25 grudnia 2015

Telewizja się Czepia

W ciągu tego tygodnia wiele się zmieniło. Przede wszystkim odnotowano spory wzrost sprzedaży paralizatorów. Ludzie powoli oswoili się z myślą o istnieniu zombie. W szkołach i miejscach pracy prowadzono szkolenia, mające na celu przygotowanie o obrony przed umarlakami. W  samej agencji też zaszło sporo zmian. Do wszystkim znanych numerów alarmowych dołączył numer do łowców zombie, którym zajmowała się dyspozytornia policji. Skoro społeczeństwo wiedziało już, jak ma postępować w razie zagrożenia ze strony umarlaków, automatycznie wzrosły ich szanse na przeżycie. Nasza praca zaczęła przypominać pracę strażaków. Agentom, którzy mieli danego dnia dyżur, nie wolno było opuszczać dzielnicy, w której znajdowała się agencja, a zwiadowcy nawet nie mogli się zapuścić poza nasz niewielki kwartał ulic. Wolno nam było za to wreszcie przyjmować gości.
Z części członków wywiadu został utworzony nowy pododdział pracowników szeregowych. Zatrudniliśmy ich w charakterze rzeczników prasowych. Tamtejsi agenci byli już wyspecjalizowani w kłamstwach i dyplomacji, a po ujawnieniu istnienia organizacji odpadło im sporo obowiązków. Z ich pomocą udało się wszystko dokładnie wyjaśnić. Już nikt nas nie obwiniał o istnienie zombie. W.A.D.A.Z budziło ogromne zainteresowanie. W samym tylko USA do rekrutacji zgłosiło się ponad dziesięć tysięcy osób. Około tysiąca zostało przyjętych na dalsze przeszkolenie. Jeśli tak dalej pójdzie, w ciągu roku pozbędziemy się deficytów w oddziale interwencyjnym.
Od zawsze byłam za tym, aby ujawnić istnienie zombie i nawet cieszyłabym się z tej sytuacji, gdyby nie jeden szczegół. Gdy reportaż ujawnił moje nadnaturalne zdolności, znalazło się kilku maniaków, którzy koniecznie chcieli sprawdzić w jaki sposób można mnie zabić. Minęło kilka dni, a ja miałam już za sobą trzy zamachy w postaci dwóch strzelanin i bomby podrzuconej do torby z zakupami. Oczywiście nic mi się nie stało. Ze wszystkich ran dałam radę się wyleczyć w ciągu godziny. Było to jednak kurewsko irytujące. Aż strach było wychodzić na zewnątrz, jeszcze by ktoś przeze mnie poważnie oberwał.

Weszłam do budynku telewizji publicznej, gdzie miałam udzielić wywiadu. Strasznie nie chciałam tego robić, ale dowództwo się uparło. Byłam ubrana w ciemne dżinsy, bladoróżową koszulę, czarny żakiet i dość wysokie szpilki. Całą stylizację wybrała dla mnie oczywiście Jessica, twierdząc, że muszę godnie reprezentować naszą agencję. Osobiście wolałabym raczej posiedzieć sobie przy dobrej książce, szamając jakąś smaczną przekąskę.
Odebrałam w recepcji przepustkę i zostałam skierowana do charakteryzatorni. Niechętnie zawlekłam się we wskazane miejsce. Program miał się rozpocząć dopiero za godzinę z okładem.
- Ty jesteś Reva, tak? – zapytała niska brunetka i krytycznie zmierzyła mnie wzrokiem. – Rany, mamy mnóstwo roboty. Twoja cera wygląda jak papier ścierny, a włosy jak miotła, w którą piorun trzepnął – szczebiotała. – I jeszcze te okropne, sine cienie pod oczami…
Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zaciągnęła mnie w głąb pomieszczenia i posadziła przed lustrem. Z szuflady wyjęła różne przybory upiększające, z których większości nie potrafiłam nawet nazwać. Charakteryzatorka zaczęła od nałożenia mi na twarz grubej warstwy podkładu, cały czas narzekała przy tym na stan mojej skóry. Zachwyciły ją za to moje niezwykle białe zęby, które jednak, jak to ujęła, zbyt przypominały jej zęby wilkołaka. Bardzo zdrowe i białe uzębienie odziedziczyłam prawdopodobnie po moim biologicznym ojcu, a to co zrobił z nimi wirus Z nie było już moją winą. Kobieta zajęła się moimi włosami. Przejechała po nich prostownicą, co ciekawe robiąc przy tym delikatne loki, zaczesała je lekko do tyłu i na koniec spryskała jakąś mgiełką.
