7 marca 2016

Można Skisnąć

Po raz kolejny zerknęłam na naszą główną bramę. Głośno westchnęłam i upiłam spory łyk kakao, które zaparzyłam w proporcjach jeden do jednego, czyli po prostu pół kubka proszku na pół kubka mleka. Nie jestem w stanie zaakceptować tego napoju, jeśli przed podgrzaniem nie da się postawić w nim łyżki na sztorc. Szkoda, że nie miałam do niego pianek, ale nie byłam na to przygotowana. W końcu nie ta pora roku. Dostałam małe opakowanie od Helen, której znajoma z Brazylii przysłała chyba z 10 kilogramów, a mieszanka była pierwszorzędna i cholernie słodka. Wracając do tematu…
Od pół godziny siedziałam na parapecie i obserwowałam sporą demonstrację pod naszą agencją. Byli to oczywiście pseudo-obrońcy praw człowieka. Zaczęło się od tego, że po wyemitowanym materiale z naszej misji nie spodobało im się, jak bez żadnych ceregieli zabijamy zombie, które w końcu też są ludźmi, tylko że chorymi. Na nic zdały się tłumaczenia, że zombifikacji nie da się odwrócić w żaden sposób. Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy w jakimś artykule pojawiła się informacja o tym, że naukowcy W.A.D.A.Z szukają nowych sposobów obrony, eksperymentując na złapanych zombiakach. Właśnie wtedy rozpętało się małe piekło w mediach społecznościowych i choć wszystko zajeżdżało sporym bólem dupy, to powstał nowy ruch pro-zombie, a teraz trwała właśnie pierwsza demonstracja, która nie mogła odbyć się gdzie indziej, jak pod siedzibą stołecznej jednostki. Akurat teraz około dwustu osób z transparentami, ku uciesze trzech stacji telewizyjnych, których stojące pod ogrodzeniem wozy akurat rozpoznałam, wydzierało się pod naszą bramą i jak na razie, skutecznie opierało się policji. Jakby się nad tym zastanowić, to podobna sytuacja miała miejsce w tym anime o cyckach i zombie, które oglądaliśmy dwa miesiące temu. Wtedy nie sądziłam jednak, że ludzie serio mogą być tacy głupi.
Gdy tak siedziałam i rozmyślałam nad przyszłością, oraz niechybną zgubą tego kraju, do mojego pokoju, jak zwykle bez pukania, wszedł Jacks.
- Chodź, zrobimy coś głupiego – powiedział, sugestywnie pokazując trzymaną w dłoni maczetę.
- No co ty, nie chce mi się – odparłam.
- No weź, dostaniesz ciasteczko – zachęcił.
- A co ja pies, żeby mnie nagradzać ciastkami?! – oburzyłam się.
- Dobra, postawię ci obiad w KFC.
Dopiłam kakao i wysłuchałam jego pomysłu. Był niesamowicie głupi, ale nieszkodliwy, więc się zgodziłam. Darmowy obiad w końcu jest tego wart.

Nieśpiesznym krokiem skierowaliśmy się z Jacksem w stronę bramy. Demonstranci nie zwrócili na mężczyznę uwagi, jednak mnie od razu rozpoznali, w końcu zdążyłam już udzielić trzech wywiadów. Od razu w moim kierunku posypały się obelgi typu: „Morderczyni”, „Jak możesz zabijać sobie podobnych?”, „Ty też jesteś zombie szmato, pamiętaj o tym”.
- Ludzie, przestańcie! – wrzasnęłam. – Od tych komentarzy aż ręce opadają – potrząsnęłam ramionami i w tym momencie z moich rękawów wypadły zawczasu odcięte dłonie i z charakterystycznym plaśnięciem uderzyły o ziemię.
Rozległy się krzyki przerażenia, a my z Jacksem zaczęliśmy się histerycznie śmiać. Poprosiłam go, aby pomógł mi przyczepić ręce na miejsce. Podniósł je z ziemi i delikatnie przytknął jedną z nich do mojego nadgarstka, po chwili puścił, gdy kości się połączyły. Nagle mężczyzna uśmiechnął się szatańsko.
- Na znak pokoju podajmy sobie dłonie! – wrzasnął, po czym rzucił w tłum moją odciętą kończyną.
Wśród demonstrantów rozpętało się piekło. Kilkanaście osób uciekło, a jedna dziewczyna nawet zemdlała. Komuś moja dłoń wplątała się we włosy. Jak już udało się mu ją wyrzucić, to ostatecznie straciłam ją z oczu.
- Zgłupiałeś?! Teraz już jej nie odzyskam – opieprzyłam go.
