4 sierpnia 2016

Mądre Pomysły są Nudne

Minął tydzień, a ja dalej gniłam w psychiatryku. Nie miałam żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, nie wiedziałam więc, jak wygląda moja sytuacja. Rozmowy z lekarzem miałam niemal codziennie. Zawsze słyszałam te same kłamstwa, które miały przekonać mnie, że jestem chora. Musiałam przyznać, że niektóre były nawet całkiem wiarygodne. Przez cały ten czas ani razu nie dostałam nic do jedzenia. Jeff trzy razy próbował przemycić mi kanapkę, jednak pracownicy za każdym razem go powstrzymywali. Skończyło się to tym, że za karę dostał podwójną dawkę leków, oraz spędził cały dzień w kaftanie bezpieczeństwa. Czułam się winna, choć nawet nie prosiłam go o pomoc. Ten idiota nadal chciał próbować zdobyć coś do jedzenia, jednak w końcu przekonałam go, że to zły pomysł. Z głodu już wariowałam, musiałam się jak najszybciej wydostać. Tylko jak?
Zdążyłam dokładnie poznać cały oddział, nie było szans na ucieczkę. We wszystkich oknach były kraty, których nie potrafiłam wyłamać. Pacjenci wiele razy dostawali napadów szału. Znałam wszystkie mocne strony tego ośrodka, a słabych do tej pory nie zauważyłam. Jedyne wyjście również było nie do sforsowania. Gdy ochroniarze, zapewne łamiąc regulamin, opuścili swoje stanowisko, podpuściłam jednego z poważnie szurniętych pacjentów, aby spróbował się wydostać. Wszystko obserwowałam z najbliższego pokoju. Aby otworzyć drzwi, trzeba było posiadać kartę dostępu oraz znać kod. Chory, którego wysłałam, przez kilka sekund mocował się z zamkiem, wtedy zauważyła go pielęgniarka, która włączyła alarm, przy okazji odcinając całe zasilanie przy wejściu. Żeby się wydostać, musiałabym obezwładnić kilkunastu pracowników, a biorąc pod uwagę fakt, że w dyżurce można było bezpiecznie się zamknąć i wezwać stamtąd pomoc, było to praktycznie niemożliwe.

Było już grubo po południu, po raz kolejny udałam się na rozmowę. Byłam jedynym pacjentem, którego doktor Kowalski tak często wzywał do siebie. Nie byłam zadowolona z tego zaszczytu.
- Już wszystko zrozumiałaś? – spytał, gdy weszłam do gabinetu.
- Tak – odpowiedziałam, siadając a kanapie.
- Więc co mi powiesz?
- Znajduję się w najbardziej skorumpowanym psychiatryku na świecie. Lekarze to buce, a pielęgniarki to straszne suki. Za to pacjenci są całkiem spoko. Oczywiście, jeśli da się z jakimś pogadać.
- Czyli nic nie rozumiesz – westchnął teatralnie. – Jesteś chora i to poważnie. Stanowisz niebezpieczeństwo dla siebie oraz otoczenia. Możemy ci pomóc, ale sama musisz tego chcieć.
- Jak będę chciała pomocy, to poproszę, ale na pewno nie was.
- Nawet nie wiesz, jak sobie szkodzisz – zagroził. – Skoro nie ma efektów, to wprowadzę ci silniejsze leki.
- Jasne, powodzenia – zaśmiałam się.
- Możesz już iść – uśmiechnął się szyderczo.
Opuściłam gabinet i skierowałam się do swojego pokoju. Pobyt tutaj zdecydowanie mi nie służył. Nie miałam nic do roboty. Nuda była ponoć jednym z elementów terapii. Nie mieliśmy tu nawet głupich kart do gry, a wszelkie formy rozrywki wniesione przez pacjentów były natychmiast konfiskowane. Próbowałam nawet ćwiczyć, jednak to nie podobało się pielęgniarkom. Musiałam się ograniczyć jedynie do krótkiego treningu rozciągającego, oczywiście uważając przy tym, aby nikt z personelu mnie nie przyłapał.
Do sali weszła pielęgniarka roznosząca wieczorne prochy. Wtedy to poczułam. Zapach był delikatny, niemal niezauważalny, jednak nie mogłam się pomylić. Wspomnienie tego zjełczałego smrodu zawsze mi towarzyszy. Pracownica podałam mi kieliszek z lekami. Przyjrzałam się im dokładnie. Wśród różnych specyfików dostrzegłam zieloną kapsułkę w żelowej otoczce. Nie miałam wątpliwości, że to właśnie w niej znajdował się ten cholerny środek przeciwko zombie.
- Na co czekasz? – syknęła na mnie kobieta.
Niechętnie wzięłam tabletki do ust, tą trującą udało mi się złapać zębami. Językiem wepchnęłam ją miedzy dziąsło a policzek, po czym popiłam resztę lekarstw. Nauczyłam się tej sztuczki w ośrodku dla młodzieży. Pielęgniarka podejrzliwie zajrzała mi ust, jednak nie zauważyła mojego oszustwa. Chwyciła wózek i opuściła mój pokój. Natychmiast odwróciłam się i wyplułam pastylkę, dziękując Bogu, że jej otoczka nie zdążyła się rozpuścić. Zaśmiałam się. Była w odcieniu radioaktywnej zieleni. Z braku lepszych pomysłów ukryłam ją w szufladzie z ubraniami nienadającymi się do użycia. Miałam nadzieję, że nikt nie wpadnie na to, aby robić tu przeszukanie.
Nie powiem, że ta sytuacja mnie nie przestraszyła. Bałam się w cholerę. Przynajmniej miałam stuprocentową pewność co do tego, kto stoi za skierowaniem mnie tutaj. Winna była ta dziwna organizacja, która mnie wcześniej porwała. Prawdopodobnie byli odpowiedzialni również za zombie. Szkoda, że nie mieliśmy pojęcia kim są.

