14 marca 2016

Ironia Losu

Od tygodnia w mediach społecznościowych nie mówiło się już o niczym innym, niż o najbliższym Zombie Walk. Miało to być ogromne wydarzenie nie tylko ze względu na niedawne ujawnienie istnienia zombiaków. Trzydziestego marca waszyngtońska grupa organizująca to wydarzenie obchodziła dwudziestą piątą rocznicę pierwszego pochodu. Ulotkami zasypali całe miasto, nawet naszą agencję. Impreza była już dzisiaj i, z tego co wiem, prawie połowa naszych pracowników była nią zainteresowana. Jednak nie wybierał się na nią nikt z oddziału interwencyjnego, nawet jeśli miał dziś wolne. Dla nas cała ta zabawa była po prostu żałosna.
Z nudów po raz kolejny czytałam ulotkę, chrupiąc przy tym Oreo. Z okazji rocznicy, zaraz po procesji, miała odbyć się gra scenariuszowa, aby ludzie mogli pobawić się w apokalipsę. Poproszono mnie, abym była honorowym gościem tego wydarzenia. Miałam zostać przywódcą grupy ocalałych. Mimo, że dowództwo było za tym pomysłem i nawet zaoferowało mi urlop na ten dzień, to odmówiłam. Nie chciało mi się bawić w coś, co realnie mam na co dzień. Wolałam się polenić przy jakimś dobrym filmie.

Razem z Jessicą urządziłyśmy sobie maraton filmów Disneya, zaczynając oczywiście od naszej ukochanej „Krainy Lodu”. Chłopaki nie byli zainteresowani oglądaniem bajek, więc siedziałyśmy w świetlicy same. Koło pierwszej w nocy miałyśmy już za sobą ulubioną historię Elsy oraz „Alicję w Krainie Czarów”, „Piotrusia Pana” i „Piękną i Bestię”. Byłyśmy w połowie „Zaplątanych”, gdy zawył alarm.
- Zgadnij gdzie nastąpił atak – rzuciła Jess patrząc na swój komunikator.
- W hali, na której organizują grę w apokalipsę zombie. To było przecież do przewidzenia – westchnęłam.
Oczywiście miałam rację. Tylko idiota, widząc co się dzieje na świecie, poszedłby na taką imprezę. Od czasu ujawnienia istnienia zombiaków, najwięcej ataków miało miejsce na cmentarzach. Sporo było też doniesień o napaściach w miejscach uznawanych za nawiedzone. Dość poważne incydenty zdarzyły się również na spotkaniu autorskim rosyjskiego pisarza, którego powieści działy się podczas zombie apokalipsy oraz na spotkaniu promującym najnowszą grę o nazi-zombie.
Niechętnie wyłączyłam film i szybkim krokiem poszłam do swojego pokoju. Przebrałam się i spakowałam sprzęt, po czym zeszłam do garażu. Przyszłam jako pierwsza. Zaraz po mnie pojawili się Owen oraz Hunter, który znowu śmierdział jak wywar z przepoconych dresów. Na szczęście po ostatniej misji podjęłam odpowiednie kroki i w moim nosie spoczywały właśnie specjalistyczne zatyczki. Odór nadal był jednak co najmniej nieznośny, mimo to nie miałam serca powiedzieć Hunterowi, że cuchnie.
W ciągu dziesięciu minut wszyscy byli obecni i gotowi do drogi. Jedynie Mrówa nadal leżał w łóżku z ciężką grypą, więc nawet nie braliśmy go pod uwagę. Gdy tylko pół przytomny Jacks, który stał oparty o ścianę, jednym haustem wypił jakiś litr kawy i zapakował się do wozu, wyjechaliśmy. Dowództwo pozostawało w stałym kontakcie z pracownikami agencji, którzy brali udział w zabawie. Na naszych palmtopach co chwilę pojawiały się kolejne informację o ataku.
