5 lipca 2016

Witaj w Naszych Skorumpowanych Progach

Wysiedliśmy pod ogromnym budynkiem prokuratury. Beckett nerwowo palił papierosa, a ja ubolewałam nad swoim ciężkim losem. Zastanawiałam się, co mnie czeka. Z braku lepszych pomysłów, miałam na sobie te same ubrania, co w telewizji, jednak tym razem założyłam buty na płaskiej podeszwie. Za wszelką cenę musiałam zrobić dobre wrażenie na komisji.
Weszliśmy do środka. Od razu natknęliśmy się na coś w rodzaju recepcji. Kobieta, która stałą za ladą, skierowała nas do odpowiedniego biura, które znajdowało się w innym skrzydle. Idąc długimi korytarzami podziwiałam wystrój. Wszystko było nowoczesne, a jednocześnie tak dystyngowane, że nawet król mógłby mieć tu swoją siedzibę. Nie dało się tego opisać inaczej. Projektant zapewne chciał, aby wszyscy goście czuli się tu mali i nic nie znaczący. Trzeba przyznać, że całkiem nieźle mu no wyszło.
Dość szybko odnaleźliśmy odpowiedni gabinet. Pod drzwiami czekała na nas sekretarka, która zaprosiła nas do środka. Kazała nam usiąść, po czym oznajmiła, że mamy zaczekać, a ona pójdzie poinformować odpowiednich ludzi o naszym przybyciu. Dokładnie tak się wyraziła. Wydało mi się to co najmniej dziwne. Westchnęłam głośno, po czym rozejrzałam się po niewielkim pomieszczeniu. Było praktycznie puste, ale, przysięgam, że wyglądało jak pokój przesłuchań z serialu kryminalnego.  Na samym środku znajdował się prosty stół z czteroma krzesłami, pod ścianą była jakaś szafka na akta, a oprócz tego już nic. W gabinecie panował półmrok, oświetlała go jedynie niewielka lampa, która wisiała centralnie nad nami. Okna były zasłonięte przez żaluzje. Ściany zostały pomalowane na dość ciemny, zgniłozielony kolor, choć nie byłam tego tak do końca pewna, ponieważ w tym świetle ciężko było stwierdzić. Brakowało jedynie lustra weneckiego.
Po około pół godzinie czekania dwóch urzędników wreszcie zaszczyciło nas swoją obecnością. Beckett natychmiast wstał, aby się z nimi przywitać, zrobiłam to samo. Nie chciałam, aby ktoś pomyślał, że okazuję brak szacunku. Mężczyźni usiedli po drugiej stronie stołu i zaczęli się naradzać między sobą. Jeden z nich położył sobie neseser na kolanach, po czym zajął się przeglądaniem jakichś papierów. Byłam pewna, że to wszystko miało podkreślić, jak niewiele od nas zależy. Całe to czekanie, ten wystrój pokoju, a teraz kompletne ignorowanie nas, miało pokazać, gdzie jest nasze miejsce.  Na szczęście ten teatr trwał jeszcze tylko kilka minut.
- Jaki jest cel tego wezwania? – spytał mój dowódca zniecierpliwiony.
Jeden z urzędników zgromił go wzrokiem, jednak przystąpił do rozmowy.
- Pani McCartney należy do służb bezpieczeństwa publicznego, jednak mamy wątpliwości co do jej stabilności psychicznej.
- W czym rzecz? – spytał sucho Beckett.
- Chodzi przede wszystkim o to, że pani McCartney uważa, że jest zombie.
- To jakiś żart?! - Nie wytrzymałam.
- Mamy dowody na to, że Reva jest zombie – poparł mnie Bruce.
- Tak, a jakie? – na twarzy urzędasa dostrzegłam cień szyderczego uśmiechu.
- No… badania – Beckett się zmieszał. –  Nie gromadziliśmy żadnej dokumentacji, bo istnienie naszej organizacji było do niedawna tajemnicą, ale oczywiście jesteśmy w stanie dostarczyć panu odpowiednie dokumenty w ciągu kilku dni, a poza tym… może pan nawet teraz przeprowadzić test, aby zobaczyć jej zdolności regeneracji.
- Za te słowa mógłbym pana oskarżyć o podżeganie do zbrodni – oburzył się urzędnik. – Nie będziemy przecież krzywdzić człowieka, bo coś sobie ubzdurał.
- To wszystko jest śmieszne! – wrzasnęłam. – Macie w ogóle jakieś podstawy, aby twierdzić, że jestem chora psychicznie? Jakie macie dowody, że nie jestem zombie? Cała Ameryka w to wierzy.
- A pani nie ma żadnych dowodów na to, że jest zombie, a my nie uwierzymy, dopóki  nie zobaczymy odpowiednich dokumentów.