O poranku dostałam kolejną zieloną kapsułkę i tym razem udało mi się ją wypluć. Łatwo było oszukać pielęgniarki, jednak najpóźniej za dwa dni ktoś rozeznany w sytuacji zauważy, że nie ma efektów trucizny. Musiałam stąd uciec, na razie jednak mogłam mieć tylko nadzieję, że Beckett zdąży uporać się z tą całą biurokracją. Obiecał przecież, że wyciągnie mnie jak najszybciej.
Gdy byłam zajęta myśleniem nad planem ucieczki, do mojego pokoju wpadła podekscytowana Sasha. Skrzywiłam się. W tym momencie przypominała Jessikę, która chciała mnie wyciągnąć na zakupy. Dziewczyna właśnie wróciła z przepustki. Spędziła dwie noce na wolności. Strasznie jej tego zazdrościłam.
- Suka czy wege? – spytałam.
- Suka – odpowiedziała. – Zgadnij co mam – zaszczebiotała, po czym wyjęła zza pleców ogromną butelkę płynu do płukania ust.
- Postanowiłaś wreszcie zadbać o higienę?
- Chyba powinnam się obrazić – syknęła, po czym odkręciła korek i podetknęła mi butlę pod nos.
- Wóda – uśmiechnęłam się.
- Robiłam tak na każdej wycieczce szkolnej – powiedziała dumnie. – Chciałam ci też przemycić paczkę ciastek, ale niestety znaleźli.
- Spoko.
- To jak? Napijemy się za kobiecą solidarność? – spytała.
- Podziękuje, w moim wypadku byłoby to marnotrawstwo.
- To zombie nie mogą się upić?
- Wiesz, że jestem zombie? Wierzysz w to? – zdziwiłam się.
- No pewnie, widziałam wywiad z tobą – odpowiedziała, po czym wzięła łyk alkoholu.
- Właśnie za to mnie tu zamknęli – jęknęłam.
- Ja nie mam wątpliwości. Przyjrzałam się twoim lekom. Bierzesz ich tak dużo, że taka dawka powaliłaby trzy osoby, a ty nie jesteś ani trochę przymulona. Do tego nie jadłaś nic od prawie tygodnia. Jak nic musisz być martwa, a personel jest tego świadomy.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem. Na przykład dlaczego przyszłaś do mnie.
- Jesteś jedyną kobietą na tym oddziale, która pozostała przy zmysłach. Brakuje mi babskich pogaduszek.
- No to gadaj – westchnęłam.
- Facet mnie rzucił, ale był tępym chujem, więc spoko. Chłopak Carmen też ją zostawił, więc pewnie moja druga jaźń również przyjdzie się do ciebie wyżalić.
- Po prostu zajebiście – mruknęłam. – A tak w ogóle to co słychać na świecie?
- Nic ostatnio nie jebło, nikt sławny nie umarł, a jeśli chodzi o zombie to raczej umiarkowanie. Nawet przejrzałam artykuły pod tym kątem, ale chyba nikt nie zauważył twojego zniknięcia.
- Dzięki. Kurde, jak brakuje mi tego szumu w głowie po alkoholu – rozmarzyłam się. - Chętnie bym się teraz porządnie nachlała.
- Przesrane masz z tą zombicznością.
Z moich ust wyrwało się warknięcie. Sasha spojrzała na mnie jak na głupią. Nie mogłam się uspokoić, obnażyłam zęby.  Byłam taka głodna, a ona znajdowała się tak blisko, pachniała tak cudnie…
- Wynoś się! – wrzasnęłam.
Rzuciłam się w jej stronę, wyjąc przy tym. W ostatniej chwili udało mi się powstrzymać. Mój umysł przepełniał zew krwi. Chciałam zdobyć pożywienie za wszelką cenę. Nigdy się tak nie czułam. Głód towarzyszył mi od tygodnia. Irytował mnie, stawał się coraz silniejszy. Nie mogłam tego znieść. Byłam taka głodna…
- Coś się stało? Masz atak? Wezwać pielęgniarkę? – Sasha była przerażona.
- Nie! Nie mów nikomu! – krzyknęłam. – Po prostu wyjdź i zamknij za sobą drzwi.
Dziewczyna natychmiast chwyciła swoją butelkę i opuściła pokój, a ja przeczołgałam się pod ścianę. Wiłam się na podłodze, cały czas rycząc. Zdesperowana wgryzłam się w swój rękaw. Syczałam, warczałam i miotałam się wściekle. Nie mogłam myśleć. Chciałam tylko jeść. W końcu zwyciężył strach. Jeśli ktokolwiek wszedłby do sali, na pewno stałby się moim posiłkiem. Zaczęłam ciężko dyszeć, skupiłam się na oddechu. Czułam, że już po wszystkim. Przewróciłam się na plecy. Wtedy weszła pielęgniarka.
- Co to za wrzaski? – syknęła kobieta.
- Głowa tak strasznie mnie boli – jęknęłam. – Już nie wytrzymam.
Było to kłamstwo idealne. Sanitariuszka ryknęła, że żadnych leków nie dostanę, po czym zostawiła mnie samą. Musiałam działać. Groźba zatrucia to jedno, ale gdybym kogoś skrzywdziła, nie wybaczyłabym sobie do końca życia. Oznaczałby to, że przestałam być człowiekiem… Nie mogłam do tego dopuścić.
