20 lipca 2016

Paranoi Ciąg Dalszy

Mój błogi sen przerwała pielęgniarka roznosząca poranne leki, która postanowiła mnie obudzić trzaskiem drzwi. W pierwszym odruchu chciałam sięgnąć po pistolet, który normalnie trzymałabym na szafce nocnej, zrozumiałam swój błąd dopiero, gdy nadziałam się dłonią na gwóźdź, który jakimś cudem wystawał z blatu. Było ledwie po szóstej, a ja już zdążyłam zaobserwować dwie rażące nieprawidłowości. Pierwszą był owy gwóźdź, który dla potencjalnego samobójcy mógł wydać się istnym darem od losu. Drugą rzeczą była kobieta, która właśnie wciskała mi do ręki kieliszek z tabletkami. Od razu nasunęło mi się dość oczywiste pytanie: Jakim cudem miałam już przepisane leki, skoro do tej pory nikt nie raczył mnie przebadać? Pielęgniarka oczywiście nie raczyła odpowiedzieć, zagroziła jedynie, że jeśli nie będę chciała dobrowolnie zażyć lekarstw, to poprosi o pomoc ochroniarzy. Niezbyt mnie to zdziwiło, w końcu, według Jeffreya, pracownica musiała być skorumpowana.
Wzięłam kieliszek i przyjrzałam się pigułkom. Nie wyglądały podejrzanie, choć właściwie nie miałam pojęcia, jak miałyby wyglądać podejrzane tabletki. Może powinny się dymić, ewentualnie fosforyzować radioaktynie? Doszłam do wniosku, że wszystko jedno. Jestem zombie, żadne leki, psychotropy, czy inne prochy nie miały na mnie żadnego wpływu.
Połknęłam lekarstwa praktycznie na sucho, ponieważ pielęgniarka nalała mi jedynie pół kieliszka wody i stanowczo odmówiła dolewki. Była to idealna ilość do zwilżenia języka, jednak na popicie leków już zabrakło. Kobieta wyrzuciła mój kubeczek do specjalnego pojemnika i ruszyła do kolejnej sali. Wychodząc poinformowała mnie jeszcze, że mam nie kłaść się spać, ponieważ przed siódmą przychodzi terapeutka i wtedy wszyscy pacjenci muszą być na nogach, jednocześnie zabroniła mi wcześniej wychodzić z pokoju.
Niechętnie zwlekłam się z łóżka, niezbyt starannie ułożyłam pościel i włożyłam na siebie spodnie, które nosiłam dzień wcześniej. Z braku lepszych pomysłów na spędzenie czasu, zaczęłam porządkować komodę z odzieżą. Wszystkie ciuchy miały wyraźne ślady używania, co niespecjalnie mnie zdziwiło, ale to, że co drugie ubranie posiadało dziury, ewidentnie po molach, już tak. Całą odzież niezdatną do noszenia wrzuciłam do dolnej szuflady, a w górnej zaczęłam układać to, co zostało. Koszulki trafiły na jedną kupkę, spodnie na drugą, a bielizna, której, o zgrozo, w całej wyprawce były jedynie dwie sztuki, do tego również używane, także została oddelegowana do odrzutów. Naprawdę cieszyłam się, że jestem zombie i do szczęścia wystarczą mi jedynie schludne majteczki, które miałam na sobie. Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, co na moim miejscu czułaby zwykła kobieta.
Moje rozmyślania przerwała terapeutka, która energicznie wpadła do mojej sali i zawołała mnie na korytarz. Posłusznie ruszyłam za nią. Pracownica chodziła od pokoju do pokoju, wywołując przy tym spore zamieszanie. Miałam chwilę, aby się jej przyjrzeć. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że typowa z niej artystka. Nie mogła mieć więcej niż czterdzieści lat. Była dość niska, drobna i zdecydowanie wyróżniała się w tym miejscu. Miała na sobie zielony fartuch jedynie narzucony na kolorową suknię, przypominającą modny worek. Jej wyglądu dopełniała duża, tandetna biżuteria i okulary w grubych, szarych oprawkach, ozdobionych kryształkami.