- Dostarczę je w ciągu kilku dni – wtrącił Beckett.
- Papiery pochodzące z agencji są niewiele warte. Mamy prawo uznać jedynie badania z instytucji rządowych.
- Więc jedynym, co na mnie macie, jest to, że jestem zombie?
Mężczyzna, który do tej pory się nie odezwał, wyciągnął z neseseru kilka plików kartek i podsunął temu drugiemu. Najwyraźniej był jedynie asystentem.
- Ależ oczywiście, że nie – urzędnik uśmiechnął się triumfalnie. - Posiadamy również nagrania oraz zeznania świadków innych pani wybryków. Między innymi szarpaniny w banku, strzelania do grupy protestujących oraz jeszcze kilku innych bójek – wyłożył wszystkie dokumenty na stół.
- To przecież śmieszne – skomentowałam. – W banku jedynie powstrzymałam dwójkę rabusiów, którzy zabili najpierw dwie osoby, a podczas demonstracji strzelałam w powietrze, a nie w tłum.
- Świadkowie twierdzą, że była pani bardzo brutalna. Protestujący ludzie zeznali za to, że kule świstały tuż nad ich głowami, co potwierdza zresztą dziura po kuli w jednym z bilbordów przed budynkiem agencji.
Zdecydowanie udało im się wyprowadzić mnie z równowagi. Ostatkiem sił  powstrzymałam warknięcie, które już czaiło się w gardle i zmusiło mnie do kaszlu, aby to wszystko zatuszować. Wzięłam do ręki dokumenty i zaczęłam je przeglądać, a nie było to łatwe w tym świetle. Nie sądziłam, że ktokolwiek potrafi aż tak przeinaczyć fakty. Najgorsze było to, że wszystko sprawiało wrażenie zgodnego z prawem. Rzuciłam papiery na blat.
- Ta dwójka zaatakowała mnie, ponieważ chcieli sprawdzić, czy naprawdę jestem tak niezniszczalna, jak twierdzą w telewizji – wskazałam na dwie kartki. -  Ten tutaj był pijany i zaczął się do mnie dobierać gdy wracałam ze sklepu – zwróciłam uwagę na kolejno oskarżenie. – Pozostałe dwa przypadki nie miały nawet miejsca.
- Oczywiście może się pani odwołać, a nawet wytoczyć tym ludziom proces o zniesławienie, jednak, póki co, te wszystkie zeznania stanowią dowód w pani sprawie.
- Jestem o coś oskarżona?
- Oczywiście, że nie. Po prostu nie możemy pozwolić, żeby osoba niezrównoważona psychicznie była funkcjonariuszem bezpieczeństwa publicznego, dlatego wysyłamy panią na obserwacje do szpitala psychiatrycznego.
- Mogę przecież odmówić – przypomniałam.
- Nie radzę – zauważyłam groźbę w jego oczach. – W takim wypadku wystąpimy o nakaz sądowy, a wtedy  zostanie pani osadzona tam bezterminowo. Zresztą, była już pani leczona psychiatrycznie, prawda? – uśmiechnął się triumfalnie.
Owszem, spędziłam w psychiatryku dwa tygodnie. To było tuż po śmierci matki, miałam wtedy tylko czternaście lat i nie radziłam z tym sobie. Zaczęło się od bójek w szkole, potem była próba samobójcza. Nałykałam się jakiś leków mamy, które znalazłam przy sprzątaniu. Na szczęście ojciec bardzo szybko mnie znalazł i kazał mi zwymiotować, zanim jeszcze straciłam przytomność. Na pogotowiu musiał powiedzieć, co się stało, a w tym przypadku niestety procedura była tylko jedna, natychmiastowe skierowanie do psychiatryka. Po kilkunastu dniach próśb i płakania do słuchawki, tata zdecydował się jednak wypisać mnie na własne żądanie. Miałam u niego pełne wsparcie. Już nigdy nie wpadłam na tak głupi pomysł, jakim było samobójstwo.
- Zgadzamy się – odpowiedział za mnie Beckett.
- Ktoś zaraz po panią przyjdzie, zostanie pani natychmiast odtransportowana do szpitala – odezwał się asystent, po czym zaczął pakować papiery.
- Co kurwa?! – wrzasnęłam, podrywając się z krzesła.
Nikt nie raczył mi odpowiedzieć. Obaj mężczyźni skierowali się do wyjścia, nie zwracając na mnie uwagi. Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie się stało. Już prawie pół roku służyłam jako zombie, a teraz nagle znalazł się oszołom, który postanowił to wszystko zakwestionować i podważyć.
- Pierdolę, muszę zapalić – skomentował dowódca, po czym odsłonił żaluzję i otworzył okno. – Też chcesz?