Na imprezie nie pojawiły się żadne żywe trupy z zewnątrz, po prostu w pewnym momencie część uczestników się przemieniła. Ze względu na charakter gry nie od razu to zauważono. Dopiero gdy zombiaki zaczęły boleśnie ranić innych uczestników, wybuchła panika. Kilka osobom szczęśliwie udało się dostać na konstrukcję podtrzymującą dach, większość ludzi pochowała się jednak w domkach oraz powłaziło na drzewa, które były elementami przygotowanej scenografii.
Gdy zajechaliśmy przed budynek, na miejscu było już kilka stacji telewizyjnych. Reporterzy natychmiast rzucili się w naszym kierunku, a najbardziej byli zainteresowani oczywiście mną. Zachowywali się strasznie nachalnie. Jeremi poprosił jednego z pracowników agencji, aby odgrodził teren taśmą policyjną, a ciągu dziesięciu minut pojawił się wezwany w trybie natychmiastowym rzecznik prasowy. W końcu odzyskaliśmy swobodę ruchów. Zaczęliśmy się przygotowywać, nasz dowódca w tym czasie przepytywał jedynego organizatora, który nie znajdował się na hali.
Byliśmy już gotowi do akcji. Czekaliśmy już tylko na ostatnie doniesienia od zwiadowców. Podeszłam do Jeremiego, który właśnie ustawiał strategię.
- Jak masz zamiar nas ustawić, skoro jest nas nieparzysta liczba? – spytałam.
- Stwierdziłem, że pójdziesz ze mną i Hunterem, a potem się w razie czego rozdzielimy i będziesz już sama.
- Tylko nie to – westchnęłam
- O co chodzi? Przecież nie pierwszy raz masz iść sama.
Odciągnęłam Jerrego trochę dalej.
- Nie w tym rzecz – wyszeptałam. – Hunter strasznie śmierdzi. Będąc w jego pobliżu źle się czuję, a jeśli będzie moim partnerem, to nie dam rady skupić się na misji.
- Rzeczywiście, dzisiaj pachnie, jakby miał problemy z potliwością – zgodził się Jeremi. – Ale nie jest chyba tak źle. Niektórzy faceci cuchną o wiele mocniej, uwierz mi.
- Bo on wydziela coś, co tylko ja czuję – odpowiedziałam zirytowana. – Nie zapominaj, że mój nos jest super wrażliwy.
- No dobrze, zaraz coś wymyślę – powiedział, po czym zwrócił się do wszystkich. – Słuchajcie, mała zmiana planów! Hunter pójdzie z Owenem, a Mołotow ze mną i Revą.
- Dlaczego? – zdziwił się Hunter.
- Bo Iwan i Owen utrzymują podobny poziom zjebania umysłowego i nie jest dobrym pomysłem wysyłać ich jako jedną grupę.
Wszyscy zachichotali, ale nikt Już nie drążył tematu. Gdy tylko otrzymaliśmy mapę, utworzoną dzięki zdjęciom z dronów, wkroczyliśmy do akcji. Hunter, Owen, Philip i Jacks postanowili dostać się do środka od zaplecza. Jessica, Rao, Jerry, Ivan i ja weszliśmy natomiast głównym wejściem. Po odstrzeleniu kilku zombiaków, rozdzieliliśmy się. Mieliśmy w planie prowadzić ekspansję z czterech narożników hali. Sektor mojej grupy znajdował się poza scenografią, dlatego był właściwie spokojny. Gdy rozglądałam się za potencjalnymi celami zauważyłam coś innego. Niedaleko mnie znajdował się niewielki bufet dla uczestników, którym znudziła się gra. Zaczęło mi burczeć w brzuchu, a pech chciał, że cały zapas swoich kabanosików zjadłam po drodze. Wytężyłam wszystkie moje zmysły w poszukiwaniu jakiegokolwiek zagrożenia. Nic nie wskazywało na to, żeby miało się coś stać. Posłałam Jeremiemu błagalnie spojrzenie. Po kilkunastu sekundach uległ.