- No, skończyłam, ale cudów nie ma – stwierdziła.
Przyjrzałam się sobie w lustrze. Warstwa makijażu była tak gruba, że zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie popęka, mimo wszystko te paskudne cienie pod oczami rzeczywiście stały się dzięki temu mniej widoczne. Włosy za to zaczęły wyglądać niemal normalnie. Będę musiała później wypytać charakteryzatorkę o to, co dokładnie zrobiła, że osiągnęły taki stan. Ta kobieta zdecydowanie znała się na tym, co robi.
Do programu zostało niecałe dziesięć minut, na moje nieszczęście miał on być na żywo. Zaczęłam powtarzać w myślach wszystkie zalecenia, jakie dostałam od dowództwa. Nie zdradzać z czego robimy antidotum, nie wnikać dokładnie w sprawy agencji, nie mówić co do tej pory robiliśmy ze świadkami ataków zombie, a przede wszystkim nie przeklinać i nie zabić irytującego reportera. Westchnęłam i weszłam na plan. Techniczny przymocował mi do kołnierzyka mikrofon i posadził na fotelu, po czym przekazał mi kilka wskazówek. Wywiad się zaczął.
- Od tygodnia na świecie nie mówi się o niczym innym, tylko o zombie – rozpoczął prowadzący. – Kilka dni temu budziły w nas przerażenie. Teraz wiemy, że to zagrożenie, jak każde inne. W dzisiejszym programie gościmy Revę Angelinę McCartney, tajemniczą agentkę z niezwykłymi zdolnościami.
Kamera zrobiła na mnie najazd, więc się uśmiechnęłam, jednak gdy przypomniałam sobie o wilkołaczych zębach, natychmiast zamknęłam usta.
- Pozwól, że zapytam wprost – zwrócił się do mnie. - Czym ty właściwie jesteś?
- Na dzień dzisiejszy dzień naukowcy twierdzą, że hybrydą człowieka i zombie -  odpowiedziałam wyuczoną kwestią.
- Niesamowite. Jak do tego doszło?
- Jakby to powiedzieć, żeby wszyscy zrozumieli – zamyśliłam się. -  Urodziłam się z dwiema, bardzo rzadkimi chorobami genetycznymi, o których można powiedzieć, że są ze sobą sprzeczne – stwierdziłam. -  Podczas jednej z moich pierwszych misji wpadliśmy na zbyt dużą chordę żywych trupów. Cała moja dawna drużyna została przemieniona w zombie, jednak w moim przypadku wirus wszedł w reakcję z moim kodem genetycznym.
- Co dokładnie masz na myśli? – dociekał mężczyzna.
- Wirus Z jest najsilniejszym czynnikiem mutagennym na świecie – wyjaśniłam. – W ciągu godziny potrafi zmutować człowieka w zombiaka. W przypadku mojego organizmu mutacja zaszła w innym kierunku. Tak twierdzą naukowcy. Ja praktycznie nic nie rozumiem z tego bełkotu – zachichotałam.
- Oczywiście, to wszystko jest bardzo skomplikowane. Może powiesz nam, jak zmieniło się twoje dotychczasowe życie?
- No cóż, właściwie to niewiele. Nadal pełnię te same obowiązki, z tym tylko, że stałam się o niebo lepsza. Bólu nie czułam już wcześniej, z powodu wspomnianej choroby genetycznej, a umiejętność całkowitej regeneracji ciała, to naprawdę fajna sprawa.