- A daj – wyciągnęłam rękę po papierosa. – Tylko nie wiem, czy z tymi martwymi płucami potrafię jeszcze palić.
Oparliśmy się o parapet i trwaliśmy tak przez chwilę w absolutnej ciszy. Mogłam przysiąc, że słyszę trybiki, które w głowie Brusa napędzają przetwarzanie informacji.
- Ty, a jak właściwie nazywał się ten urzędas? – spytałam.
- Nie mam pojęcia, powinien się przestawić, jak tylko wszedł do gabinetu, ale tego nie zrobił – zdziwił się.
- Po prostu zajebiście. Nawet jakbyśmy chcieli wnieść skargę, to nie wiemy na kogo. Co teraz?
- A co ma być? Podejmiemy wyzwanie, złożę odpowiednie dokumenty i zgłoszę sprawę gdzie trzeba. Nie będą cię trzymać długo.
- Swoją drogą ciekawe, że dopiero co rozpatrzyli sprawę, a już czeka na mnie sanitariusz z kaftanem. Jestem pewna, że mam również zarezerwowane miejsce w jakimś niezbyt przytulnym psychiatryku.
- Ewidentnie widać, że to wszystko zostało przeprowadzone nielegalnie. Ktoś po prostu chce nam zaszkodzić – westchnął, po czym głęboko zaciągnął się papierosem. – Naprawdę byłaś już leczona? – spytał po chwili.
- To już stara sprawa – odpowiedziałam. – Byłam czternastoletnią smarkulą, życie mi się właśnie posypało, więc zdecydowałam się na samobójstwo. Na szczęście mnie odratowali.
- Rozumiem – skomentował krótko.
Usłyszałam odgłos otwieranych drzwi, natychmiast wyrzuciłam niedopałek papierosa i odwróciłam się od okna. W progu stał mężczyzna w białym kitlu, zapewne był pielęgniarzem. O dziwo trzymał ręce w kieszeni i nie miał ze sobą żadnego kaftana.
- Przyszedłem po panią -  odezwał się sucho.
- Dasz radę Reva. Jesteś twarda, jesteś łowcą zombie, a ci nigdy się nie uginają – przytulił mnie tak, jakbyśmy mieli nigdy więcej się nie widzieć. - Nie mów nikomu, że jesteś zombiakiem. Tłumacz, że to tylko taka gra medialna, wtedy nie będą nic na ciebie mieli – wyszeptał mi do ucha.
Westchnęłam głęboko, wyrabiając chyba przy tym dzienną normę oddychania, jaką może zrobić trup, po czym podeszłam do sanitariusza. Mężczyzna chwycił mnie za ramię i wyprowadził z pokoju, jak jakiegoś więźnia. Odwróciłam się i uśmiechnęłam do swojego dowódcy. Zauważyłam, jak szepcze, że będzie dobrze.
Pielęgniarz zabrał mnie na parking i kazał wsiąść do zwyczajnego samochodu. Zdziwiłam się, bo byłam pewna, że zabiorą mnie karetką, albo jakimś innym służbowym pojazdem. Mimo to posłusznie usadowiłam się na tylnej kanapie. Mężczyzna usiadł za kierownicą, po czym odjechał.

Dojechaliśmy po niecałej godzinie. Przez całą drogę sanitariusz ani razu się do mnie nie odezwał. Po jego minie wnioskowałam, że nie był zadowolony, że musiał mnie przywodzić. Sądząc po trasie, jaką pokazywał GPS samochodu, psychiatryk znajdował się na jakimś zadupiu, tuż pod Waszyngtonem. Stanęliśmy pod bramą, po chwili jakiś pracownik nam ją otworzył.  Wjechaliśmy na teren.
Przez szybę samochodu przyjrzałam się budynkowi. Szpital zupełnie nie przypominał tego, w którym byłam dziesięć lat temu. Tamten był w dobrym stanie i wyglądał niemal przyjaźnie. Na jego terenie znajdował się nawet niewielki park, po którym pacjenci mogli się przechadzać. Tymczasem ten budynek był najzwyklejszym betonowym, dwupiętrowym blokiem. Nikt nie zadał sobie nawet trudu, aby go pomalować. Mury były brudne i przywodziły na myśl przedwojenne szpitale, zwłaszcza te nawiedzone. Ośrodek znajdował się praktycznie w środku lasu, jednak na jego terenie nie było żadnej zieleni, pacjentom zapewne nie było wolno wychodzić poza oddział.