Na korytarzu zebrało się sporo ludzi, jednak według moich obliczeń była to ledwie połowa pacjentów. Właśnie zaczęła się poranna gimnastyka. Postanowiłam jedynie obserwować, ponieważ ćwiczenia prezentowane przez kobiecinę nie były godne nawet miana rozgrzewki, a poziomem odpowiadały schorowanym emerytom. Wprost idealny wybór, chociaż niektórzy zaćpani lekami pacjenci i tak mieli z tym problemy. Wszystko skończyło się w niecałe dziesięć minut. Większość osób udała się z przyborami toaletowymi pod łazienkę, którą powinni za chwilę otworzyć. Spojrzałam na ten tłum i zdecydowałam, że na chwilę obecną nie chce mi się stać w kolejce. Nie za bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić.
- McCartney do zabiegowego – usłyszałam głos sanitariusza.
Posłusznie się tam udałam. W środku czekała na mnie pielęgniarka, której wygląd natychmiast skojarzył mi się z typową, grubą Bertą. Idealnie pasowałaby do tych wszystkich kawałów o Niemkach. Ciekawe, czy rzeczywiście miała niemieckie pochodzenie…
- Siadaj – wskazała na krzesło stojące praktycznie na środku pomieszczenia. Jej głos idealnie współgrał z jej urodą.
Pielęgniarka postanowiła zacząć badania od założenia mi ciśnieniomierza. Miałam ochotę roześmiać się jej w twarz. Kobieta jednak nie skomentowała mojego ciśnienia charakterystycznego dla osobników martwych. Musiała wiedzieć, że jestem zombie. Później zacisnęła mi stazę na lewym ramieniu i  dość brutalnie wkuła się w moją żyłę. Całe szczęście, że nie mogłam poczuć tego bólu. Według moich obliczeń pobrała mi ponad litr. Berta przystąpiła do opisywania każdej próbki, a ja w tym czasie zaczęłam się zastanawiać, czy zwyczajny człowiek po utracie jednej piątej zapasów krwi nie odniósłby jakiegoś uszczerbku na zdrowiu.
Kobieta wyciągnęła z szuflady drewnianą szpatułkę, po czym kazała mi otworzyć usta. Wetknęła mi ją tak głęboko, że zaczęłam się obawiać, że zaraz przebije mi gardło na wylot. Po chwili wyrzuciła zużyty patyczek, a ja odetchnęłam z ulgą.
Pracownica zaczęła mi zadawać pytania typowe dla wywiadu medycznego, później kazała mi się całkowicie rozebrać. Najpierw mnie zważyła, a potem zaczęła mnie oglądać i macać w różnych dziwnych miejscach. Czułam się trochę jak ofiara molestowania. Wreszcie pozwoliła mi się ubrać i opuścić gabinet zabiegowy. To wszystko trwało tak długo, że zdążyła już nadejść pora śniadania.
W świetlicy kucharki właśnie rozdawały posiłki. Szybko odszukałam wzrokiem Jeffreya oraz Sashę, po czym przysiadłam się do nich. Dziś zaserwowano nam najzwyklejsze w świecie kanapki z szynką.
- Udław się głupia hipisko! – powiedziała Sasha, po czym ugryzła kanapkę.
- Robi to za każdym razem, gdy je mięso – wyjaśnił Jeff.
- W takim razie nie dziwię się, że Carmen chciała się zabić – stwierdziłam.
- Tylko bez takich, to ja jestem właścicielką tego ciała i  będę robić co mi się podoba – oburzyła się. – Chcesz tę kanapkę z sałatą? – spytała po chwili. -  Nie jadam zielska.
- Pewnie. Przyjmę wszystko, co jest jadalne – ucieszyłam się.
Nagle mój wzrok padł na blondynkę w różowym szlafroku, siedzącą na krześle pod ścianą. Dziewczyna w ogóle się nie poruszała, jedynie patrzyła przed siebie pustym wzrokiem. Sprawiała wrażenie pustej skorupy, z której dusza uleciała już dawno. Po chwili podszedł do niej pielęgniarz, spojrzał zrezygnowany na nietknięty posiłek, po czym chwycił ją za rękę i coś do niej powiedział. Pacjentka posłusznie wstała i poszła z nim. Jej ruchy były powolne i oszczędne, zupełnie jak u leniwca.
