18 kwietnia 2016

Się Zjebało

Co się stało? Gdzie ja jestem, a przede wszystkim, kim jestem?
Strasznie szumiało mi w głowie, ale pamięć powoli zaczęła wracać. Ostatnio załatwiłam się tak na studiach, gdy na jakiejś imprezie zapaliłam doprawionego skręta. Wtedy byłam jeszcze normalna… Ano właśnie, jestem zombie i chyba zostałam porwana… Przypomniałam sobie wszystkie ważniejsze szczegóły, a luki w pamięci powoli się wypełniały.
Delikatnie otworzyłam oczy, nie dając po sobie poznać, że się obudziłam. Znajdowałam się w jakimś jasnym miejscu, a sądząc po zapachu różnych odczynników, było to laboratorium. Byłam przykuta do ściany i nie miałam na sobie nic, prócz majtek, które najpewniej zostawił mi jakiś strażnik moralności. Ze zwieszoną głową niewiele mogłam zobaczyć, skupiłam się więc na zapachach i odgłosach. W pomieszczeniu znajdowało się mnóstwo osób. Rozmowy toczyły się głównie po angielsku, chodź wyłowiłam też sporo słów z nieznanym mi języku, który jednak bardzo kojarzył mi się z łaciną. Nagle usłyszałam odgłos ciężkich butów, ich właściciel kierował się w moją stronę. Zarejestrowałam jeszcze szczęk krat, chwilę później oberwałam w twarz. To tyle, jeśli chodzi o pozorowanie nieprzytomności.
Stanęłam ostrożnie na nogach. Na rozruszanie dostałam kolejny cios w twarz. Podniosłam głowę i wyplułam ząb. Jeden z naukowców natychmiast podniósł go i zamknął w probówce. Chciałam zetrzeć krew z twarzy, jednak metalowe kajdany skutecznie mi to utrudniły. Zaczęłam analizować swoją sytuację. Znajdowałam się po środku ogromnego laboratorium, oddzielona grubymi kratami wmurowanymi w podłogę i sufit. Naukowcy bez problemu mogli mi się przyglądać z każdego stanowiska. W pracowni znajdowało się kilkadziesiąt osób, w tym ponad dziesięciu strażników. Starałam się ułożyć w głowie plan ucieczki, jednak moje położenie było więcej niż beznadziejne. Nie wiedziałam nawet gdzie znajduje się wyjście z pomieszczenia.
Do klatki wszedł naukowiec w towarzystwie jednego ze strażników. Syknął, że mam być spokojna, po czym zaczął mnie badać. Przyglądałam się temu z obojętną miną. W końcu jego dotyk zaczął mnie irytować coraz bardziej. Wykorzystałam odpowiedni moment i uderzyłam go z główki w nos. Może nie było to zbyt mądre, ale za to jakie satysfakcjonujące. Mężczyzna upadł nieprzytomny, a w moim kierunku rzucił się ochroniarz. Wykonując nogą wymach, który zrobiłby wrażenie na niejednej cheerleaderce, kopnęłam go w twarz. Opuściłam stopę i wykorzystując pęd ponownie ją poderwałam, po czym z całej siły przywaliłam łydką w rodowe klejnoty agresora. Nie zdążył mnie nawet dotknąć, a już leżał na ziemi i zwijał się z bólu. Rao byłby ze mnie dumny. Z muru za mną trysnęły kłęby żółtego dymu. Gdy traciłam przytomność, z uśmiechem przyglądałam się moim ofiarom. Zdecydowanie było warto.