Pielęgniarz zaparkował na miejscu przeznaczonym, prawdopodobnie, dla pracowników. Kazał mi wysiąść. Bez słowa chwycił mnie za ramie i zaprowadził do budynku, a tam oddał w ręce innej pielęgniarki. Kobieta zabrała mnie do niewielkiego pokoju, gdzie zaczęła mnie przeszukiwać. Poczułam się zupełnie, jak w więzieniu. Zostałam pozbawiona butów, paska od spodni, bransoletki i żakietu. Wszystko miało czekać na mnie w szatni. Zdezorientowana udałam się z pracownicą piętro wyżej, gdzie ostatecznie zostałam przyjęta na oddział. Nie musiałam nawet podpisywać żadnych papierów. Pielęgniarz, który w tym czasie pełnił dyżur, zaprowadził mnie do mojej sali. Idąc długim korytarzem zauważyłam, że wszyscy przyglądają mi się z zaciekawieniem. Wylądowałam w niewielkim pokoiku. Mężczyzna zostawił mnie samą. Usiadłam na szpitalnym łóżku i wyjrzałam przez  brudne okno. Z pokoju  było widać jedynie parking oraz kawałek lasu. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Oprócz łóżka miałam tu jeszcze szafkę nocną, komodę i niewielkie biurko, jednak z jakiegoś powodu brakowało krzesła. Nie było tu nic, co w jakikolwiek sposób mogło nadać życia temu wystrojowi. Przynajmniej, nie licząc szyb, było tu czysto i schludnie. Jasnozielone ściany wyglądały nawet na niedawno odmalowane.
Do pokoju wrócił pielęgniarz, położył świeżą pościel na łóżku, po czym wręczył mi sporą torbę.
- Masz, przebierz się – polecił po czym wyszedł.
Zajrzałam do środka. W pakunku znajdowało się trochę ubrań, które nadawałyby się jedynie na piżamę. Wybrałam czarny, obcisły podkoszulek i szare, dresowe spodnie, które były na mnie o dwa rozmiary za duże. Czułam się, jakbym zakładała więzienny pasiak, dość krępował mnie też fakt, że w drzwiach znajdowała się spora szyba, i w każdej chwili ktoś mógł spojrzeć, co aktualnie robię. Pozostałe ciuchy upchnęłam w komodzie. Niestety nie znalazłam żadnych kapci. Może to i lepiej? Znając moje szczęście dostałabym dwa lewe, zresztą, i tak lubiłam chodzić boso.
Niepewnie wyszłam z sali i skierowałam się do sporej świetlicy, którą wcześniej mijałam. Miała ona formę szerokiej odnogi pośrodku korytarza, zupełnie jakby ktoś wyburzył tu ściany sześciu pokoi. Sądząc po licznych, czteroosobowych stolikach, pełniła ona również funkcję stołówki. Gdy tylko się pojawiłam, wszyscy spojrzeli w moją stronę, jakby oczekiwali mnie z niecierpliwością, po chwili jednak stracili mną zainteresowanie.
- Witaj w naszych skorumpowanych progach – przywitał mnie mężczyzna ubrany w rozciągniętą bluzkę i luźne spodnie w kratę. Uśmiechnął się do mnie. Nie mógł mieć więcej, niż czterdzieści lat.
- Co masz na myśli? – spytałam.
- A bo widzisz, ten szpital jest największym siedliskiem łapówkarstwa w całym USA. Tutaj prawie połowa pacjentów siedzi za niewinność, bo po prostu komuś podpadli.
- A powiedz, czy wszyscy muszą tu nosić te ciuchy, które przynosi pielęgniarz? – spytałam, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Nie, taki ekwipunek dostają tylko ci, którzy nie mają swoich rzeczy i nikt ich nie odwiedza. Po tym zresztą zazwyczaj poznajemy, czy nowy pacjent jest tu na normalnych warunkach, czy został przez kogoś udupiony. Bo wiesz, jak siedzisz za niewinność, to masz zakaz odwiedzin, żeby uniemożliwić ci wydostanie się stąd. Pracownicy od razu wiedzą, że nikt do ciebie nie przyjdzie, więc na wstępie dostajesz już wszystkie graty. Pamiętaj, że później musisz się zgłosić jeszcze po rzeczy do mycia.
- Po prostu zajebiście – mruknęłam.
- Zapomniałem się przedstawić. Jestem Jeffrey – podał mi rękę. - A ty?
- Reva.
- No to się już znamy. My, skazańcy o resztkach normalności, powinniśmy trzymać się razem. -  zażartował. – Czym się zajmujesz?
- Jestem łowcą zombie.
- Bardzo śmieszne, a tak serio?
- Jestem łowcą zombie – powtórzyłam.
- Przecież zombie nie istnieją – upierał się.
- A widziałeś kiedyś jakieś zombie?
- Nie
- W takim razie nie ma za co – starałam się, aby zabrzmiało to epicko. – A tak na serio, nie macie tu dostępu do telewizji, co?
- Proszę cię, nie mamy dostępu nawet do telefonu.