Szybko skojarzyłam wszystkie fakty i wpadłam na pewien pomysł. Był szalony, ale sprawy zaszły już za daleko. Mieliśmy weekend, pracował jedynie jeden lekarz, do tego nie był skorumpowany. Do obiadu została ponad godzina. Był to idealny moment. Ściągnęłam z łóżka prześcieradło, po czym podarłam je na trzy, pionowe pasy. Tkanina była cienka, sprana i marnej jakości, dlatego poszło łatwo. Kawałki materiału splotłam w warkocz, po czym owinęłam się nim ciasno w pasie. Narzuciłam na siebie luźną bluzę, a materac dokładnie przykryłam kołdrą. Skoro do tej pory nikt mnie nie przyłapał, to wszystko zapowiadało się całkiem nieźle.
Wyszłam na korytarz, po czym skierowałam się do toalety, na szczęście była wolna. Pomieszczenie było zaniedbane i zdecydowanie wymagało remontu. Spojrzałam na rurę pod sufitem. Były dwa wyjścia. W wypadku powodzenia bez trudu opuściłabym szpital. Mogło się również nie udać, a ja wpakowałabym się w kolejne kłopoty. Największym problemem byłoby jednak, gdybym kogoś zagryzła. Musiałam podjąć to ryzyko.
Stanęłam na sedesie i przewiązałam zaimprowizowaną linę nad sobą. Związałam z niej pętle. Pociągnęłam sznur kilka razy dla pewności, po czym skoczyłam. Wisiałam pół metra nad ziemią. Doskonale poznałam wzory, według których pracowały pielęgniarki. Toaleta nie była zamykana. Jeśli przez jakieś dziesięć minut nie dam znaku życia, to ktoś wejdzie sprawdzić co się dzieje. Możliwe było też, że znajdzie mnie jakiś pacjent. Już wcześniej rozważałam opuszczenie psychiatryka poprzez pozorowane samobójstwo, jednak niosło to z sobą duże ryzyko niepowodzenia.
Po kilku minutach usłyszałam odgłos otwieranych drzwi, natychmiast zamknęłam oczy. Pielęgniarka rzuciła się w moją stronę, krzycząc, że znalazła wisielca. Złapała mnie za nogi i podniosła go góry. Po chwili do pomieszczenia weszła druga osoba, która mnie odcięła. Ułożyli mnie na podłodze. Kobieta chciała sprawdzić mi oddech, jednak kaszlnęłam. Nie chciałam, żeby ktoś sprawdził moje funkcje życiowe. Poruszyłam głową i delikatnie otworzyłam oczy. Pojawił się lekarz. Przebadał mnie szybko i powiedział, że trzeba mnie natychmiast zawieść do szpitala. Załadowali mnie na nosze. W ostatniej chwili udało mi się powstrzymać przed uśmiechnięciem się. Musiałam przecież udawać umierającą.
Dwójka sanitariuszy zaciągnęła mnie do windy. Skojarzyłam, że jeden z nich był uczciwy. Opuściliśmy budynek, po czym skierowaliśmy się na parking. Mężczyźni zapakowali mnie do karetki, po czym wsiedli za mną. Kierowca natychmiast ruszył. Pielęgniarz założył mi maskę tlenową. Skupiłam się na oddychaniu.
Jechaliśmy na sygnale. Po dwudziestu minutach byliśmy na miejscu. Rozpoznałam ten szpital. To właśnie tu przechodziłam wcześniej dializę. Trafiłam na oddział, personel już nas oczekiwał.
- Co się stało? – spytał lekarz.
- Samobójczyni. Powiesiła się w łazience – odpowiedział pracownik psychiatryka.
Słyszałam jakieś krzyki. Nie za wiele z tego rozumiałam. Nie znałam się na medycznej terminologii. Przełożono mnie na łóżko szpitalne. Sanitariusze zostali odprawieni. Gdy trafiłam do sali zdjęłam maskę i podniosłam się.
- Przepraszam za kłopot – powiedziałam.
- Co jest?! – zdziwiła się pielęgniarka, która właśnie podpięła mi kardiograf. – Przecież ty nie żyjesz.
- Chwila… Ty jesteś Reva McCartney? – spytał lekarz. – Byłaś tu już chyba.
- Tak.
- Co tu robisz? – zdziwił się.
- Właśnie uciekam z psychiatryka – postanowiłam powiedzieć prawdę. – Zamknęli mnie za to, że uważam się za zombie. Musiałam jak najszybciej opuścić oddział.
- Rozumiem, że mogę zaprzestać procedury ratującej życie – spytała sanitariuszka.
- Tak, nic mi nie jest – odpowiedziałam. – Ja po prostu jestem martwa.
- Nie mogę uwierzyć – doktor był podekscytowany. – Dasz mi autograf?
- Jasne – jęknęłam zdziwiona.
Mężczyzna podał mi notatnik oraz długopis. Złożyłam podpis. Nie wyglądał zbyt efektownie, ale przynajmniej był czytelny.
- Jeśli potrzebujesz czegokolwiek, to mów.
- Jeść! – krzyknęłam.
- Na co masz ochotę?
- Na cokolwiek, byleby było tego dużo.