- Oj tam, oj tam. Wyhodujesz sobie drugą – zbył mnie. – Chodźmy do budynku.
Westchnęłam. Wśród protestujących zdążył już zapanować względny spokój. Przestali panikować, a zaczęli wyzywać nas od psychopatów. Gdy miałam już sobie iść, rozległ się alarm.
- Po prostu zajebiście – mruknęłam. – Teraz koniecznie muszę odzyskać tę ręką.
- Ale chyba nie masz zamiaru rzucać się w ten tłum? – spytał się Jacks.
- Gdzie tam, jeszcze bardziej by mnie uszkodzili.
- To może weź ją jakoś tu przyciągnij – zaproponował. – Słyszałem, że potrafisz poruszać oderwanymi kończynami na odległość.
- No niby potrafię, ale zwykle są to nieznaczne i dość ograniczone ruchy – odpowiedziałam. -  Właściwie, to mogę spróbować, gorzej już i tak nie będzie.
Skupiłam się i starałam ogarnąć, gdzie znajduje się moja dłoń. Niby coś tam odczuwałam, jednak nie byłam pewna co. Po jakiś pięciu minutach w końcu ją zobaczyłam. Powoli czołgała się między nogami demonstrantów. Była coraz bliżej. W pewnym momencie na sekundę się zatrzymała, po czym ruszyła w złym kierunku. Wysiliłam się mocniej i obróciłam ją w dobrą stronę. Szło powoli, ale było dobrze. Starałam się ją przyśpieszyć, jednak nie miałam pojęcia jak. W pewnym momencie tłum znowu zobaczył upiorną rękę. Wybuchła kolejna panika. Los mojej dłoni wydawał się przesądzony. Wtedy ku mojemu zaskoczeniu stanęła na palcach i zaczęła szybko wędrować w moją stronę. Gdy tylko przedostała się przez bramę, podbiegłam do niej i przyczepiłam na miejsce.
- O kurde, świetnie ci poszło – powiedział zgięty w pół ze śmiechy Jacks. – Gdy będą kręcić kolejny remake Rodziny Addamsów, nie zapomnij zgłosić się na casting do roli Rąsi – niemal zakrztusił się przy tych słowach.
- Dobra, chodźmy już – zbyłam go. – Zmarnowaliśmy już dość czasu.
- A wyobraź sobie takiego skilla – zagadał po chwili. – Wróg ucieka, a ty nie masz szansy go dogonić, ucinasz więc rękę, rzucasz nią, a ona łapie go za nogi i wywraca. Albo nie, mam lepszy pomysł. Rzucasz mu na kark, a dłoń zaczyna go dusić.
- Pomyślę o tym – uśmiechnęłam się.

Ubrałam się tak szybko, jak tylko się dało. Zbiegłam do garażu, potykając się po drodze o własne nogi. W końcu udało mi się dotrzeć na miejsce bez żadnego poważnego uszczerbku na zdrowiu. Skierowałam się w stronę samobójców i wtedy dotarł do mnie okropny smród. Był tak nieprzyjemny i ostry, że niemal mnie oślepił. Po chwili wiedziałam już, że to Hunter tak pachnie. W ciągu tych dwóch tygodni zauważyłam, że mężczyzna zawsze wydzielał woń, która nieprzyjemna była tylko dla mnie, jednak tym razem była z dwadzieścia razy silniejsza. Zaczęło mnie drapać w gardle i poważnie się rozkaszlałam. Czułam, że zaraz zemdleję.
- Co tak długo? – spytał Jeremi.
- Miałam problem ze skompletowaniem sprzętu – odparłam z trudem.
- Wszystko w porządku? – zmartwił się.
- Nie wiem, chyba tak.
Naciągnęłam na twarz chustę i kaszel po chwili ustąpił. Odór nadal był jednak nieznośnie wyczuwalny. Gdy walczyłam jeszcze z zawrotami głowy, reszta załogi wpakowała się do samochodów. Mój pech oczywiście i tym razem dał o sobie znać, jedyne wolne miejsce było w wozie, w którym siedział Hunter. Zrezygnowana podeszłam do drugiego Jeepa.
- Phili, zrobisz coś dla mnie? – spytałam niewinnie.
- Co tylko zechcesz skarbie – uśmiechnął się.
- To zamień się ze mną miejscami i pójdź do drugiego wozu – poprosiłam.
- Dlaczego? – zdziwił się.
- Po prostu to zrób – westchnęłam.