- Jak długo cię tu trzymają? – spytałam.
- Pięć miesięcy.
- No i wszystko jasne – mruknęłam.
- Sasha! Chodź tu na chwilę! – zawołał.
Podeszła do nasz drobna brunetka ubrana we wzorzyste leginsy i czarną koszulkę z logo jakiegoś zespołu.
- Suka czy wege? – spytał Jeff, a ja zupełnie nie miałam pojęcia o co chodzi.
- Suka – odpowiedziała krótko dziewczyna. -  Czego chcesz?
- Czy zombie istnieją?
- No tak, ich istnienie wyszło na jaw jakoś na początku marca – potwierdziła.
- Zaraz… Chcesz powiedzieć, że nie dość, że przez te półtora miesiąca nikt nie przeprowadził tu szkolenia dotyczącego obrony przed truposzami, to jeszcze nawet nie wiecie o ich istnieniu? – zdziwiłam się.
- To jest psychiatryk, tu nikt o nas nie dba.
- Teraz już wierzysz, że jestem łowcą zombie?
- No teraz tak, ale wiesz… Jak tu trafiłem, to był tutaj taki, co twierdził, że zombie istnieją, że go zaatakowały i w ogóle straszne rzeczy opowiadał. Kazali nam go nie słuchać, a po miesiącu został przeniesiony gdzie indziej.
Poczułam, że robię się czerwona ze wstydu. To była oczywiście robota agencji. W ciągu całego istnienia W.A.D.A.Z. w ten sposób zostało potraktowanych około pięciu tysięcy ludzi, ale uwaga, bo te statystyki wyłączają Rosję i Chiny. Mimo sprzeciwów najwyższego dowództwa, ich agenci po prostu likwidują świadków, gdy tylko pojawią się pierwsze problemy. Z jakiegoś powodu nawet mnie to nie dziwi.
- A, faktycznie. Kojarzę cię z  telewizji – wtrąciła dziewczyna. -  Jestem Sasha, ewentualnie Carmen – skrzywiła się.
- Ewentualnie? – spytałam.
- Sasha ma rozdwojenie jaźni – wtrącił się Jeffrey. -  Przed sobą masz oryginał, czyli Sashę, która jest typową buntowniczką i ogólnie suką, ale jest jeszcze Carmen, jej zupełne przeciwieństwo. Carmen jest weganką, interesuje się filozofią wschodu i ogólnie jest hipiską.
- Czy ty jesteś, kurwa, moim adwokatem czy kim?! – przerwała mu wkurzona Sasha, po czym odeszła.
- A ją co ugryzło? – spytałam.
- No bo widzisz – zaczął. – Część, która jest Sashą, jest raczej zdrowa, siedzi tu dopiero od dwóch tygodni i nie może tego znieść. Ogólnie jej historia wygląda tak, że te problemy z rozdwojeniem jaźni zaczęły się dopiero, gdy poszła na studia. Jeśli ktoś nie wie, to obie wersje są nie do rozróżnienia, to wygląda po prostu tak, jakby miała jakieś wahania nastroju. Nawet mówią tak samo, z tym, że Carmen nie przeklina.
- Stąd to dziwne pytanie? – przerwałam mu.
- Dokładnie. Rozróżnić je można tak naprawdę dopiero po zainteresowaniach. Kiedy jedna ma kontrolę nad ciałem, ta druga po prostu patrzy i obie są siebie świadome.  Przez trzy lata nikt nie zorientował się, że jest ich dwie, ale Carmen w końcu nie wytrzymała.
- Co masz na myśli?
- Wyobraź sobie, że jesteś taką hipiską, która żyje w zgodzie z przyrodą i musisz patrzeć, jak ktoś, kto ma władzę nad twoim ciałem, żre burgery w McDonaldzie, chleje na imprezach i tatuuje sobie czaszkę na ramieniu. Do tego dochodzi świadomość, że nawet nie jesteś prawdziwa, bo przecież nie twoje imię widnieje w dowodzie osobistym. Carmen nie wytrzymała i podcięła sobie żyły… Znalazła ją współlokatorka Sashy – ciągnął dalej. - W szpitalu już wszystko się wydało. Właśnie dlatego trafiła tu, do psychiatryka, gdzie zamyka się ludzi z prawdziwymi odchyleniami, a nie niedoszłych samobójców.
- A jaka jest twoja historia? – zainteresowałam się.
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Pewnie.
Mężczyzna usiadł przy stole i westchnął. Usadowiłam się na krześle naprzeciwko niego i uśmiechnęłam się, zachęcając do rozmowy.