- A nie kusi cię czasem, żeby zacząć jeść mózgi? – zażartował prezenter.
- No skąd – odpowiedziałam. – Co prawda bardzo często jestem głodna, ale do skłonności kanibalistycznych mi daleko. Naprawdę, wszystko jest w porządku. Ja rozumiem, że ludzie oczekują, że pewnie będę się nad sobą użalać, że stałam się potworem, że jestem mutantem, że nic już nie będzie tak samo – ciągnęłam całkiem na poważnie. – Takie rzeczy, to tylko w kiepskich filmach. Straciłam trochę na urodzie, mam problemy ze snem i nie mogę się upić, ale żyję. Kryzysu egzystencjonalnego pozbyłam się w niecały tydzień. Dzięki temu, co się stało, byłam w stanie uratować więcej osób. Na razie tylko to się dla mnie liczy – byłam bardzo dumna z tej wypowiedzi.
- Rzeczywiście, to daje nam wiele do myślenia, jednak ciężko uwierzyć, że twój organizm jest tak niezwykły.
- Taka jest jednak prawda. Mógłbyś mi odrąbać rękę, a ja bym się tym nie przejęła. Ufam jednak, że ten program jest zbyt poważny na takie dziecinne występy – zaśmiałam się.
- Oczywiście. Mam nadzieję, że jednak zgodzisz się na mały test?
- Skoro musisz -  pozwoliłam urażona.
Do studia wszedł asystent z małą tacą. Westchnęłam i zdjęłam marynarkę, po czym odwiesiłam ją na oparcie krzesła. Podwinęłam rękaw koszuli aby nie pobrudzić go krwią. Prowadzący chwycił skalpel i przyłożył do mojego nadgarstka. Niepewnie spojrzał mi w oczy, szukając w nich choćby najmniejszych oznak strachu. Uśmiechnęłam się bezczelnie w odpowiedzi. Mężczyzna zacisnął powieki i zanurzył ostrze w mojej skórze, rozcinając żyły i  naruszając przy okazji ścięgna. Spłynęło trochę krwi.
- Niesamowite – zdecydowanie nie tego się spodziewał po poderżniętych żyłach. – Może doprowadź się teraz do porządku – podał mi z tacy apteczkę.
Dokładnie wytarłam krew i owinęłam luźno bandażem nadgarstek, żeby nie upaćkać sobie ubrania. Pomocnik zebrał wszystkie rekwizyty i zszedł z planu.
- Opowiedz nam teraz jak wygląda praca w W.A.D.A.Z. – prezenter wciąż nie doszedł do siebie po pokazie.
- No cóż, mieszkamy w budynku należącym do agencji, ponieważ musimy się szybko stawiać na każde wezwanie. Nie wiem, co tu można jeszcze powiedzieć – zastanowiłam się. -  Sami sobie wybieramy sprzęt. Nasze pensje z powodu ciągłego narażania życia są dość duże, w końcu średnia długość służby członków oddziału ratunkowego wynosi jakieś pięć lat, chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. Uposażenie jest niezwykle wysokie, jednak o urlop całkiem trudno.
- To wszystko wygląda na bardzo kosztowne. Skąd bierzecie na to wszystko pieniądze? – zapytał.
- Część finansuje rząd państwa, w którym znajduje się jednostka. Resztę pieniędzy bierzemy z badań naukowych. Moim zdaniem to dobry układ, biorąc pod uwagę, że agencja z likwidowania zombie nic nie ma i inwestując w to  własne pieniądze, sporo traci.
- W takim razie skąd pomysł na prowadzenie agencji?
- Nie wiem, zapewne chodzi tylko o ochronę ludzi. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale rzeczywiście, można uznać to za przejaw filantropii.
- Skoro tak wam zależy na dobru ludzi, to dlaczego do tej pory trzymaliście istnienie zagrożenia w tajemnicy?