- Kto to? – spytałam.
- To Allysa, córka Caleba Winstona, tego bogacza. Kojarzysz go może?
- Chwila – zamyśliłam się. – To ten, co miał taki wystawny i kiczowaty ślub?
- Dokładnie ten.
- Rany, myślałam, że umrę ze śmiechu, gdy z koleżankami z liceum czytałyśmy artykuł o tym weselu. Podobno jego żona zażyczyła sobie nawet słoni.
- No właśnie. I to o nią tutaj chodzi – podjął opowieść Jeff. - Matka Allysy zmarła, gdy ta miała siedem lat, niedługo po tym jej ojciec ponownie się ożenił, ale ta kobieta była potworem. Nienawidziła Allysy, bo dziewczynka była oczkiem w głowie Caleba. Robiła co mogła, aby uprzykrzyć dziecku życie, ale oczywiście po cichu, żeby jej ojciec się nie dowiedział. Prawdziwie piekło zaczęło się, gdy macocha urodziła syna. Trzynastoletnia wówczas pasierbica psuła jej wyobrażenie o idealnej rodzinie, dlatego postanowiła się jej pozbyć na dobre.
- Zupełnie jak w Kopciuszku – wtrąciła z przekąsem Sasha.
- Nie przerywaj! – sarknął mężczyzna i kontynuował - Jej macocha była okropną osobą. Gdy dziewczynki nie dało się zniszczyć nękaniem, ani nawet odesłać do szkoły z internatem, wtedy ten potwór stwierdził, że wmówi całemu otoczeniu, że Allysa jest chora psychicznie. Dziewczyna wiele razy wracając do swojego pokoju zastawała prawdziwe pobojowisko, później słyszała jak jej przerażona macocha opowiada o tym, że Allysa miała atak psychozy i wpadła w szał. Kobieta wiele razy skarżyła się swojemu mężowi, że jego córka atakuje ją i swojego braciszka, że coraz częściej ma jakieś halucynacje. Nawet przekupiła niektórych służących, aby zeznawali na jej korzyść. Mężczyzna był rozdarty. Dziewczyna nigdy nie dała mu powodu, by posądzić ją o chorobę, ale przecież ufał swojej żonie. Ostatecznie macocha dopięła swego – przerwał.
- Ale jak? – byłam naprawdę ciekawa tej historii.
- Wraz ze swoją siostrą wdarła się do pokoju dziewczyny, przygwoździła ją do łóżka i zaczęła jej grozić. Allysa próbowała się bronić. Szarpała i drapała macochę, a w tym samym czasie ta druga robiła zdjęcia. Tyle wystarczyło. Kobieta zrobiła obdukcję, a gdy mąż wrócił z pracy rzuciła mu się w ramiona z płaczem i powiedziała, że ma już tego wszystkiego dość. Opowiedziała, jak jego córka wpadła w szał, a ona nie mogła dać sobie z nią rady. Pokazała zdjęcia i obdukcję. Posunęła się nawet do tego, że zagroziła pójściem z tym na policję. Twierdziła, że jej pasierbica jest niebezpieczna dla otoczenia i potrzebuje leczenia. Facet w końcu przyznał jej rację. Był zdruzgotany, dlatego pozwolił żonie się wszystkim zająć. Znalazła najlepszych lekarzy, którzy oczywiście za odpowiednią opłatą zgodzili się umieścić dziewczynę na oddziale zamkniętym. Nawet nie pamiętam jaką chorobę u niej stwierdzili, jednak Allysa w ramach wyjątku trafiła tu w wieku szesnastu lat, chociaż to ośrodek dla dorosłych. Podobno szpital dla młodzieży nie mógłby sobie poradzić z tak ciężkim przypadkiem. Jakiś czas temu minęły dwa lata od kiedy tu trafiła.
- To potworne – nie byłam w stanie powiedzieć nic innego.