- Byłem oficerem marynarki wojennej – zaczął. – Stacjonowałem we Włoszech. To była taka duża baza, gdzie żołnierze mieszkali wraz z rodzinami. Mieliśmy tam nawet szkołę dla ich dzieci – uśmiechnął się na te wspomnienia. – No właśnie… Córka generała zakochała się we mnie. Smarkula miała tylko piętnaście lat, więc jasno dawałem jej do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany, ale ta gówniara coś sobie ubzdurała. Kiedy zrozumiała, że nie da rady mnie w sobie rozkochać, oskarżyła mnie o gwałt.
- To było takie inteligentne z jej strony – zakpiłam.
- Oczywiście nie miała żadnych dowodów, ani nic, co wskazywałoby na to, że w ogóle została zgwałcona, dlatego śledztwo dość szybko umorzono, ale jej ojciec był wściekły. Od tamtej pory nie miałem życia w jednostce, dlatego poprosiłem o przeniesienie mnie z powrotem do USA. Niestety generał zatroszczył się o to, żebym się nie wywinął – westchnął. – Niedługo po moim powrocie dałem się złapać na pewien rodzaj prowokacji. W tym okresie akurat miałem urlop. Wracałem do domu, nawet nie pamiętam skąd. Właśnie wtedy natchnąłem się na mężczyznę, który szarpał się z jakąś kobietą, wyzywał ją od szmat, dziwek, aż w końcu ją uderzył. Zareagowałem instynktownie, rzuciłem się jej na pomoc i sprałem faceta po mordzie. Kobieta podziękowała i szybko się zmyła, tak samo jak ten koleś zresztą. – Jeff spojrzał na mnie, upewniając się, czy nadal go słucham. - Kilka dni później dostałem wezwanie do prokuratury. Tam okazało się, że rzekomo rzuciłem się na tego gościa bez powodu i mieli na to dowody. Uliczka, na której się to działo była rzadko uczęszczana, gdy to się działo, było tam kompletnie pusto, jednak okazało się, że są świadkowie tego zdarzenia. Jakby tego było mało, prokuratura dysponowała nawet nagraniem, które zostało przycięte tak, że rzeczywiście wyglądało to jakbym to ja był wszystkiemu winien, bo ten mężczyzna nawet się nie stawiał. O kobiecie, której broniłem, oczywiście nikt nie słyszał. Szmata musiała sprytnie usunąć się z pola widzenia kamery, jak tylko zaczęła się bójka – na chwilę przerwał, jakby się nad czymś zamyślił. -  Potem wszystko potoczyło się szybko. Biegli sądowi orzekli, że jestem niezrównoważony psychicznie i zawyrokowali o zamknięcie mnie w szpitalu, jako środek zapobiegawczy, właściwie bez żadnych badań. Do psychiatryka trafiłem już następnego dnia, a tu lekarz postarał się o to, abym został uznany za niebezpiecznego dla otoczenia. Przez te pięć miesięcy ani razu mnie nie zbadano, a i rozmów z psychiatrą miałem może z dziesięć – powiedział smutno. – To tyle.
 - Więc generał zadał sobie tyle trudu, bo jego gówniara cię oskarżyła? Nikogo nie zgwałciłeś? – spytałam podejrzliwie.
- Prędzej wyłomotałbym generała, niż jego córkę – zaśmiał się. – Jestem gejem – dodał gdy zobaczył moją minę.
- Aha – odpowiedziałam krótko. Przed oczami pojawiło mi się moje ulubione zdjęcie z ostatniej sesji Philiego.
- Co jest? – zapytał, gdy zobaczył, że zamilkłam. – Masz coś do gejów?
- Nie o to chodzi – uspokoiłam go. -  Po prostu niedawno zmarł mój przyjaciel, który też był homo.
- No tak, przykro mi.
- Nieważne. Jestem łowcą zombie, przyzwyczaiłam się do tego, że moi przyjaciele wciąż giną. Po prostu ta rana jest wciąż świeża.
- Jaki on był?
- Zakochałbyś się w nim – zaśmiałam się. - Tak jakoś wyszło, że jego ostatni dzień życia spędziliśmy na paradzie równości.
- O matko, nigdy bym nie poszedł na takie coś – oburzył się.
- On z własnej woli też nie, po prostu przegrał zakład.
- Biedny.
Naszą rozmowę przerwała pielęgniarka, która przyszła z wózkiem pełnym wieczornych leków. Większość pacjentów ruszyła w jej stronę. Zauważyłam, że niektórzy z nich chodzą jak zombie. Wiele razy słyszałam o skutkach ubocznych psychotropów, jednak nie sądziłam, że to może przybrać aż tak poważną formę. Niektórzy chorzy nawet nie ruszyli się z miejsca, do nich pielęgniarka sama podchodziła. Po tym wszystkim wyprosiła nas ze świetlicy, ponieważ zaraz miała być kolacja.