- Sądziliśmy, że wybuchnie panika i po części mieliśmy rację – musiałam uważać, żeby nie powiedzieć czegoś głupiego. – Zombie pojawiły się pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Już wtedy istniało mnóstwo filmów o żywych trupach, które przekłamywały ich obraz, ale nie do mnie to pytanie. Nie za bardzo znam się na polityce W.A.D.A.Z.
- No dobrze, a jak wyjaśnisz to, że macie antidotum na wirusa, a nie chcecie go przekazać do ogólnego użytku? – nie odpuszczał prowadzący.
- Antidotum zostało wynalezione niedawno i jest produkowane z bardzo ciężko dostępnych substancji. Nawet jeśli przekazalibyśmy komuś recepturę i zlecili masową produkcję, to nie miałby wystarczającej ilości surowców – tę odpowiedź zawczasu przygotował mi Dex, za co byłam mu teraz wdzięczna. – Nawet agenci nie mogą liczyć na zabezpieczenie w postaci zastrzyku przed misją. Poza tym, w ten sposób mamy pewność, że antidotum jest produkowane zgodnie z wytycznymi i możemy kontrolować wszystkich wyleczonych ludzi.
- Rzeczywiście, macie w tym wiele racji. W takim razie, zdradź nam, jak zwykły człowiek może się chronić?
- Prowadzimy odpowiednie szkolenia w szkołach i miejscach pracy, jednym słowem wszędzie, gdzie się da, mogę jednak coś na ten temat powiedzieć. Przede wszystkim z zombie nie należy walczyć, tylko uciekać. Gdy zamkniemy się w jakimś pomieszczeniu, lub wejdziemy gdzieś wysoko, będziemy całkowicie bezpieczni. Wystarczy już tylko czekać na pomoc. Zombie są też podatne na rażenie prądem, o czym parę razy miałam okazję przekonać się na własnej skórze – jęknęłam. -  Jak już mówiłam, to nie jest jednak dobry pomysł. Inna sprawa gdy mamy do czynienia z mutantami, wtedy wchodzenie w trudno dostępne miejsca nic raczej nie da, można się jedynie zabarykadować, i mieć nadzieję, że zablokowaliśmy wszystkie drogi dostępu do nas. Tak na podsumowanie – zombie można zlikwidować jedynie przez zniszczenie głowy lub spalenie ciała, wydaje mi się jednak, że państwo już o tym wszystkim wiecie.
- No cóż, to chyba wszystko, o czym mogliśmy powiedzieć. Bardzo dziękuje ci za wywiad. Zanim jednak się pożegnamy, pozwolisz jednak, że rzucimy okiem na twoją ranę – poprosił.
- Ależ oczywiście – odwinęłam bandaż i skierowałam do kamery nadgarstek, na którym widniała już tylko różowa szrama.
- Proszę państwa, to wszystko jest na żywo i nie stosujemy tu żadnych sztuczek. Jeśli nasze bezpieczeństwo jest w rękach takich specjalistów, myślę, że możemy być spokojni. Naszym gościem, była Reva Angelina McCartney, agentka World Agency of Defense Against Zombies. Dziękujemy państwu i zapraszamy na kolejne wydanie naszego programu.
Rozległ się dźwięk, informujący, że nie znajdujemy się już na wizji. Wszystkie urządzenia na planie zgasły. Westchnęłam, chwyciłam swój żakiet i zeszłam ze sceny.
- Byłaś wspaniała – zaczepił mnie reporter. – Chciałbym ci zaproponować występy w kilku innych programach. Może pójdziemy omówić to wszystko do bufetu?
- Oczywiście – mimo, że nie zamierzałam się zgodzić na kolejne wywiady, uśmiechnęłam się chytrze.

Wróciłam do siedziby agencji. Marzyłam o zmyciu tego całego makijażu i zjedzeniu torcika bezowego, który zawczasu sobie kupiłam. Idąc do pokoju zauważyłam, że coś dzieje się w naszej świetlicy. Niechętnie skierowałam swoje kroki w tamtą stronę. Torcik będzie musiał poczekać.