- Nie wiem ile z tego jest prawdą – stwierdził. – Dziewczyna nie odzywa się od prawie roku, dlatego jej historia jest przekazywana jak legenda przez kolejnych pacjentów. Podobno niedługo po tym, jak straciła kontakt z rzeczywistością, została nawet zgwałcona przez jednego z pielęgniarzy, ale tego również nie mogę potwierdzić.
- Niemożliwe, żeby takie rzeczy działy się w szpitalu – stwierdziła Sasha, po czym poszła odłożyć talerz.
 - Zdążyłem się napatrzeć przez tych pięć miesięcy – kontynuował. - Do Allysy ani razu nie przyszedł lekarz, pielęgniarki jedynie od czasu do czasu próbują z nią rozmawiać, ale tak ogólnie to ona nikogo z personelu nie obchodzi. Dziewczyna jest kompletnym warzywem. Nie jest w stanie nawet samodzielnie zjeść i muszą jej podawać kroplówki. Często bywa tak, że do kąpieli zabierają ją jedynie raz w tygodniu, ewentualnie też przed tym, jak ma ją odwiedzić ojciec. Ona jako jedyna ze skazańców może przyjmować gości. Starają się trzymać pozory i pokazać, że ma tu świetną opiekę. Pan Winston przyjeżdża jednak góra raz na miesiąc i widuje się z nią w specjalnym pokoju odwiedzin, bo to przecież oddział zamknięty. Przywozi jej wtedy mnóstwo prezentów, zupełnie jakby chciał jej zadośćuczynić za pobyt tutaj. Jednak co z tego?! –  głos Jeffreya zadrżał z oburzenia. -  Większość z tych rzeczy i tak pielęgniarki zatrzymują dla siebie, bo Allysa nie reaguje na kradzieże. Właściwie o dziewczynę dbają głównie inne pacjentki. To one zabierają ją pod prysznic, starają się nakłonić ją do jedzenia, a przede wszystkim starają się z nią rozmawiać. Na chwilę obecną jedyna Sasha to robi, a właściwie Carmen, bo Sasha to suka. Pozostałe kobiety na oddziale albo są serio chore, albo zalekowane tak, by nie sprawiały kłopotów. Mnie też to kiedyś czeka – uśmiechnął się smutno. – Wszystkich skazańców tak traktują. Rekordzista podobno siedzi tu prawie od dwudziestu lat.
- Dobra, dość – przerwałam mu. – Mój mózg nie wytrzyma kolejnej historii. Swoją drogą, ktoś powinien napisać książkę o takim skorumpowanym psychiatryku, temat rzeka normalnie. Jestem pewna, że wyszedłby z tego bestseller.
Właśnie w tym momencie nad moją głową przeleciała szklanka, która chwilę później rozbiła się o ścianę. Natychmiast spojrzałam w stronę, z której nadleciała. Jeden z pacjentów wpadł w szał i rzucał czym popadnie. Ludzie znajdujący się bliżej korytarza natychmiast uciekli, pozostali, bardziej ogarnięci, schowali się pod stołami. Kucharki jak najszybciej oddaliły się razem z wózkiem. Ktoś włączył alarm.
- Gdzie do cholery są ochroniarze?! –krzyknęła jedna pielęgniarka.
- No jak to gdzie?! Na kawie! – odpowiedziała druga.
- A Justin?
- Polazł na papierosa.
- I co my mamy do cholery zrobić? – pracownica ledwo zdążyła uchylić się przed szybującym talerzem.
Postanowiłam wkroczyć do akcji. Mężczyzna może i wyglądał jak chuchro, jednak był wariatem, a oni są najbezpieczniejsi. Piguły zdecydowanie nie dałyby sobie z nim rady, zwłaszcza, że nie wiedziały co robić.
Powoli wstałam od stołu i ruszyłam w stronę rozwścieczonego pacjenta. Natychmiast rzucił się na mnie z pięściami. Zablokowałam jego cios przedramieniem, zdziwiła mnie siła z jaką uderzył. Uchyliłam się przed kolejnym trafieniem i podcięłam napastnikowi nogi. Wylądował na podłodze. Wykręciłam mu ręce do tyłu i przycisnęłam mężczyznę kolanem. Cały czas się miotał. Musiałam usiąść mu na plecach aby go utrzymać. W tym czasie, wspomniany wcześniej sanitariusz zdążył wrócić z papierosa. Przejął ode mnie wariata, a pielęgniarka wykonała pacjentowi zastrzyk uspokajający. W ciągu kilku sekund było po wszystkim. Pielęgniarz zaciągnął praktycznie nieprzytomnego mężczyznę do jego sali.