Tym razem odzyskałam pamięć w ciągu kilkunastu sekund po przebudzeniu. Jęknęłam i z trudem stanęłam na nogach. Po mojej lewej stał ochroniarz, który wydawał się nie zwracać na mnie uwagi. Zaczęłam się rozglądać po laboratorium. Nie miałam pojęcia ile czasu byłam nieprzytomna, nie mogło być to jednak więcej niż kilka godzin. Pracownia nadal była pełna ludzi. Gdy w tłumie dostrzegłam strażnika, którego pozbawiłam ewentualnego przyszłego potomstwa, mimowolnie uśmiechnęłam się. Mężczyzna miał opatrunek na nosie i chodził szeroko rozstawiając nogi. Kiedy spostrzegł, że patrzę w jego kierunku, posłał mi wściekłe spojrzenie. Zaśmiałam się cicho, zdecydowanie było warto.
Powróciłam do rozmyślań nad planem ucieczki. Fakt, że za moimi plecami znajdują się dysze, z których wydobywa się ten śmierdzący dym, wcale nie podniósł mnie na duchu. Zaczęłam się przyglądać swoim kajdanom. Były zespawane bezpośrednio na moich nadgarstkach, nie dało ich się zdjąć. Solidne łańcuchy miały jakieś dwadzieścia centymetrów długości i były wmurowane w ścianę. Najłatwiejszym rozwiązaniem było po prostu rozerwać ogniwa. Mimo, że były one solidnie zespolone, miałam spore szanse, posiadałam w końcu siłę zombie. Zacisnęłam palce na jednym z łańcuchów i pociągnęłam na próbę, wtedy stojący obok ochroniarz przełożył przez kraty metalową pałkę i poraził mnie prądem. Na kilka sekund bezwładnie zawisłam na kajdanach.
- Nie próbuj tego po raz kolejny! – wrzasnął mężczyzna, gdy z trudem wróciłam już do pozycji stojącej.
Najwyraźniej ktoś dokładnie doniósł im o moich umiejętnościach oraz słabościach, a tym kimś był zapewne Hunter. Mam nadzieję, że reszta samobójców odkryła, że jest zdrajcą. Jerry na pewno zauważył, w końcu jest najbardziej ogarnięty z nas wszystkich. Nie takiej możliwości, aby nie dostrzegli jego związku z moim zniknięciem. Nietrudno powiązać zapach Huntera ze smrodem tego dziwnego, żółtego dymu, zwłaszcza w takim natężeniu. Przynajmniej już wiem dlaczego mężczyzna tak cuchnął. Ten debil po prostu bał się ataku zombie, i narażając swoje zadania, pryskał się tym śmierdzidłem przed każdą misją. Możliwe, że nawet nie potrafił zbytnio walczyć. Cuchnący dym mógł się okazać wynalazkiem, który zrewolucjonizuje sposób walki z zombie. Niestety tym gorzej dla mnie…
 Po jakimś czasem, gdy już z nudów wymieniałam w myślach nazwy wszystkich stanów w kolejności alfabetycznej, uczucie głodu stało się tak irytujące, że w końcu postanowiłam upomnieć o jakieś jedzenie.
- Jestem głodna – powiedziałam do pilnującego mnie mężczyzny.
- I co mam niby z tym zrobić? – uśmiechnął się szyderczo.
- Głodna jestem! – Tym razem wydarłam się na całe laboratorium. -  Jeść mi się chcę i nie zamknę się dopóki czegoś nie dostanę! – dodałam, gdy zauważyłam, że wszyscy nadal mnie ignorują.
Po około dziesięciu minutach wydzierania się, gdy w desperacji zaczęłam nawet śpiewać jedną z moich ulubionych przyśpiewek wojskowych, która traktowała o żołnierzach wziętych do niewoli, w końcu mieli dość mojego wycia. Pod kratami pojawił się naukowiec ze sporą kanapką, która wyglądała, jakby została zrobiona przez czyjąś kochającą żonę. Ostrzegł, że mam nie robić głupot, bo to moja ostatnia szansa i, pod czujnym okiem strażnika, wszedł do klatki. Dwa razy nie trzeba mi było powtarzać. Momentalnie rzuciłam się na rękę, która trzymała kanapkę. Pochłonęłam posiłek w niecałą minutę. Z rozpędu wylizałam nawet palce z majonezu, ich właściciel nie był z tego powodu zadowolony, ale dzielnie to zniósł. Pędem opuścił moje więzienie i zatrzasnął drzwi. Gdy wracał na swoje stanowisko, cały czas trzymał się za wylizaną dłoń i miał minę jakby go ktoś co najmniej zgwałcił. Zaśmiałam się w duchu i wróciłam do wymieniania nazw stanów, tym razem w kolejności odwrotnie alfabetycznej.