W pomieszczeniu znajdowali się wszyscy samobójcy oraz nieznany mi mężczyzna. Był dość wysoki. Miał krótkie czarne włosy i śniadą skórę. Z pochodzenia musiał być chyba meksykaninem, jednak moją uwagę zwróciło coś innego. Pachniał zjełczałym potem, cebulą i gałką muszkatołową. Zapach był słaby i zamaskowany wodą kolońską, jednak nadal dość irytujący.
- O, Reva – zauważył mnie Jeremi. -  Dobrze, że jesteś. To jest Hunter Mayes, nasz nowy członek.
- Miło mi – uścisnęłam mu dłoń. - Hunter tak? Myślę, że dostrzegasz ironię w swoim imieniu – zauważyłam.
- Ależ oczywiście – odpowiedział. -  Jestem urodzonym łowcą zombie.
Zaczęliśmy opowiadać mu o tutejszej jednostce, później gadaliśmy o jakichś pierdołach. Musiałam przyznać, że całkiem fajny z niego facet, po prostu dusza towarzystwa. Jego zapach jednak cały czas nie dawał mi spokoju. Był dość odpychający.
- Czujesz ten dziwny smród? – szepnęłam do Owena.
- Nie, zupełnie nic – odpowiedział, pociągając kilka razy nosem.
Najwyraźniej odór był na tyle słaby, że tylko ja byłam w stanie to zauważyć. Bycie zombie może być czasem upierdliwe.

Postanowiłyśmy z Jessicą spędzić wieczór, oglądając komedię z Lesliem Nielsenem, którą akurat nadawali w telewizji. Alternatywą była druga część „Zmierzchu", więc wybór był raczej prosty. Wyciągnęłyśmy z barku popcorn i sześciopak piwa, po czym wygodnie rozsiadłyśmy się na kanapie. Obok nas Jacks i Owen urządzili sobie turniej Fify na X-boxie, jednak zupełnie nam nie przeszkadzali. W pewnym momencie do świetlicy weszła Helen.
- Jessica, masz gościa – zakomunikowała.
Zanim zdążyłyśmy zastopować film, w progu stanął Kevin, trzymając w ręku ogromny bukiet róż.
- Jessi, ja cię kocham! – wrzasnął, rozkładając ręce, jakby chciał kogoś przytulić. -  Gdy tydzień temu zobaczyłem cię w telewizji zrozumiałem, dlaczego miałaś przede mną tajemnicę. Teraz się wszystko zmieni, nie będę się już o to tak bardzo wściekał. Jesteś moją bohaterką.
- Co się mu stało? – spytała mnie szeptem Jess.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziałam całkiem poważnie. - Może stracił pamięć, po tym jak go znokautowałam, a może agenci zbyt dobrze się nim zajęli po tym ataku zombie? W końcu był świadkiem.
- Ty też mnie musisz kochać, skoro urządziłaś mi taką scenę przy Tarze – kontynuował. – Od tamtej pory chodzę, jak w jakiejś mgle. Mam kłopoty z koncentracją, mogę myśleć jedynie o tobie. Proszę, daj mi drugą szansę.
- Oczywiście kochany – wstała i poszła go ucałować.
- Zwariowałaś?! Przecież doskonale wiesz jaki z niego dupek – przypomniałam jej.
- Tak, ale ja go kocham – odpowiedziała.
- W porządku, ale zapomnij, że jeszcze kiedyś będziesz spać na moim pijackim dywaniku – ostrzegłam.
Jessica zignorowała moją uwagę, przyjęła kwiaty i chwyciła Kevina za rękę, ciągnąc do swojego pokoju. Zapewne poszli się „pogodzić”. Chłopaki zrobili sobie przerwę w grze, obserwując całe to zajście. Mieli z tego niezły ubaw. Zostałam przed telewizorem całkiem sama. Odpauzowałam film i chwyciłam dużą garść popcornu. No cóż, więcej żarcia dla mnie, a Jess kiedyś zrozumie swój błąd. Ostatecznie i tak wyląduje u mnie na dywanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.