12 czerwca 2016

Czy to Koniec?

Tkwiłam tu już chyba ponad miesiąc, jednak wydawało mi się, że minęły lata. W pierwszym tygodniu próbowałam uciec jeszcze dwa razy, potem było mi już wszystko jedno. Z każdym dniem czułam się gorzej. Coraz częściej zdarzało mi się tracić przytomność bez powodu. Codziennie poddawano mnie różnym badaniom i eksperymentom, nie stawiałam się, mogłam jedynie bezwładnie wisieć na kajdanach, bo nie miałam już nawet siły stać. Niewiele kojarzyłam z tych wydarzeń, wszystko powoli się zacierało. Miałam wrażenie, że umieram coraz bardziej. Czułam się jak prawdziwy trup.
Ludzie w laboratorium przestali zwracać na mnie uwagę, jedynie od czasu do czasu podchodzili i robili mi badania albo pobierali próbki. Cały ten czas zlał mi się w jedna wielką beznadzieję, a ja nie mogłam stwierdzić co i kiedy miało miejsce.
Był środek nocy, a ja jak zwykle wisiałam na łańcuchach i zastanawiałam się czy właśnie zasypiam, czy może raczej znowu mdleję. Obserwowałam otoczenie spod przymkniętych powiek. Dwójka strażników, zamiast mnie pilnować, siedziała przy jednym ze stołów i popijała kawę, gadając przy tym o głupotach. Robili już tak od dawna. Mimo, że po mojej pierwszej próbie ucieczki dostali ostry opierdol i surowe wytyczne co do tego jak ma wyglądać ich warta, to teraz nawet ja rozumiałam, że nie mam sensu mnie pilnować. Nie miałam siły nawet rozerwać kajdan, nie mówiąc już o walce.
W pewnym momencie włączyła się syrena alarmowa, jeden z ochroniarzy podskoczył i oblał się kawą, po czym zaklął i chyba wrzasnął coś o oparzonych jajkach. Zaczęłam przyglądać się temu wszystkiemu z zaciekawieniem. Po jakiś pięciu minutach alarm się wyłączył, jednak przeczucie mówiło mi, że zagrożenie wcale nie minęło. Usłyszałam jakieś hałasy na wyższym piętrze. Strażnicy nerwowo ściskali pistolety i celowali w wejście. Po chwili usłyszałam odgłosy ciężkich butów na korytarzu. Nim zdążyłam zrozumieć co się dzieje, ktoś otworzył drzwi z kopa. Pilnujący mnie mężczyźni natychmiast oberwali granatem hukowo-błyskowym. Zarejestrowałam kilka strzałów, a potem hałas upadających ciał.
Poczułam, że odzyskałam chęć walki. Natychmiast stanęłam nogi i zaczęłam ciągnąć za łańcuchy, niestety te jednak nie chciały ustąpić. W panującym w laboratorium półmroku cudem zauważyłam, że do środka weszli Jeremi i Rao. Westchnęłam z ulgą.
- Dobra, mam ją – powiedział Jerry do swojego komunikatora. – Reva, dzięki Bogu, wreszcie cię znaleźliśmy.
- Minęły prawie dwa miesiące, myślałam, że już o mnie zapomnieliście.
- Nie było cię niecałe dwa tygodnie – zaśmiał się. - Poza tym, jesteś naszym projektem Alice, nigdy byśmy cię nie zostawili.
- To było tak suche, że aż zachciało mi się pić – skomentował Rao.
- Zaraz cię stąd uwolnimy – Jeremi zaczął rozglądać.
- Klucz do klatki powinien mieć jeden ze strażników – podpowiedziałam. -  A kajdany są zespawane bezpośrednio na nadgarstkach, więc lepiej po prostu uciąć ręce.
Mężczyzna przetrzepał kieszenie obu ochroniarzy i w końcu znalazł pęk kluczy. Otworzył kraty i wszedł do środka.
- Ale Reva – zaczął niepewnie. -  Ty się nie leczysz. Jesteś cała poraniona, a niektóre rany wyglądają na stare.
Nie wiedziałam jak mam na to zareagować. Spojrzałam na swoje ramiona, potem na brzuch. Faktycznie całe moje ciało pokrywały rany oraz skrzepła krew. Z tego co pamiętałam, chyba sprawdzano jak reaguję na ból i jak szybko się leczę. Wydaje mi się, że robili to kilka razy, jednak ta ostatnia próba musiała pozostawić po sobie ślady.
- Niech nam ktoś przyniesie coś do cięcia metalu, tylko szybko – powiedział Rao do swojego komunikatora.
- Mamy na to czas? – spytałam.
- Spokojnie, opanowaliśmy całe laboratorium, nikt nie wejdzie ani nie wyjdzie bez naszej wiedzy i zgody.