Mężczyzna nieśpiesznie chwycił swój sprzęt i wygramolił się z samochodu. Natychmiast zajęłam jego miejsce. Szybko zamknęłam drzwi i poprosiłam Owena, który prowadził, żeby podkręcił klimatyzację. Musiałam jak najszybciej pozbyć się tego smrodu z mojego nosa. Gdy wyjechaliśmy z garażu, pojawił się kolejny problem. Pod bramą wciąż trwała demonstracja. Policjanci, mimo pomocy pracowników W.A.D.A.Z, nadal nie uporali się z tłumem, który pod żadnym pozorem nie chciał nas przepuścić. Walczyli właśnie o życie kolejnych zombie.
- Nosz do kurwy nędzy – wrzasnęłam.
Byłam już na maxa rozdrażniona. Wysiadłam z samochodu, wyszarpnęłam z kabury glocka po czym strzeliłam w powietrze. Tłum na chwile zamilkł, jednak za chwilę znowu zaczął wyzywać nas od morderców. Kolejną kulkę posłałam jakieś dziesięć metrów nad ich głowami, dziurawiąc przy okazji niczemu winny billboard z reklamą bielizny.
- Trzeciego ostrzeżenia nie będzie – krzyknęłam.
Jakby na potwierdzenie moich słów, z karabinami w ręku wysiedli pozostali samobójcy. Demonstranci momentalnie wzięli nogi za pas. Zadowolona z siebie z powrotem wsiadłam do Jeepa.
- To tyle, jeśli chodzi o humanitarne metody – mruknęłam.

Po niecałej godzinie dotarliśmy na miejsce. Przez tę całą awanturę z demonstracją zmarnowaliśmy ponad pół godziny, a to mogło kosztować kogoś życie.
 Po całej tej hecy z odciętymi dłońmi na szczęście zostały mi już tylko bladoróżowe pręgi na nadgarstkach. Spokojnie mogłam ruszyć do akcji. Powoli rozkładaliśmy nasz sprzęt pod klasztorem, który został zaatakowany.
Misja była z gatunku tych dziwnych. W katakumbach, znajdujących się pod świątynią, grasowało około setki zombie. Całe szczęście mnich, który oprowadzał dziś pierwszą grupę turystów, wykazał się niezwykłym refleksem. Gdy otwierał drzwi, zauważył kilkadziesiąt postaci snujących się po podziemiach. Natychmiast z impetem zatrzasnął drzwi i jeszcze, dla pewności, wraz z gośćmi zastawił je kredensem, który stał przy schodach. Kiedy rozmawiał z agentami, przyznał, że zareagował tak tylko dlatego, że w ostatnim czasie w mediach dużo mówiło się o zombie. Jeszcze trzy tygodnie temu, po prostu zszedłby do katakumb sprawdzić co się dzieje.
Zwiadowcy właśnie skończyli swoją robotę. Nie mogli zrobić zbyt wiele. Na początek wyrąbali niewielką dziurę w drzwiach, za co zresztą dostali opiernicz, gdyż pochodziły one z XVIII wieku. Coś czuję, że szykuję się powtórka z misji na tym cholernym, zabytkowym cmentarzu.
Przez powstały otwór agenci wpuścili drona, którego jednak chwilę później zeżarł jakiś mutant, w efekcie czego posiadaliśmy tylko obraz z pierwszych kilkudziesięciu metrów. Nagrania z monitoringu pomogły za to ustalić, że w podziemiach znajduje się ponad setka zombie, włączając w to kilku zakonników, którzy pilnowali klasztoru w nocy. Odkąd istnienie truposzy wyszło na jaw, ludzie za nie odpowiadający wychodzili ze skóry, aby przeprowadzać coraz to bardziej oryginalne ataki.
Każdy dostał na palmtopa mapę katakumb z zaznaczonymi ewentualnymi niebezpiecznymi miejscami. Tym razem nie mieliśmy kogo ratować. Wystarczyło wytłuc zombiaki. Po szybkim ustaleniu taktyki, zeszliśmy do podziemi. Tym razem miałam pracować razem z Jeremim. Pojawił się jeden mały problem, korytarz w katakumbach był dość wąski i rozgałęział się dopiero po stu metrach, więc przez jakiś czas byłabym narażona na dość bliski kontakt ze zjełczałym smrodem Huntera. Do tej pory trzymałam się od niego jak najdalej, jednak zaraz mieliśmy ruszyć do akcji. Wtedy przypomniał mi się pewien dziwny film akcji, oraz scena, gdzie główny bohater łaził po kanałach. Wzięłam od Owena jednego papierosa. Złamałam go na pół i zatkałam nim dziurki w nosie, po czym naciągnęłam chustę na twarz.
- A tobie co? – spytał zdziwiony Owen.
- Znowu zapomniałeś się umyć, czarnuchu – odpowiedziałam spokojnie.