Musiało być już późno w nocy. Laboratorium opustoszało, a światła zostały w większości pogaszone. W pomieszczeniu zostało jedynie dwóch strażników, którzy mnie pilnowali. Oczywiście, jak zwykle miałam problemy z zaśnięciem, a fakt, że stałam przykuta do ściany, wcale mi nie pomagał. Jedyną moją rozrywką było przysłuchiwanie się rozmowie ochroniarzy, którzy bez skrępowania rozmawiali o tym, że nowa pracownica laboratorium ma zajebisty tyłek. Miałam nadzieję, że może przypadkiem usłyszę od nich coś, co będzie dla mnie użyteczną informacją. Niestety na razie uraczyli mnie jedynie iście poetyckimi opisami dupy młodej laborantki. Niektóre z nich się nawet rymowały.
Po jakiejś godzinie wreszcie postanowili się zamknąć. Jeden z nich, bez żadnych ceregieli oznajmił, że musi iść się odlać. Dyskretnie zaczęłam podążać za nim wzrokiem, właśnie tym sposobem dowiedziałam się, gdzie prawdopodobnie znajduje się wyjście. Drugi ze strażników spojrzał na mnie od niechcenia, po czym skierował się w stronę ekspresu do kawy, który znajdował się pod przeciwległą ścianą. Jeśli miałam kiedykolwiek uciekać, to właśnie teraz.
Musiałam działać szybko. Owinęłam łańcuchy na nadgarstkach i zaczęłam ciągnąć. Moje kości nieciekawie chrupnęły, jednak kajdany ustąpiły po paru sekundach. Ochroniarz zauważył co się dzieje dopiero gdy zaczęłam wyłamywać zamek w drzwiach. Nie zdążył jednak zareagować. Dopadł mnie w momencie, gdy udało mi się już otworzyć klatkę. Schyliłam się, unikając jego ataku i podcięłam mu nogi, powalając na ziemię. Odkopnęłam pałkę, która wypadła mu z rąk i nadepnęłam na jego dłoń, która właśnie sięgała po pistolet, mimo tego, że nie miałam butów, musiało go zaboleć. Wykorzystując fakt, że ból chwilowo go obezwładnił, chwyciłam go za szczękę i jednym ruchem skręciłam kark. Odetchnęłam z ulgą i postanowiłam szybko przeszukać ciało. Udało mi się znaleźć przepustkę, która zapewne otwierała niejedne drzwi w tym budynku. Zabrałam też jego pałkę i pistolet, magazynek był na szczęście pełny. Skoro facet robi sobie kawę pilnując zombie, lepiej na wszelki wypadek sprawdzić, czy nie miało miejsca więcej takich niezbyt inteligentnych epizodów. Nie zabrałam zapasowych pocisków, bo nie miałam ich nawet gdzie włożyć. Gdy miałam się skierować do wyjścia, powrócił pierwszy strażnik, który dopinał jeszcze rozporek. Spojrzał przerażony na zwłoki swojego przyjaciela, a ja wykorzystałam ten jego moment nieuwagi i rzuciłam się w jego kierunku. Zdzieliłam go przez łeb pałką, po czym poraziłam prądem. Jego ciało padło bezwładnie na podłogę. Możliwe, że dawka prądu była nawet śmiertelna.
Używając przepustki otworzyłam drzwi. Znalazłam się w słabo oświetlonym korytarzu i zupełnie nie miałam pojęcia w którą stronę mam się udać. Zaczęła zastanawiać się gdzie mogę natrafić na plan budynku. Ruszyłam przed siebie, cicho stawiając kroki i dokładnie się rozglądając. Nagle wszystkie światła się zapaliły, a drogę zagrodziło mi kilkunastu ochroniarzy.  Nie miałam nawet gdzie uciekać, zdecydowałam się więc po prostu zaatakować.
Rzuciłam się w ich stronę i jeszcze w biegu strzeliłam jednemu z przeciwników między oczy. Odbiłam się od ściany, wykonując unik i serią strzałów powaliłam kolejnych trzech napastników. Odrzuciłam bezużyteczny już pistolet i dzierżąc pałkę, niczym samuraj swój miecz, przywaliłam najbliższemu agresorowi w szczękę. Mężczyzna padł na ziemię nieprzytomny. Gdy z braku lepszych pomysłów zaczęłam się już modlić o cud, z dwóch urządzeń, przypominających gaśnice, wydobył się ten okropny, żółty dym. Starałam się go nie wdychać, jednak było to na nic. Zaczęłam się dusić i po chwili wylądowałam na kolanach. Było już tak blisko, ale oczywiście jak zwykle wszystko musiało się spierdolić. Gdy już traciłam przytomność pocieszał mnie fakt, że przynajmniej zabiłam kilku dupków.

Kiedy się obudziłam był już środek dnia, a laboratorium było pełne pracowników. Czułam się jeszcze gorzej niż poprzednio. Byłam skołowana i ledwo mogłam ustać na nogach. Nie miałam siły myśleć, a zwłaszcza planować kolejną ucieczkę. Przynajmniej nie miałam już problemów z pamięcią. Spostrzegłam, że zamek w drzwiach został wymieniony, a kajdany zastąpione innymi, krótszymi i zapewne wykonanymi z mocniejszego stopu. Byłam na siebie strasznie zła za to, że nie udało mi się uciec. Właściwie to miałam ochotę się nawet pochlastać, zapominając o tym, że przecież to na nic, bo nawet nie poczułabym tego bólu.
Gdy zaczęłam kaszleć, zwróciła na mnie uwagę młoda laborantka. Podeszła do mnie dokładnie mi się przyglądając, po czym zaczęła coś notować. Miała okulary w ostatnio modnych grubych, neonowych oprawkach, rude włosy i kolorowy naszyjnik dość mocno zwracający uwagę. Była wysoka i miała bardzo kobiecą figurę. Powoli zaczęłam kojarzyć fakty.
- A ja panią skądś znam – oświadczyłam bełkocząc jak pijana.
- Doprawdy? – spytała nie odrywając nosa od notatek.
- Tak, ci partacze z nocnej zmiany powiedzieli, że ma pani zajebistą dupę i że prawdopodobnie sypia pani z szefem – powiedziałam dość głośno.
W laboratorium rozległ się śmiech około setki osób, a młoda pani naukowiec zrobiła się cała czerwona, po czym odeszła od klatki z typowym kobiecym fuknięciem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.