- To dobrze – rzuciłam – To co teraz?
- Po prostu cię odetniemy i wyjdziemy.
Po jakiś dziesięciu ktoś przyniósł nam piłę do metalu. Jerry przejął narzędzie i przystąpił do znęcania się nad łańcuchami, które długo nie chciały puścić. W końcu byłam wolna. Zrobiłam parę kroków i upadłam. Nie miałam siły stać. Jeremi uklęknął przede mną, zdjął kurtkę i podkoszulkę, po czym podał mi ją. Z radością ją ubrałam. Jakoś nie miałam ochoty świecić gołą klatą przed tymi wszystkimi ludźmi.
- Jacks zapewne żałuje, że to nie on mnie znalazł – zażartowałam.
- Jacks nie żyje – odpowiedział Jeremi chłodnym tonem.
- Kto jeszcze? – spytałam.
- Reva, nie mamy na to czasu…
- Kto? – spytałam ostrzejszym tonem.
- Philip i Tony. Jessica i Owen trafili do szpitala, ale wyjdą z tego.
- Tak samo jak Rudy? – rzuciłam posępnym tonem.
- Owen już wrócił do jednostki. Miał jedynie przestrzeloną rękę i ukruszoną kość promieniową. Jessice pękła śledziona. Jest już po operacji, a lekarze mówią, że wyjdzie z tego.
- To dobrze – odetchnęłam z ulgą. – Co tam się właściwie stało?
- Opowiem ci później, teraz się po prostu wynośmy.
Ponownie spróbowałam wstać, jednak nogi nadal odmawiały posłuszeństwa. Nim zdążyłam zaprotestować, Jerry bezceremonialnie wziął mnie na ręce.
Wyszliśmy z laboratorium, które znajdowało się w piwnicy. Po drodze minęliśmy mnóstwo ludzi, którzy przyglądali mi się z zaciekawieniem. W końcu znaleźliśmy się na świeżym powietrzu. Mężczyzna posadził mnie na pace jednej z ciężarówek, po czym usiadł obok mnie.
- Chwila – zamyśliłam się. – W laboratorium mają substancję, która obezwładnia zombie. Myślisz, że agenci podczas przeszukania domyślą się, z czym mają do czynienia i odpowiednio ją zabezpieczą?
- Spokojnie, znaleźliśmy coś takiego w pokoju Huntera. Dex pewnie do tej pory nad tym siedzi.
- A więc domyśliliście się, że to on za tym wszystkim stał – stwierdziłam z ulgą. – Bałam się, że nigdy sami tego nie ogarniecie.
Przerwał nam Mołotow, który wręczył nam po piwie.
- Dobrze cię widzieć Młoda – stwierdził, po czym wrócił do swoich obowiązków.
- Bylibyśmy strasznie głupi, gdybyśmy tego nie pojęli – podjął Jerry.  – To on zastrzelił Philiego.
- Co tam się właściwie stało?
- To była pułapka, ewidentnie chcieli dorwać ciebie. Gdy krata opadła, usłyszeliśmy twój krzyk. Philip chciał ruszyć ci na pomoc, ale Hunter go zabił. Nie zdążyłem nic zrobić – zawiesił głos. – Strzeliłem do Huntera i właśnie wtedy zaczęło się piekło. Na terenie całego magazynu byli poukrywani ludzie. Musieli mieć coś, co blokowało nasze czujniki ruchu oraz termowizję. Rozpoczęła się strzelanina. Musieliśmy się wycofać. Gdy wróciliśmy, nie było po nich śladu, dopiero podczas przeszukania znaleźliśmy na zapleczu zejście do kanału, którym prawdopodobnie zwiali.
- Co z Hunterem?
- Przeżył, ale jest w śpiączce. Staramy się go wybudzić, żeby przeprowadzić przesłuchanie, jednak lekarze jak na razie nie dają mu szans.
- Jak mnie znaleźliście? – spytałam, po czym wzięłam kolejny łyk trunku.
- Zaangażowaliśmy wszystkich, którym mogliśmy zaufać. Hunter dał nam do zrozumienia, że możemy mieć groźnych szpiegów w szeregach. W innych jednostkach znaleziono jeszcze trzy osoby, które posiadały tą substancję odstraszającą zombie, ale do rzeczy. U jednego z tych zdrajców znaleziono jakąś luźną notatkę dotyczącą twojego porwania. Wywiad zaczął porównywać różne informacje i z tego wyszło, że musisz znajdować się gdzieś w Nowym Yorku. Przystąpiliśmy do szukania miejsc, które nadają się na potencjalną kryjówkę złoczyńców, i  rozbijając po drodze dwa gangi narkotykowe w końcu trafiliśmy tu. Zgarnęliśmy trzy oddziały antyterrorystów i wkroczyliśmy do akcji.