- Masz dwie minuty – powiedział. – Kurde, mogłem sprawdzić, w którym miejscu znajduje się jedzenie i pójść w inny sektor – mruknął do siebie.
Mołotow zaczął się histerycznie śmiać, a ja cała uradowana pognałam w stronę bufetu. Od razu wgryzłam się w muffinkę. Gdy wytarłam nos, który jakimś cudem uwaliłam czekoladą, i na chwilę wyjęłam z niego zatyczki, poczułam coś dziwnego. Chwyciłam porzucony kubek z sokiem i obwąchałam jego zawartość. Pod ścianą zauważyłam skrzynkę napojów. Wyciągnęłam jedną butelkę, odkręciłam korek i niuchnęłam płyn, a po chwili wzięłam niewielki łyk. Dość często piłam soki od tego producenta, dlatego od razu zauważyłam niewielką różnicę w smaku. Może to moja intuicja, może nadludzko rozwinięte zmysły, a może po prostu byłam szalona, nie mogłam się jednak mylić.
- Napoje w bufecie prawdopodobnie są skażone wirusem Z – poinformowałam wszystkich przez swój komunikator.
- Skąd wiesz? – spytał agent odpowiedzialny za komunikację.
- Chyba rozpoznałam po zapachu.
- Jesteś tego pewna?
- No, pewności nie mam, ale wątpię żebym się myliła.
- Cholera, niedobrze - usłyszałam po dłuższej chwili. – Organizator twierdzi, że te same napoje wchodzą w skład racji żywnościowych, które rozdano wszystkim uczestnikom.
- W każdej chwili ktoś może je wypić i nieświadomie zarazić się wirusem – stwierdziłam przerażona.
- Słuchajcie, ja i Rao wciąż znajdujemy się w pobliżu drzwi na zaplecze – usłyszałam głos Jessiki. – Możemy bez problemu się cofnąć i nadać odpowiedni komunikat, przez głośniki zamontowane na hali.
- Ten pomysł powinien wypalić. Tak w ogóle, jakim cudem na imprezę trafiły te skażone soki? – spytałam.
- Jednym ze sponsorów jest hurtownia żywności, jej właściciel zaproponował, że przekaże na potrzeby wydarzenia produkty, których data ważności kończy się w ciągu miesiąca. Policja już do niego jedzie. Być może udało nam się wpaść na trop ludzi odpowiadających za wirusa – odpowiedział podekscytowany agent.
- Uwaga, zachodzi poważne podejrzenie, że rozdane racje żywnościowe zostały skażone wirusem zombifikacji. Osoby, które w ciągu ostatniej godziny spożywały napoje są proszone o zadzwonienie pod numer alarmowy W.A.D.A.Z. oraz jak najdokładniejsze podanie swojej lokalizacji. W razie zablokowania linii prosimy o odczekanie dwóch minut i ponowną próbę podjęcia kontaktu. Radzimy też zachować ostrożność w stosunku ludzi podejrzanych o zakażenie oraz wypatrywać objawów początków zombifikacji – nadano ustaloną wcześniej treść komunikatu.
Całość została powtórzona jeszcze dwa razy. Kiedy głośniki ucichły, usłyszałam kilka krzyków paniki. Gdy na szybko pakowałam do plecaka kilka ciastek, Jeremi i Mołotow znaleźli się obok mnie. Byli tak samo skonsternowani jak ja. Nie wiedzieliśmy co właściwie powinnyśmy zrobić.
- Słuchaj McCartney, masz natychmiast wracać. Zostaniesz naszym healerem – usłyszałam w słuchawce.
- Że co? – spytałam, kierując swoje kroki do wyjścia.
- Będziesz roznosić antidotum. Jesteś jedyną osobą, która jest w stanie w miarę swobodnie poruszać się po całej hali. Już mamy zgłoszenia od dwunastu ofiar, a doniesienia wciąż napływają.