Beckett, powiadomiony przez lekarza, przyjechał do szpitala. Pojawił się na oddziale akurat wtedy, gdy kończyłam ogromną porcję gulaszu. Na jego twarzy malowało się coś po między zmartwieniem a poczuciem winy.
- Co tu robisz? – spytał. – Jeszcze góra tydzień i wyciągnął bym cię stamtąd.
- Wczoraj do leków dopisano mi truciznę na zombie, musiałam uciekać – nie chciałam zdradzać prawdziwego powodu.
- Jak to zrobiłaś?
- Powiesiłam się w kiblu, musieli mnie tu odwieźć.
- No to teraz możesz powiedzieć, że jesteś seryjnym samobójcą – zaśmiał się.
- To nie jest śmieszne! – syknęłam. – No dobra… Trochę jest.
- To coś monitoruje twoją akcję serca? – wskazał na monitor, znajdujący się obok mojego łóżka.
- Pielęgniarka wyłączyła dźwięk, dlatego zapomniałam, że wciąż jestem do niego podłączona – przez chwilę obserwowaliśmy prostą kreskę, na której w końcu pojawiło się jedno wybrzuszenie.
- Twoje serce jednak działa. W takim razie dlaczego jesteś taką suką?
- Wal się – powiedziałam, po czym rzuciłam w niego plastikowym kubkiem, stojącym na szafce.
- Dobra zbierajmy się stąd – podał mi reklamówkę, w której znalazłam swoje ubrania.
- Możemy tak po prostu sobie iść? – zdziwiłam się.
- Rozmawiałem z lekarzem. Wypisze cię z powodu zgonu – wyjaśnił. – Później zgłosisz się na badanie, które potwierdzą, że naprawdę nie żyjesz, ale najpierw trzeba będzie umówić się na wizytę.
- To fajnie – chwyciłam torbę z ciuchami po czym zamknęłam się w łazience. – Szefie?! -  krzyknęłam zza zamkniętych drzwi.
- Tak?
- Dotykałeś mojej bielizny?!
- Odmówiłem sobie tej przyjemności – usłyszałam odpowiedź. – Helen pakowała.