- No i fajnie – nie miałam pomysłu na lepszy komentarz.
- Powinniśmy się już zbierać – stwierdził Jerry, depcząc pustą już puszkę. – Chodź, w samochodzie mam dla ciebie kilka paczek kabanosów.
- Dzięki, ale nie jestem głodna.
- Co powiedziałaś?
- Nie jestem głodna – powtórzyłam zdziwiona.
- Słuchajcie ludzie! – krzyknął. – Musimy jak najszybciej wrócić do jednostki! Weźmiemy helikopter.
Mężczyzna złapał mnie za rękę, zaciągnął do maszyny i pomógł mi wsiąść. Czułam, że zaczyna mi się kręcić w głowie. Po chwili dołączył do nas Mołotow i już mogliśmy startować. Dla Rao niestety nie starczyło już miejsca.
- Spokojnie – zwrócił się do mnie Jeremi. -  Wrócimy do Waszyngtonu w niecałą godzinę, a tam przebada cię Dexter i już wszystko będzie dobrze.
- Nie przesadzasz trochę? – spytałam, po czym poczułam, że tracę przytomność.

Podczas lotu mój stan się pogorszył. Jeremi wniósł mnie do laboratorium i położył na stole, który przypominał ten, na którym dokonywano na mnie sekcji. Dex już na nas czekał. Od razu przystąpił do badania. W tym samym czasie inny pracownik rozcinał resztki kajdan na moich nadgarstkach. Niewiele kontaktowałam, ale powoli dochodziłam do siebie. Delikatnie uniosłam się na łokciach i rozejrzałam dookoła. Spostrzegłam, że chłopaki stoją zmartwieni pod ścianą, a Dexter bada próbkę krwi, którą nawet nie wiem kiedy pobrał.
- Musimy ją natychmiast zabrać do szpitala – oznajmił po chwili. – Wyjaśnię wam wszystko po drodze.

Przed wyjazdem zdążyłam się jeszcze szybko umyć w zlewie. Po jakiś dwudziestu minutach dotarliśmy na odział. Wszyscy pacjenci oraz część personelu zostali odprawieni. Aktualnie siedziałam na łóżku szpitalnym, gdzie jedna z pielęgniarek czyściła moje rany. W tym czasie Dexter na szybko modyfikował maszynę do przeprowadzania dializ. Lekarz zaczął marudzić, jednak Beckett, który z nami przyjechał, obiecał, że agencja sfinansuje zakup nowego sprzętu.
Z tego co zrozumiałam, w mojej krwi znajdowało się mnóstwo trucizny, która eliminowała wirusa. Siedliska wirusa nie nadążały z produkowaniem nowych, więc powoli umierałam. Naukowiec powiedział też, że to niemożliwe, żeby po samym wdychaniu środka taka duża ilość znalazła się we krwi, ktoś musiał mi to wstrzyknąć. Jeszcze góra dwa dni, a umarłabym do końca. Chłopaki znaleźli mnie w samą porę.
- Dobra, wszystko już gotowe – oznajmił Dex. – Maszyna przefiltruje krew i usunie większość trucizny, z resztą poradzi sobie organizm.
Pielęgniarka podpięła mnie do dializatora i maszyna poszła w ruch. Jedyne co mogę o tym powiedzieć, to to, że to bardzo dziwne uczucie. Czułam się coraz lepiej. Wszystkie rany zaczęły się już zasklepiać. Znowu byłam głodna, na szczęście Jeremi to przewidział i zabrał przygotowane dla mnie kabanosy. Swoją drogą to musiał być ciekawy widok. Maszyna buczy, z jednej ręki sterczą rury, a ja sobie wesoło wcinam kiełbaski. Ciekawe co na to sanepid...

W szpitalu siedzieliśmy ponad pięć godzin. Do bazy wróciliśmy koło południa. Chciałam wreszcie wziąć prysznic, jednak Dexter uparł się, że koniecznie musi przeprowadzić na mnie badania. Nie dawał się od tego odwieść. Twierdził, że to bardzo ważne. Chcąc nie chcąc, uczestniczyłam w kolejnej przyśpieszonej sekcji zwłok. Przynajmniej tym razem nie wycinał żeber. Pobrał kilkanaście próbek, wykonał nieznane mi badania i nareszcie skończył. Gdy czekałam aż skóra na klatce piersiowej się zrośnie, naukowiec kompletował notatki. Po chwili oświadczył, że trucizna wyrządziła nieodwracalne szkody w moim organizmie. O ile wcześniej mój czas zgonu można był określić na mniej niż pół godziny, to teraz wynosił on ponad półtorej. Dex powiedział wtedy jedynie, że jestem jeszcze bardziej zimną suką niż byłam. Na szczęście głębsze uśmiercenie mnie w żaden sposób nie wpłynęło na moją sprawność. Pojawiła się jednak obawa, że kolejne kontakty z trucizną mogą mnie zabijać coraz bardziej. Nie powiem, że mnie to nie zmartwiło. Mężczyzna na pocieszenie dodał, że moje włosy jeszcze nigdy nie były tak miękkie i gładkie, i że niejedna blond dziunia z kudłami zniszczonymi farbowaniem mogłaby mi ich zazdrościć. Zaczął nawet rozważać stworzenie odzywki do włosów, na bazie substancji odstraszającej zombie. Był pewny, że podbije rynek.