- Ale jak ty to sobie wyobrażasz? Każdy z samobójców ma przecież tylko po trzy porcję antidotum.
- My mamy jeszcze dziesięć, potem będziesz już musiała używać swojej krwi. Właśnie, w porozumieniu z ratownikami medycznymi, kompletujemy sprzęt.

Kiedy tylko wróciłam po sprzęt, moim oczom ukazał się demonstracja ludzi broniących praw zombie. Całe szczęście, pewnie z powodu późnej pory, zebrało się tylko około dwudziestu protestujących. Z taką liczbą policjanci radzili sobie bez problemu. Podejrzewałam, że przegonią całe towarzystwo w ciągu pół godziny.
Po paru minutach przygotowań ponownie wkroczyłam na teren hali, zaopatrzona w trzynaście porcji antidotum oraz dwadzieścia jednorazowych strzykawek. Zainfekowanych było jednak prawie osiemdziesiąt. Nie miałam szans ocalić wszystkich, zwłaszcza, że pobranie samemu sobie krwi w warunkach polowych było niemal niemożliwe. Całe szczęście w moim wypadku można było wyjąć tłok ze strzykawki, rozciąć żyłę i nakapać krwią.
Pierwsze dwie ofiary siedziały na rusztowaniu udającym drzewo, które znajdowało się niedaleko wejścia, to właśnie ich uratowałam jako pierwszych. Nie tracąc czasu stanęłam pod gałęzią, na której siedziała zainfekowana dziewczyna. Wyskoczyłam trzy metry w górę, po czym bez problemu podciągnęłam się, siadając naprzeciwko uczestniczki gry. Z torby przewieszonej przez ramię wyjęłam stazę, strzykawkę z antidotum oraz inne potrzebne rzeczy, następnie wykonałam zastrzyk. Po chwili doskoczyłam to mężczyzny siedzącego dwie gałęzie wyżej, po czym powtórzyłam ratującą życie czynność. Oboje byli pod wrażeniem moich zdolności.
Zeskoczyłam na dół i spojrzałam na palmtopa. Na mapie były zaznaczone wszystkie miejsca, w których powinni się znajdować zarażeni ludzie. W ostatecznym rozrachunku było ich osiemdziesiąt cztery. Westchnęłam i zaczęłam biec w kierunku kolejnej ofiary, po drodze odstrzeliwując  zmutowanego zombiaka, który zaczął szarżować w moją stronę.

Cała akcja zakończyła się koło siódmej rano. Antidotum udało się przekazać czterdziestu jeden osobom. Ostatnim dwóm ofiarą musiałam wykonać zastrzyk zużytymi igłami. Nie sądzę jednak, aby miały jakiekolwiek pretensje, bo mimo moich starań, oboje ulegli przemianie w zombie. Sześciu osobom antidotum podali inni członkowie samobójców, którzy akurat dotarli do ofiar przede mną. Niestety proces zombifikacji udało się zatrzymać tylko w dwudziestu siedmiu przypadkach.
Kiedy pakowałam swój sprzęt, podeszły do mnie dwie osoby z prośbą o autograf, a ja głupia oczywiście się zgodziłam. Po chwili pojawił się trzeci wielbiciel, a zanim się zorientowałam zdążył się ustawić do mnie dość spory ogonek oczekujących. Zirytowana miałam sobie iść, ale drogę zagrodziła mi Jessica.
- Uwaga! – krzyknęła. – Autograf kosztuje jedną rację żywnościową, może być również napoczęta.
Tłum momentalnie rozpierzchnął się w poszukiwaniu swoich rzeczy, po czym ponownie ustawił się w kolejce. Dlaczego sama na to nie wpadłam? W ciągu parunastu minut zebrałam spory stos kanapek, ciastek, owoców oraz tych nieszczęsnych soków. Jessica chwilowo pełniła rolę mojego menagera. Pozostali agenci mieli ze mnie niezły ubaw, a ja tylko chciałam zniwelować koszty utrzymania.