- Reva, jesteś prawdziwym badassem – krzyknął Jeff, który właśnie wylazł spod stołu.
Wtedy zdałam sobie sprawę, że dawno nie używałam tego określenia. W mojej poprzedniej jednostce zawsze tak o sobie mówiliśmy, w innych miejscach również używano tego terminu. Jedynie agenci z Waszyngtonu, którzy byli największymi badassami w obu Amerykach zdawali się być ponad to. Prawdopodobnie stało się dla nich zbyt mainstreamowe.
- Gdzie się tego nauczyłaś? – spytała pielęgniarka.
- Ja… Byłam w wojsku – odpowiedziałam, pamiętając, że tutejsi ludzie mogą dziwnie reagować na informację o zombie.
- Dziękuje – odpowiedziała sucho, po czym poszła do dyżurki.
- Co tu się właściwie stało? – spytałam Jeffreya.
- Pewnie testowano na nim jakąś eksperymentalną kurację, ot kolejny urok skorumpowanego psychiatryka.

Wieczorem wreszcie doczekałam się rozmowy z psychiatrą. Moim lekarzem miał być Borys Kowalski. Usłyszałam od Jeffa, że mężczyzna bierze pacjentów na rozmowę tylko, gdy ma całodobowy dyżur, więc miałam szczęście, że przyjmie mnie tak szybko.
Niechętnie weszłam do wskazanego gabinetu lekarskiego. Doktor siedział przy biurku i wypełniał jakieś papiery. Ręką wskazał mi kanapę, na której miałam usiąść. Byłam pewna, że używa jej do spania podczas dyżurów. W końcu po co ktoś wstawiał rozkładany tapczan do takiego gabinetu?
Mężczyzna oderwał się od notatek, chwycił fotel, po czym postawił go naprzeciwko mnie i usiadł. Był rudym, postawnym facetem, wyglądał jak typowy gnój. Musiał mieć co najmniej czterdzieści lat. Czułam się dość dziwnie, bo kiedy psychiatra siedział na całkiem standardowym krześle, ja tkwiłam na kanapie tak niziutkiej, że bez problemu mogłam oprzeć brodę na kolanach. Miałam wrażenie, że jestem taka malutka… Zapewne taki był zamysł.
- Wiesz dlaczego tu jesteś? – spytał Kowalski, bacznie mi się przyglądając.
- Owszem, wiem. Po prostu kogoś za bardzo irytowało to, że spokojnie chodzę sobie na wolności – wypaliłam.
- Jesteś tu, ponieważ jesteś chora – odpowiedział za mnie. – Opowiedz mi o wypadku, w którym zginęła cała twoja drużyna.
- Weszliśmy do piwnicy, zapadła nas spora grupa zombie, pogryzły nas, ale cudem przeżyłam. To tyle - nie za bardzo wiedziałam co powiedzieć, skoro miałam nie mówić, że jestem zombie.
- Udało ci się uciec, mimo odniesionych ran? – zainteresował się.
- Bólu przecież nie czułam…
- No tak – przerwał mi. – Częsty przypadek przy zespole Cotarda – stwierdził.
- Gdyby raczył pan wcześniej spojrzeć w moją dokumentację medyczną, wiedziałby pan, że cierpię na analgezję wrodzoną. Ja nie potrafię odczuwać bólu! – oburzyłam się. – I czym do cholery jest zespół Cotarda?!
- Zespół Cotarda jest również znany jako zespół żywych zwłok – wyjaśnił spokojnie. – Chorzy wierzą w to, że są martwi, a skoro uważasz, że jesteś zombie…
- Nie jestem – przerwałam mu. – To tylko taka gra medialna.
- To, że zaprzeczysz, nie znaczy, że ci uwierzę – stwierdził lekarz. – Sama w to nie wierzysz. Powiem ci więcej, podejrzewam u ciebie również początki schizofrenii i bulimię. Do tego dochodzi zespół stresu pourazowego, paranoja i nadmierna agresja.