Wróciłam do siebie dopiero pod wieczór. Chciałam się najpierw zobaczyć z Owenem, lecz ten akurat był na rehabilitacji. Pierwszym co rzuciło mi się w oczy po wejściu do pokoju, była ogromna piramida ułożona z pudełek z moimi ulubionymi czekoladkami. Na samej górze znalazłam list.
„Nie wiem kiedy wrócisz, ale wiem, że wrócisz, więc zostawiam to tu. Gdy tylko wyszedłem ze szpitala Jessica zmusiła mnie do kupna tych cholernych czekoladek. Łaziłem przez kilka godzin po mieście i wykupiłem resztki zapasów z kilkudziesięciu marketów, w wielu już nie mieli. Zrobiłem to tylko dlatego, że sama nie mogłaś o to zadbać, a to przecież nie twoja wina, że cię porwali jacyś psychole. Tylko nie zeżryj wszystkiego od razu.”
Biedy Owen, nie dość, że ktoś go postrzelił, to jeszcze musiał biegać po całym mieście i targać ze sobą ponad trzydzieści pudełek z czekoladkami.
Uśmiechnęłam się i pognałam pod prysznic. Moczyłam się ponad godzinę zanim przestałam czuć się brudna. W końcu przebrałam się w piżamę i uwaliłam na łóżku. Po chwili zastanowienia jednak wstałam, ułożyłam pudełka pod ścianą i usiadłam do laptopa. Zaczęłam przeglądać maile. Od razu rzuciła mi się w oczy wiadomość od Tima, który dowiedział się o moim zniknięciu. Natychmiast mu odpisałam. Pod nawałem spamu trafiłam w końcu na mail od Jess, który wysłała jeszcze przed tą nieszczęsną misją. Zawierał on nasze zdjęcia z parady równości. Natychmiast pobrałam plik, chwyciłam jedną z bombonierek i zaczęłam przeglądać fotki. Jessica obfotografowała absolutnie wszystko. Zdjęcia przedstawiały nasze przygotowania, tę głupią sesję zdjęciową, nasze wygłupy na paradzie oraz lunch na zakończenie. Udało jej się nawet uchwycić minę Philiego, w chwili gdy koleś przebrany za seksorożca zaczął go podrywać. Nigdy nie zapomnę słów faceta  z penisem na głowie: „Wiesz, że jak potrzesz mój róg, to wytryśnie majonez? Może masz ochotę na kanapki z moim majonezem?” Jeszcze nigdy się tak bardzo nie uśmiałam.
Przeglądałam zdjęcia przez parę godzin, obejrzałam je po kilka razy. Czułam, że zbiera mi się na płacz. Niestety, jestem zombie, a zombie nie produkują łez. Jeszcze nigdy po śmierci żadnego z członków W.A.D.A.Z nie odczuwałam czegoś takiego. Zaczęłam mięknąć na stare lata? Na wszystkich szkoleniach wpajano nam, że nie można przywiązywać się do członków oddziału, jednak do Philipa nie dało się nie przywiązać.
Zmęczona tym wszystkim położyłam się do łóżka. W głowie po raz kolejny zaczęłam odtwarzać wspomnienia z tej nieszczęsnej parady równości. Byłam naprawdę wdzięczna Jessice, że namówiła nas ta tę głupotę. Mimo, że Phili złamał jedną z najświętszych zasad szanującego się homoseksualisty, to wszyscy bawiliśmy się cudownie. Jestem pewna, że wiele osób swój ostatni dzień chciałoby spędzić właśnie tak, po prostu bawiąc się z przyjaciółmi. Philip na pewno by tego chciał.
Dnia 6 kwietnia 2018 roku na zawsze pożegnaliśmy trójkę wspaniałych ludzi: dwudziestodziewięcioletniego Philipa Alongi, czterdziestotrzyletniego Jacksa Holdera i dwudziestosiedmioletniego Antonego Smitha. Wszyscy oddali swoje życie w służbie dla ludzkości. Zginęli z mojej winy a ja nawet nie mogłam być na ich pogrzebie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.