Z talerzem obładowanym zdobycznymi kanapkami, wkroczyłam do świetlicy. Byłam naprawdę szczęśliwa, że wygrałam tę małą batalię o moje jedzenie. Według Becketta racje żywnościowe, nawet bez napojów, były dowodem w sprawie i mogły być zakażona. Ostatecznie skończyło się na tym, że oddałam kilka sztuk do analizy, a resztę upchałam w swojej lodówce.
Skierowałam się w stronę telewizora, licząc na to, że pozostali samobójcy odsypiają. Niestety zastałam Owena rozwalonego na kanapie. Oglądał powtórkę porannych wiadomości na kanale informacyjnym. Mówiono oczywiście o naszej nocnej misji, później jednak przeszli do zakażonej żywności. Hurtownia została zamknięta, a jej właściciel oraz cały zarząd zatrzymani na czterdzieści osiem godzin. Kilkudziesięciu funkcjonariuszy przeszukiwało budynki należące do hurtowni. Moim zdaniem było to bezcelowe. Atak był raczej wymierzony bezpośrednio w Zombie Walk.
- Jak ci minęła misja? – spytał Owen, gdy wreszcie mnie zauważył.
- Średnio – odpowiedziałam, siadając obok niego. -  Musiałam robić za posłańca.
- Nie narzekaj. Hunter chyba zapomniał się umyć, więc miałem gorzej.
- A myślałam, że tylko ja to czuję.
- Ciężko nie czuć takiego smrodu, nawet zombiaki trzymały się od niego z daleka – zaśmiał się.
- Serio? – prawie zakrztusiłam się kanapką.
- No przecież jaja sobie robię. Wątpię żeby truposze nas omijały akurat przez smród Huntera. Ciekawi mnie jednak, dlaczego akurat dzisiaj nas olały.
Wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. Natychmiast poderwałam się z kanapy i wybiegłam ze świetlicy.
- Mogę się poczęstować? – spytał Owen pokazując na półmisek z kanapkami.
- Tylko, kurwa, spróbuj – zagroziłam, po czym ruszyłam na korytarz.
Dotarcie do laboratorium zajęło mi tylko chwilę. Trudniej było znaleźć Dextera. W końcu odnalazłam go w pracowni, w której badał bliżej nieokreśloną breję.
- O, Revcia. Co cię do mnie sprowadza? – spytał.
- Smród Huntera odstrasza zombie! – niemal wykrzyczałam.
- Nie ładnie tak obgadywać współpracowników.
- Mówię serio – oburzyłam się. – Słuchaj Dex, on cały czas wydziela z siebie taki lekki odorek, a podczas misji to nawet nie mogę się do niego zbliżyć na pięć metrów, bo zaczynam mdleć. Oczywiście tylko ja to czuję, do tego przed chwilą Owen powiedział mi, że przez całą misję zombiaki trzymały się od nich z daleka.
- Dobra, przyjrzę się temu w wolnej chwili, ale teraz już sobie idź.
- A co ty właściwie robisz?
- Badam umarlaka, którego mi wcześniej złapałaś. Już tylko tyle z tego biedaka zostało – westchnął.
- Czekaj, mam jeszcze jeden pomysł.
- Tylko się streszczaj – odpowiedział poirytowany.
- Podczas misji za pomocą węchu byłam w stanie wyczuć w napojach wirusa. Zastanawiam się, czy nie można by wykorzystać w ten sposób specjalnie szkolonych psów. Skoro potrafią wykrywać narkotyki, to może dadzą radę wywąchać wirusa Z.
- To akurat ciekawe. Po raz kolejny udowodniłaś, że nawet największy przygłup może mieć czasem dobry pomysł – zaśmiał się. -  Ale na serio, wynoś się już!
Powstrzymując chęć mordu, posłusznie wyszłam z laboratorium. Szybkim krokiem wróciłam do świetlicy. Owena już nie było. Zastałam jedynie pusty talerz…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.