- Wszystko rozumiem, ale skąd bulimia? – zdziwiłam się.
- Pielęgniarka podczas badania stwierdziła, że nie masz odruchu wymiotnego, a to jest charakterystyczne dla osób, które często próbują wywołać wymioty – odpowiedział. – Pochłaniasz ogromne ilości jedzenia, a mimo to masz lekką niedowagę – dodał.
- To wszystko jest zupełnie pozbawione sensu. Wiele w życiu przeszłam, ale na pewno nie jestem chora psychicznie.
- Wyparcie jest jednym z elementów choroby. Stres pourazowy nie pozwala ci dostrzec prawdy. W zadaniu, w którym zginęli twoi przyjaciele prawdopodobnie nawet nie uczestniczyłaś. To niemożliwe, abyś przeżyła ugryzienia zombie. To musiało być dla ciebie szokiem, że umarli, a ty nic nie mogłaś zrobić. Obwiniałaś się o ich śmierć? – spytał.
- Oczywiście, że nie, przecież nie mogłam im pomóc – odpowiedziałam. – Każdy był świadomy niebezpieczeństwa jakie nam groziło. Mieliśmy dbać przede wszystkim o siebie i swojego partnera. Nie wolno było nam liczyć na pomoc kogoś innego…
- Dopóki nie przyznasz sama przed sobą, że jesteś chora, nie będę mógł ci pomóc – przerwał mi psychiatra. – Na razie zabraniam ci czegokolwiek jeść, cały personel o tym wie. Nie pozwolą ci uczestniczyć w posiłkach. Teraz możesz, już iść.
- Słucham?! To przecież nie zgodne z prawem!
- Skarbie, tutaj prawo nie sięga – zakpił. – Nie możemy przecież pozwolić, abyś się obżerała, a potem gdzieś wymiotowała po kątach. Jestem pewien, że już znalazłaś sposób, na robienie tego bez naszej wiedzy. Może głód nakłoni cię do przyznania się do choroby.
Wściekła opuściłam gabinet. Było już późno. Za godzinę miała nadejść cisza nocna, a większość pacjentów już była w swoich salach. Zamyślona szłam w stronę mojego pokoju, wtedy zderzyłam się z pielęgniarzem, który właśnie przyszedł na nocną zmianę. Już chciałam go przeprosić, jednak ten chwycił mnie za ręce i przycisnął do ściany. Wolną dłonią złapał mnie za pośladek, potem próbował mi wepchnąć rękę pod bluzkę. Nie mogłam uwierzyć, że dzieje się to na korytarzu, na którym znajduje się personel oraz kilku pacjentów, i nikt nie reaguje. Nie pozwoliłam na więcej. Uderzyłam zboczeńca kolanem w krocze, a gdy zwijał się z bólu poprawiłam mu łokciem w nos. Usłyszałam alarm. Prawdopodobnie włączyła go któraś pielęgniarka. Przybiegli ochroniarze, którzy do tej pory siedzieli przy wejściu. Odruchowo kopnęłam jednego w twarz.
- Dobra, będę już grzeczna – poddałam się, gdy doszłam do wniosku, że nie ma sensu się stawiać.
Drugi pracownik ochrony brutalnie wykręcił mi ręce i razem z pobitym sanitariuszem zaciągnęli mnie do mojej sali. Zaraz za nimi weszła pielęgniarka z pasami. Rzucili mnie na łóżko. Omal nie rozbiłam sobie głowy o zagłówek. Zostałam przywiązana do ramy.
- Co jak będę musiała do toalety? – spytałam z ciekawości.
- Zombie nie chodzą przecież do toalety – rzucił z przekąsem pielęgniarz.
 Zamknęli drzwi i zasłonili żaluzję, która była bo zewnętrznej stronie. Zostałam w pokoju sama. Niezbyt odpowiadała mi pozycja, w której się znalazłam. Poleżałam tak może z pięć minut, gdy doszłam do wniosku, że raczej nikt już do mnie nie przyjdzie, postanowiłam się uwolnić. Bez problemu wyłamałam nadgarstek i uwolnioną ręką odpięłam klamry na ramionach, a potem na nogach. Nastawiłam kości dłoni, po czym odłożyłam pasy pod łóżko, poprawiłam pościel i wygodnie ułożyłam się do spania.