Stwierdziłam, że w tym czasie rozejrzę się po oddziale. Swoją wycieczkę zaczęłam przy wejściu, którego pilnowało dwóch ochroniarzy. Tuż przy nim były trzy gabinety lekarskie oraz jakiś pokój terapii, cokolwiek miałoby to znaczyć. Powoli szłam korytarzem. Jego ściany były pokryte niebieską farbą, a na podłodze znajdowały się szare kafelki. Zaglądałam do licznych pokoi przez szyby w drzwiach. Wszędzie wystrój był mniej więcej taki sam, z tym, że niektórzy pacjenci urządzili sale swoimi prywatnymi rzeczami. W połowie korytarza była świetlica, na której krzątały się właśnie dwie sprzątaczki. Obok była dyżurka pielęgniarzy, gdzie przez duże szyby pracownicy obserwowali pacjentów. Kolejne drzwi prowadziły do pokoju zabiegowego. Po przeciwnej stronie świetlicy znajdowało się pomieszczenie gospodarcze, łazienka oraz toaleta. Chciałam do niej wejść, jednak drzwi były zamknięte, tak samo jak te do łazienki.
- Zamykają je po podaniu leków oraz posiłkach. Otworzą je ponownie za półtorej godziny – usłyszałam za sobą cichy głos.
Odwróciłam się, mój wzrok napotkał jedną z tych naćpanych lekami pacjentek.
- Dzięki – uśmiechnęłam się i ruszyłam na drugą część oddziału.
Dalej były już tylko sale pacjentów, w tym moja. Wreszcie doszłam do samego końca korytarza, gdzie znajdowało się spore okno. Razem naliczyłam trzydzieści dwa pokoje, z czego ostatnie sześć nie miało szyb w drzwiach. Na zewnątrz padał deszcz. Mimo, że było dopiero po osiemnastej, na dworze było ciemno. Pogoda idealnie podkreślała mój nastrój.
Z rozmyślań wyrwała mnie pielęgniarka, która poinformowała o kolacji. Jakby na zawołanie zrobiłam się strasznie głodna. Skierowałam się do świetlicy. Rozejrzałam się, część stolików była już zajęta. W końcu wypatrzyłam Jeffreya, usiadłam obok niego. Chwilę po tym dołączyła do nas Sasha.
- Suka czy wege? – spytał Jeff.
- Wege – odpowiedziała.
- Czyli teraz jesteś tą drugą wersją siebie? – spytałam niepewnie.
- Tak.
- Sasha Hedlung! – przerwała nam kucharka.
Carmen podniosła rękę. Kobieta położyła przed nią talerz i odeszła. Zaczęła wywoływać kolejnych pacjentów.
- O co chodzi? – spytałam.
- Najpierw rozdają posiłki dla pacjentów ze specjalną dietą – wyjaśniła dziewczyna. – No wiesz, wegetariańską, bezglutenową…
- A najlepszą dietę to ma Sasha – przerwał jej mężczyzna. – Ona dostaję opcję wegetariańską plus mięso – zaśmiał się.
- Czy ty jesteś moim adwokatem czy kim? – wkurzyła się Carmen.
Pracownice zaczęły rozdawać posiłki jak leci. W końcu i my dostaliśmy swój talerz. Na kolację były dwie kromki chleba z masłem oraz po dwie i pół parówki. Zauważyłam, że po świetlicy krąży też butelka keczupu.
- Żebyś wiedziała, jaki cyrk z tym był – podjął Jeffrey. – Sasha przyszła tu jako Carmen, więc ta zadeklarowała dietę wegetariańską, jednak podczas pierwszego posiłku była już Sashą. Zaczęła się drzeć, że nie będzie żreć zielska, jak jakieś bydło, więc zmienili jej dietę na normalną, ale następnym razem to Carmen przejęła kontrolę i zaczęła beczeć, że na jej talerzu jest martwe zwierzę. Cały ten cyrk trwał dwa dni, aż stwierdzili, że do wegetariańskiego dania będą jej dodawać mięso, żeby każda mogła coś zjeść.
- To znaczy, że mogę zjeść twoje parówki? – spytałam z nadzieją.
- Pewnie, bierz – zgodziła się Carmen, podsuwając mi talerz.
Rzuciłam się na jedzenie, nie czekając na keczup. Byłam naprawdę głodna. Mój posiłek zniknął w mgnieniu oka.
- Ohyda, jak możesz jeść mięso, a zwłaszcza parówki, przecież to sama chemia.
- Ale parówki są przecież prawie wegetariańskie. Jak już takie biedne zwierzątko zabiją, to przynajmniej nic się nie zmarnuje, bo walą tam kości, ścięgna, kopyta… Jest więcej jedzonka, dlatego zabija się mniej zwierzątek – uśmiechnęłam się.