Szczęśliwa wróciłam na teren naszej jednostki. Wysiadłam z samochodu dowódcy, wbiegłam do budynku i skierowałam się do świetlicy samobójców. Trwał właśnie typowy dla łowców maraton filmowy.
- Wróciłam! – krzyknęłam.
Ktoś zastopował film. Jessica rzuciła się w moją stronę, po czym mnie przytuliła. Gdy próbowała mnie zadusić, zauważyłam nowe twarze.
- Mamy nowych agentów – zaczął Jeremi. – To jest Amy Ribeiro – wskazał na postawną murzynkę. –  Jens Koertig – machnął na blondyna. – A  to jest  Marco  Vade… Vadeb… - zająknął się. – A to jest Vader.
- Marco Vadeboncoeur – przedstawił mi się mężczyzna, po czym podał mi rękę.
Przyjrzałam się nowemu towarzystwu. Amy była dość wysoka i dobrze zbudowana, również w tym pożądanym przez mężczyzn sensie. Należała do tych czarniejszych Afroamerykanów. Miała bardzo ciemną skórę, szeroki nos, oraz mocno kręcone, czarne włosy.
Jens był jeszcze bardziej propagandowym żołnierzem niż Jerry, zresztą sądząc po nazwisku był Niemcem. Miał umięśnioną sylwetkę, niebieskie oczy, a do tego blond włosy, które zaczesywał do tyłu. Idealnie pasowałby do niego czarny mundur esesmana. Do tego był nieziemsko przystojny.
Marco był jego zupełnym przeciwieństwem. Wyglądał jak tyczka. Był strasznie wysoki, na oko miał grubo ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, niemal dorównywał Owenowi, był jednak strasznie szczupły. Zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem do tej pory się nie połamał. Mężczyzna był dość blady i miał krótkie, czarne, kręcone włosy. W lewym uchu miał kolczyk. Jego wygląd kojarzył mi się z kimś po miedzy gangsterem a alfonsem.
Maraton został wznowiony, nie miałam jednak ochoty na oglądanie „Matrixa”. Udałam się do swojego pokoju niemal podskakując. Klucz znalazłam w drzwiach. Weszłam do środka, po czym uwaliłam się na łóżku. Po chwili zastanowienia rzuciłam się w stronę lodówki. Wyciągnęłam zapiekankę, po czym włożyłam ją do mikrofalówki. Żeby w ciągu tej minuty nie umrzeć z głodu, zaczęłam podgryzać kabanosa. W końcu usłyszałam piknięcie. Wyłożyłam jedzenie na talerz, po czym usadowiłam się przy biurku. Postanowiłam sprawdzić maile. Nie dostałam żadnej ciekawej wiadomości, sam spam. Gdy skończyłam posiłek, usłyszałam pukanie do drzwi. Po usłyszeniu mojego zaproszenia do pokoju wszedł młody mężczyzna, którego znałam z widzenia. Miał ze sobą średniej wielkości pudełko.
- Jestem technikiem agencji – powiedział. – Jeremi zlecił mi dostosowanie masek do twoich potrzeb – położył pudełko na moim łóżku. – Wzmocniłem filtr oraz wbudowałem mikrofon – wyjaśnił.
- Dlaczego przynosisz to wszystko do mnie? – spytałam.
- Boję się tej kobiety z administracji – jęknął.
- Rozumiem.
- W pudełku masz również zapasowe filtry, kilka słuchawek kompatybilnych z mikrofonem, oraz instrukcję, jak to wszystko ustawić – technik skierował się do drzwi. – Mam ci również przekazać, że od następnej misji wszyscy będą śmierdzieć.
Zostałam w pokoju całkiem sama. Nie potrafiła się oprzeć, natychmiast przymierzyłam jedną z masek. Przejrzałam się w lustrze. Była cudna, wyglądała lepiej niż na zdjęciu, do tego była wygodna i nigdzie nie uwierała. Jakkolwiek źle to brzmi, było mi w niej po prostu ładnie. Pasowałabym do steampunkowej stylizacji. Nie mogłam się powstrzymać. Rozpuściłam włosy, po czym wyciągnęłam telefon. Zrobiłam sobie zdjęcie, po czym rozesłałam je wszystkim znajomym.