Pielęgniarka przyszła dopiero przed południem i była zdziwiona tym, że najzwyczajniej w świecie spałam sobie przytulona do ściany, zamiast leżeć na wznak, przywiązana pasami. Nie zamierzała jednak na to zareagować. Obudziła mnie i powiedziała, że mogę już wyjść. Zadowolona opuściłam pokój i skierowałam się do świetlicy.
- Co się wczoraj stało? – spytał Jeff, który nagle znalazł się za moimi plecami.
- Jakiś pielęgniarz próbował mnie przemacać, więc dość dosadnie pokazałam mu gdzie miejsce – odpowiedziałam.
- No tak, zapomniałem cię ostrzec.
- Co masz na myśli? – spytałam.
- Spora część męskiego personelu molestuje większość ładnych dziewczyn. Nawet Sashę raz klepnęli w tyłek, chociaż ci zboczeńcy skupiają się raczej na tych zaćpanych lekami albo niesłusznie osadzonych.
- Dlatego nikt nie zareagował?
- Ordynator nie ma nic przeciwko, dlatego nikt nie próbuje nic z tym zrobić.
Nagle obudziło się we mnie poczucie misji. Nie mogłam dopuścić do tego, aby ten psychiatryk nadal działał, tak zepsute miejsce nie miało prawa istnieć. Niestety, póki co, nie mogłam zrobić zbyt wiele, mimo tego, nie mogłam stać bezczynnie. Postanowiłam pójść do Alisy. Bez problem znalazłam jej pokój. Dziewczyna siedziała na łóżku i, jak zwykle, tępo patrzyła w przestrzeń.
- Cześć, jestem Reva – przedstawiłam się. Mój wzrok padł na szczotkę leżącą na szafce nocnej. – Chciałabym cię uczesać.
Alisa nic nie powiedziała. Wzięłam ją za rękę i posadziłam na krześle, dawała sobie kierować zupełnie jak marionetka. Miała naprawdę cudne włosy, takie gęste i miękkie. Na pewno kiedyś bardzo o nie dbała. Nie byłam zbyt dobrą fryzjerką, dlatego postanowiłam zrobić warkocz dobierany, który zazwyczaj wychodził mi całkiem nieźle. Naprawdę przyłożyłam się do tego zadania.
- Moja mama mnie tak czesała – stwierdziła cicho Alisa.
- Tak? – uśmiechnęłam się – A dobrze to robię?
Nie odpowiedziała.

3 komentarze:

  1. Ja chcę więcej! Wiem, że masz swoje sprawy i w ogóle, ale chcę więcej! To się skończyło w takim momencie... ;(
    Ten komentarz będzie wyjątkowo krótki, gdyż nie mam słów do tego, co się dzieje w tym psychiatryku, ale wierzę, że Reva wszystkich ich naprostuje.
    Czekam na dalsze losy Revy!
    Pozdrawiam,
    E.
    PS. Przy opisie tej lekarki, co rano łaziła i "gimnastykę" prowadziła uciekło Ci słowo: "Nie mogła na więcej niż czterdzieści lat", a powinno chyba być "Nie mogła mieć więcej niż czterdzieści lat". ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, już poprawiłam. Zdaje się, że miało być na początku wyglądała na jakieś 40 lat. Co do psychiatryka, to ma chyba talent do opisywania tego, co się tam dzieje... ja po prostu nienawidzę psychiatryków.

      Usuń
  2. Hejka. Wpadłam po Twoim komentarzu na moim blogu http://under-my-skin-nol.blogspot.com :) Cieszę się, że spodobało Ci się moje opowiadanie. Zdziwiło mnie, że jeszcze ktoś na nie trafił. Co do Twojego komentarza, porzucone nie zostało :) Jest skończone po prostu :D Myślałam kiedyś nad tym, żeby napisać drugą część, ale pewnie wyszłaby trochę naciągana.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.