- A jaka jest twoja historia? – spytał znienacka Jeff.
- Powiedzmy, że jestem dość wyjątkowym łowcą zombie – zaczęłam. – Ktoś ewidentnie próbuję utrudnić pracę naszej agencji, pozbywając się mnie. Właśnie dlatego zostałam skierowana tu na obserwację. Póki co – westchnęłam.
- Kurde, ja ci tu piękne historie opowiadam, a ty raczysz mnie ledwie trzema zdaniami – oburzył się.
- Bywa – wzruszyłam ramionami. – Myślisz, że mogę poprosić o dokładkę?
- Pewnie, idź po prostu do kucharek i poproś.
Wzięłam swój talerz i podeszłam do stołu na kółkach, obok którego stały dwie pracownice w kuchennych fartuchach.
- Czy mogę prosić o dokładkę? – spytałam nieśmiało.
- Ależ oczywiście, skarbie – kobieta była naprawdę miła. – Co byś chciała?
- Wszystko jedno, byle dużo – uśmiechnęłam się. – Jestem naprawdę głodna.
Szczęśliwa wróciłam do swojego stolika z czterema kromkami chleba oraz sześcioma parówkami. Większość pacjentów już skończyła posiłek, Carmen również. Wreszcie doczekałam się keczupu.
- Opowiedz mi coś o tym miejscu – poprosiłam Jeffa, nie przerywając jedzenia.
- Dawno, dawno temu szpital przejął nowy ordynator, który był bardzo, ale to bardzo złym człowiekiem – zaczął.
- A tak na serio?
- To właśnie ordynator zaczął cały ten cyrk z korupcją. Na początku sam w tym siedział, ale potem zatrudnił też część personelu, który pomaga mu w tym procederze. Mamy tu dziesięciu lekarzy, z czego trzech leczy jedynie tych niesłusznie osadzonych: Inman, Kovalski i ordynator Sylvester. Na pewno trafisz do któregoś z nich. Ewentualnie jeszcze doktor Salazar od czasu do czasu bierze kogoś, na przykład mnie, ale ona jest naiwna. Myśli, że robi dobrze, bo przecież jestem gwałcicielem, który się wywinął – przerwał, aby wziąć ostatni kęs parówki. - Z pielęgniarzami jest zresztą podobnie. Część z nich za łapówki będzie przymykać oko na te nieprawidłowości, a nawet będzie dręczyć pacjenta, jeśli klient sobie tego zażyczy. Tak to jest planowane, że za leki zawsze odpowiada skorumpowana pielęgniarka, a na dyżurze jest jeszcze co najmniej jeden taki łapówkarz. Siostra oddziałowa nieźle zarabia, dzięki ustawianiu takich kombinacji.
- Rozumiem więc, że główną funkcją tego szpitala jest przyjmowanie łapówek?
- Dokładnie – zgodził się Jeffrey. – Wszystko jest dokładnie przemyślane. Ordynator ma podobno swoich ludzi w różnych komisjach, nic mu nie mogą zrobić.  Chociaż to chyba nie my mamy najgorzej. Nad nami jest oddział dla przestępców. Tam to się musi dziać…
- Wiesz co? Mam już dość – stwierdziłam. – Chyba się dziś wcześniej położę.
- A idź, my tu wszyscy sypiamy dla zabicia czasu, bo innych rozrywek tu raczej nie uświadczysz.
Wzięłam swój talerz i odłożyłam na wózek kucharek, podziękowałam za posiłek, po czym natychmiast skierowałam się do swojego pokoju. Było dopiero po dziewiętnastej, ale nie przeszkadzało mi to w położeniu się do łóżka. Podniosłam zagłówek i poprawiłam pościel. W końcu ułożyłam się wygodnie, po chwili jednak wstałam, ponieważ koła łóżka były niezablokowane. Usiadłam na podłodze i zaczęłam przy nich majstrować. Dwie blokady były niestety zepsute. Po chwili namysłu wyciągnęłam jakieś ubrania z szuflady i okręciłam nimi koła. Pomogło, łóżko przestało się chybotać. Zadowolona owinęłam się kołdrą i odwróciłam do ściany. Zaczęłam rozmyślać o tej całej sytuacji. Ktoś wykiwał ordynatora, dobrze mu tak. Agenci W.A.D.A.Z. są wysoko postawieni, jeszcze wyżej niż on. Nie da rady długo mnie tu zatrzymać, a cały ten jego interes się posypie. Chociaż tyle z tego dobrego.

1 komentarz:

  1. Postanowiłam poświęcić się i utracić dotychczasowe komentarze, na rzecz komentowania przyjaznego dla użytkownika. Proszę więc, zacznijcie wreszcie komentować. Nie pozwólcie na to, żebym żałowała swojej decyzji...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.