Wieczorem udałam się do świetlicy. Po drodze minęłam Owena. Amy coś do niego krzyknęła, jedna ten tylko fuknął.
- A temu co? – spytałam, siadając na kanapie obok Jessiki.
- Jest wściekły, bo przestał być symbolicznym murzynem – wyjaśniła.
- Rozumiem. Tylko on może przejmować się taką głupotą. Kiedy właściwie nowi agenci dołączyli?
-  Pięć dni temu – odpowiedziała Jess. – Nawet nie wiesz co tu się działo, gdy cię nie było – jęknęła.
- Co masz na myśli? – spytałam.
- Jens. Połowa pracownic za nim lata, a druga narzeka, że nie ma u niego szans.
- Fakt, jest przystojny – zgodziłam się. – Ale aż tak?
- Nic nie rozumiesz. On jest dobrze wychowany, uroczy i inteligentny. Wiesz, że jednocześnie z szkoleniem W.A.D.A.Z. skończył inżynierię?
- Serio? – zdziwiłam się. – Zdolny jest.
- Ale to jeszcze nic. W ciągu kilku dni dał kosza ponad dwudziestu dziewczynom, jednak zrobił to w taki sposób, że teraz wszystkie szaleją za nim jeszcze bardziej. Po prostu facet ideał.
- To fajnie – westchnęłam.
- Coś nie tak? – spytała Jess. – Widzę po twoich oczach, poznałaś kogoś. Jaki on jest?
- To tylko kumpel – wyjaśniłam. – Ma na imię Jeffrey i od pięciu miesięcy gnije w psychiatryku. Długo już nie pociągnie, do tego mogą chcieć się go pozbyć po mojej ucieczce. Martwię się.
- I co zrobisz?
- Nie wiem. Facet ma kompletnie nasrane w papierach, nigdy go nie wypuszczą. Mogłabym go odbić siłą, ale co potem?
- Przepraszam, że przeszkadzam – usłyszałam głos Marco za naszymi plecami. – Przez przypadek usłyszałem o czym rozmawiacie, i chyba mogę pomóc. Mam pewne znajomości…
- Zgodzę się na wszystko – przerwałam.