- Tak pachnie prawdziwy mężczyzna – odparł, po czym wymownie powąchał się pod pachą. – Od kiedy jesteś taka wrażliwa na zapach?
- Mniej więcej od kiedy jestem zombie.
Po około dziesięciu minutach Jeremi zebrał naszą grupę i zaprowadził do kaplicy. Idąc w pobliżu Huntera już nie czułam tego smrodu aż tak intensywnie, mimo to miałam wrażenie, że zaraz zakisną mi wszystkie receptory węchowe.
Zatrzymaliśmy się przy schodach. Na polecenie Jerrego Jacks zszedł na dół. Spojrzał przez wyrąbaną dziurę w drzwiach, po czym odryglował je. Wyszarpnął granat zapalający, wrzucił go o katakumb, po czym zatrzasnął drzwi i na wszelki wypadek uciekł na górę. Usłyszeliśmy stłumiony huk przypominający syknięcie. Wybuchł był dość słaby, ale powstała kula ognia wystarczyła aby oczyścić nam pierwsze metry tunelu. Zeszliśmy do podziemi. Początek przejścia był usłany zwęglonymi ciałami zombie. Na wszelki wypadek dobiliśmy te mniej sponiewierane. Kiedy rozproszyliśmy się po korytarzu, aby nie wchodzić sobie w drogę, usłyszałam za nami odgłos zamykanych drzwi. Ktoś na wszelki wypadek postanowił zaryglować jedyne wyjście z katakumb. Wzruszyłam ramionami i zaczęłam się modlić, aby Hunter nie poszedł w tym samym kierunku co ja.

Misja była naprawdę prosta. Korytarze katakumb były wąskie, jednak nie na tyle, by ograniczać nasze ruchy. Po prostu szliśmy przed siebie i strzelaliśmy do zombie. Nawet jeszcze nie do końca przeszkoleni rekruci nie mieliby problemu z tym zadaniem. Pochodziliśmy po tunelach przez dwie godziny, sprawdziliśmy każdy zakamarek, po czym bez problemu wyszliśmy z podziemi. O wiele gorsze zadanie miała spalarka. Nie mogli na dole użyć miotaczy ognia, bo w końcu katakumby były zabytkiem, który i tak samobójcy zdążyli nieźle wymaltretować. Biedni agenci musieli wszystkie umarlaki wynieść na plac przed klasztorem. My natomiast spakowaliśmy się tak szybko, jak się dało i odjechaliśmy zanim jakiś zakonnik zdążył nas dopaść z pretensjami o podziurawione ściany i trzy rozwalone sarkofagi.
Wróciliśmy jeszcze przed zmrokiem, dlatego zarządziliśmy kolejny wieczór filmowy. Tym razem filmami miał się zająć Hunter, któremu pozwoliliśmy zadecydować o tym co będziemy oglądać. Padło na maraton Gwiezdnych Wojen. Nie wszyscy byli zachwyceni, bo każdy z nas był już obeznany z tą sagą, jednak klasyki należy szanować.
Zgodnie z umową zebraliśmy się w świetlicy o dziewiętnastej. Wyciągnęliśmy przekąski z naszego barku i zupełnie jak małe dzieci, ułożyliśmy sobie na podłodze poduszki, żeby było nam wygodnie. Wszyscy byli już gotowi na seans. Huntera jednak ani śladu. W końcu pojawił się dwadzieścia minut po czasie.
- Lepiej późno niż później – skomentowała wkurzona Jessica.
- Chyba był taki film – wtrącił Owen. – Z tego co pamiętam o menopauzie…
- Zamknij się! – wrzasnęła Jess. – Ohyda.
- No, ale przecież każdą kobietę to w końcu czeka – kontynuował.
- Owen! Weź wyjdź z tym!
- Jakby się zastanowić to Reva właściwie już ma menopauzę…
- Zaraz mu przypierdolę – wycedziła przez zęby.
- Jessi, naćpałaś się czy po prostu masz PMS? - spytał z troską Philip.
- Tak – odpowiedziała, po czym się rozpłakała.
- No i wszystko jasne – westchnęłam. – A tak w ogóle, to nie mam menopauzy, tylko po prostu nie żyję – postanowiłam sprostować wypowiedź Owena.
Hunter załadował film i usiadł koło nas. Już nie śmierdział tak, jak wcześniej. Najwyraźniej wziął prysznic po misji. Zauważyłam, że Phili wciąż przytula chlipiącą Jessicę. Postanowiłam się poświęcić i rzuciłam w nich tabliczką czekolady, którą skitrałam dla siebie. Jess chwyciła ją w locie i, gdy tylko zajęła swoje usta żuciem, momentalnie przestała ryczeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.