca wydaje się być tajemnicza agentka, która wykazała się nadnaturalnymi zdolnościami. Czyżby owa agencja zajmowała się inżynierią genetyczną w celu stworzenia superżołnierzy, a zombie były tego efektem ubocznym? Na te pytania postaramy się państwu odpowiedzieć w następnych reportażach. Jak na razie zapraszamy do dyskusji online na naszej stronie internetowej, a jutro o tej samej porze zapraszamy na wywiad z rodzinami ofiar masakry w Obozie dla Trudnej Młodzieży Imienia Johna Deweya.
Ktoś wyłączył telewizor. Przetarłam oczy ze zdumienia. Byłam tak zafrasowana, że zapomniałam o oddychaniu. Rozejrzałam się wokoło. Świetlica była pełna ludzi. Nawet nie zauważyłam, kiedy się pojawili. Wszyscy byli wściekli, a niektórzy wręcz przestraszeni. Ten reportaż mógł oznaczać nawet koniec naszej agencji.
- Cholera! – wrzasnął Jeremi, trzymając w ręku telefon. – Zajrzałem na ten czat. Ludzie się naprawdę boją.
- Do tego ci cholerni reporterzy stwierdzili, że zombie to nasza sprawka! – oburzył się Owen.
- Kurwa, to my tu narażamy życie, a oni obwiniają nas o jakieś eksperymenty i wypuszczenie zombiaków na wolność! – wściekł się Jacks.
- Zobaczycie, wkrótce wszyscy pismacy się do nas przyczepią, a do mnie to już na pewno – stwierdziłam. Poczułam wibrację komórki w kieszeni. – W końcu nie co dzień masz okazję przeprowadzić wywiad z zombie.
- Daj spokój Reva – Phili poklepał mnie po plecach. – Jaki tam z ciebie zombie. Po prostu żyjesz trochę mniej od nas.
- Czego kurwa?! -  wrzasnęłam wkurzona do telefonu. – O, cześć tato – poprawiłam się, po czym szybko wyszłam na korytarz.

Rozmowa z ojcem była męcząca. Znowu poczułam się jak mała dziewczynka, która nie powiedziała tatusiowi o tym, że dostała jedynkę z testu. Od razu zapytał, czy ten reportaż mówił o mnie prawdę, a później na mnie naskoczył. Chciał wiedzieć jakim cudem stałam się zombie i dlaczego nic mu nie powiedziałam. Odpowiedź była prosta. Po prostu nie chciałam go martwić. Był tak bardzo zatroskany, gdy dowiedział się, że przystąpiłam do agencji, a mój obecny stan w ogóle mi nie przeszkadzał. No, był jeszcze jeden powód. Mój wujek został zamordowany przez truposze i tata od tej pory ich nienawidził. To nie tak, że z tak błahego powodu przestałby mnie kochać. Doskonale o tym wiedziałam, jednak w podświadomości obawa pozostała.
Zmęczona opadłam na łóżko i wyciągnęłam z szafki nocnej paczkę chipsów. Zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać. Zdecydowanie nie damy już rady utrzymać istnienia zombie w tajemnicy. Ludzie już wiedzą i naprawdę się boją. Mogą nawet wybuchnąć zamieszki. Był jednak jeden plus tej sytuacji. Agencja nie będzie musiała się już męczyć z zatuszowaniem tego, co odpierdoliłam dzisiaj w banku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.