Dwa dni później nasza akcja była już gotowa. Udaliśmy się we trójkę - ja, Marco oraz Jessica. Wszystko mieliśmy zaplanowane. Wieczorem zaparkowaliśmy wynajętym samochodem w lesie, tuż pod szpitalem psychiatrycznym.
- Na pewno chcesz to zrobić? – spytała Jess. – To co robimy jest w chuj nielegalne, a dowódca przecież mówił, że doprowadzi do zamknięcia ośrodka w ciągu miesiąca.
- A jaką mam pewność, ze Jeff tego dożyje? – fuknęłam. – Poza tym poprosiłam Becketta, aby użył swoich kontaktów i sprawdził jego akta. Ktokolwiek go wrobił, odwalił kawał dobrej roboty. Kiedy Jeffrey gnił na oddziale, odbyła się rozprawa. Dowody były solidne, a wyrok prawomocny, praktycznie nie do podważenia.
- Jak chcesz – jęknęła.
Wysiadłam z samochodu. Miałam na sobie swój stary wojskowy mundur, który na szczęście zachowałam z sentymentu. Wyciągnęłam karabin, po czym poprawiłam magazynki przy pasku. Nałożyłam hełm i naciągnęłam chustę na twarz. Ruszyłam w kierunku ośrodka. Jednym susem przeskoczyłam wysokie ogrodzenie, po czym skierowałam się do wejścia. Zauważył mnie sanitariusz, który wyszedł na papierosa. Strzeliłam bez wahania. Strzałka ze środkiem usypiającym wbiła mu się w ramię. Przeszukałam kieszenie mężczyzny i zabrałam mu kartę dostępu.
Weszłam od strony garażu. Nie napotkałam żadnego oporu. Kolejną osobę spotkałam dopiero przy schodach prowadzących na piętro. Obezwładniłam ją, po czym chwyciłam stojący na korytarzu fotel, z którym weszłam na górę. Wsunęłam kartę do czytnika, od tej strony nie potrzebowałam kodu. Wejście stanęło otworem, postawiłam przyniesione przeze mnie siedzisko w progu, po czym natychmiast rzuciłam się na ochroniarzy, bez trudu pozbawiłam ich przytomności.
- Jeffrey! Wychodzimy! – krzyknęłam.
Jakiś pielęgniarz rzucił się w moją stronę, natychmiast oberwał strzałką w udo. Ktoś włączył alarm, jednak drzwi zatrzymały się na fotelu. Nikt już nie kwapił się do powstrzymania mnie.
- Reva?! Co ty tu robisz?! – Jeff rzucił się w moją stronę.
- Ratuję cię – uśmiechnęłam się, po czym pociągnęłam go do siebie. – Pośpiesz się, zaraz ochroniarze się tu zwalą.
- Hej! – usłyszałam Sashę. – Mnie też zabierz! – kilka osób jej zawtórowało.
- Słuchaj, ty serio potrzebujesz leczenia, poza tym nic ci nie zrobią – starałam się ją uspokoić. – Mój dowódca już pracuje nad tą sprawą. Szpital przestanie istnieć w ciągu miesiąca – wyjaśniłam wszystkim. – Bardzo mu na tym zależy, wkrótce będziecie wolni – wolałam nie wspominać, że powodem gorliwości Becketta była chęć pozbycia się miejsca, gdzie zamordowano kilku świadków ataków zombie.
Opuściliśmy oddział, po czym odkopnęłam fotel, mimo to drzwi nie zatrzasnęły się z powodu braku zasilania. Chwyciłam mężczyznę za rękę i zaczęłam ciągnąć w stronę schodów, zanim pacjenci zorientowali się, że wciąż mają szansę na ucieczkę. Napotkaliśmy kilku ochroniarzy. Pierwszy z nich oberwał, nim zdążył zareagować. Mężczyźni wyciągnęli pistolety. Zdążyłam strzelić i obezwładnić kolejnego przeciwnika, chwile później dostałam w rękę, kula przeszła na wylot. Jeffrey, który został ochlapany moją krwią, krzyknął przerażony.
- Nic mi nie będzie. Zapomniałam ci wspomnieć, że jestem zombie. – wyjaśniłam. – Schowaj się na schodach.
Rzuciłam się w stronę napastników. Wykonałam unik przed kolejną kulą, po czym przywaliłam wrogowi kolbą od karabinu. Kolejnemu mężczyźnie podcięłam nogi, a gdy wylądował na ziemi strzeliłam mu w pierś. Ostatniemu z nich strzeliłam w plecy, kiedy próbował uciec. Cofnęłam się pod schody i podniosłam pocisk, którym oberwałam. Wyciągnęłam z kieszeni ampułkę z kwasem, po czym polałam nim ślady krwi na podłodze, podobnie zrobiłam z plamami na ścianie.
- Mam nadzieję, że niczego nie pominęłam – mruknęłam. – Możemy ruszać dalej.
Opuściliśmy budynek już bez problemów, wszyscy pracownicy najwyraźniej pochowali się w swoich gabinetach. Dotarliśmy pod ogrodzenie. Mężczyzna jęknął. Westchnęłam, przewiesiłam karabin przez ramię i wzięłam mojego towarzysza na ręce. Przeskoczyłam przez płot, po czym postawiłam Jeffa na ziemi. Pociągnęłam go w stronę samochodu. Dotarliśmy na miejsce i usadowiliśmy się na tylnej kanapie auta.
- Ruszaj! – krzyknęłam do Jessiki.
- Mogłaś zlikwidować tych ochroniarzy wcześniej – wysapał Jeff, jego kondycja była w strasznym stanie.
- No pewnie – warknęłam. – Znałam rozkład jedynie naszego oddziału, gdybym błąkała się po szpitalu w poszukiwaniu ochroniarzy, ktoś by mnie zauważył i poinformował policję, a teraz mielibyśmy na głowie kilka radiowozów. Najpierw musiałam cię wyciągnąć, rozpierducha musiała poczekać.
- Nie mogę uwierzyć, że jestem wolny – zaśmiał się. – Ale co teraz?
- Wszystko mamy już  dokładnie zaplanowane – uspokoiłam go. – To jest Marco – wskazałam na swojego przyjaciela, który siedział z przodu. – Ma on pewne… znajomości. Zna ludzi, którzy załatwią ci lewe dokumenty oraz przechowają przez kilka dni. A potem dołączysz do łowców zombie.
- Jak to?
- Przykro mi Jeff, ale raczej nie masz wyjścia. Agencji W.A.D.A.Z. odpowiadają jedynie przed organizacją, dlatego jeśli przejdziesz szkolenie i zaliczysz pierwszą misję, będziesz już bezpieczny. Nikt nie będzie mógł cię zgarnąć ani za posługiwanie się fałszywą tożsamością, ani za ucieczkę z psychiatryka.
- Czy to możliwe? Znowu będę całkowicie wolnym człowiekiem? – jego oczy aż błyszczały z podniecenia.
- Oczywiście – uśmiechnęłam się. – Mój znajomy jest szkoleniowcem w Nowym Jorku, już obiecał wciągnąć cię na listę. Jesteś byłym wojskowym, dlatego twoje szkolenie będzie trwało jedynie pół roku. Jeśli przez ten czas nie dasz się złapać, to później będziesz całkowicie bezpieczny.
- A co z wami? Nie będziecie mieli problemów?
- Nie mają żadnych dowodów, że to my. Jak widziałeś zniszczyłam swoje ślady DNA, na nagraniach również mnie nie rozpoznają. Jedynie ty mnie rozpoznałeś – skrzywiłam się. – Ale jesteś w końcu chory psychicznie, nie będzie to zbyt wiarygodny dowód. Poza tym, w razie czego mam zapewnione alibi.
- To gdzie teraz jedziemy? – spytał.
- Po twoje nowe życie.
Mężczyzna uśmiechnął się, po czym wygodnie usadowił na kanapie. Po raz pierwszy od dawna poczuł się bezpieczny. Chwilę po tym, jak wyjechaliśmy na główną drogę, minęło nas kilka radiowozów na sygnale. Całe szczęście zdążyliśmy. Samochód wyjeżdżający z dróżki, która prowadzi jedynie do napadniętego szpitala, wyglądałby bardzo podejrzanie.
Spojrzałam na Jeffa, który jakimś cudem zdążył zasnąć. Był wychudzony i nieświeży, jednak uśmiechał się przez sen. Wyglądał strasznie spokojnie.
- Nawet słodki z niego facet – powiedziała Jessica.
- Jest gejem – ostudziłam jej zapał.

Przypominam o głosowaniu na blog miesiąca. Możecie KLIKNĄĆ TUTAJ, lub zagłosować na mnie bezpośrednio na tym blogu. (gardzę sobą za taką formę reklamy)

9 komentarzy:

  1. Rozdział wyszedł Ci cudownie. Ten pomysł na ucieczkę był genialny. Mam jednak wrażenie, że ten psychiatryk jeszcze się pojawi (albo inny). Co się stanie z osobami niewinnymi? Wrócą na wolność, czy trafią do innego?

    Biedny Owen, ale chociaż wciąż to jedyny czarnoskóry mężczyzna! :D Jak pierwszy raz przeczytałam nazwisko Marca to myślałam, że nazywa się Venusaur >.< Coś dawno nie było większej akcji z Zombiakami (ostatnia 7 rozdziałów temu .-.)

     Cały czas się zastanawiam, czy wirus Zombie może przenosić się drogą płciową? (Tak wiem, że to głupie, ale Reva wciąż żyje... tak jakby)

     Pochwaliłabym Cię jeszcze, ale mam mało czasu. Znalazłam też kilka błędów:

    "...wybaczyłabym sobie do końca życie." - powinno być "życia"
    "Strzałka z środkiem usypiającym wbiła..." - powinno być "ze"
    "...wyglądałby bardzo podejrzany." - raczej "podejrzanie", albo "na bardzo podejrzany"

    Pozdrawiam i weny życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błędy poprawione, najwyraźniej mój korektor, tonąc w kolejce do lekarza zgubił gdzieś mózg...
      Jeśli chodzi o przenoszenie drogą płciową, to jakoś wcześniej na to nie wpadłam, ale już mam wszystko wytłumaczone:
      Jeśli ktoś seksiłby się z takim zwykłym zombiakiem, to by się zaraził (co jest niemożliwe, bo zanim by doszło do czegokolwiek, to zboczeniec zostałby zeżarty). Jednak jeśli jakiś szczęściarz zaliczyłby Revę, to nic by mu się nie stało, gdyż w jej krwi krąży zmutowana wersja wirusa, która działa antyzombifikacyjnie i jest nieszkodliwa dla ludzi.

      Usuń
  2. Rozdziaaaał!!! :D
    A już zaczęłam organizować akcję ratunkową dla korektor(ki?) :<
    No cóż, misja musi poczekać.
    Ogólnie rozdział super, chociaż czekam na więcej Carmen i Sashy. Pojawi się jeszcze, prawda? O czemu tak krótko? ;D
    Czekam na kolejny :D

    OdpowiedzUsuń
  3. witaj!
    Chciałbym Cię serdecznie powiadomić, iż zostałaś nominowana do LBA na blogu:
    https://jestemtwoimbratem.blogspot.com/p/lba-2.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Po wielu, wielu dniach w końcu jest!

    http://orig14.deviantart.net/2130/f/2016/220/4/1/wadaz_by_immaturegirl-dad4bgk.png

    Mogę zostawić także chamska reklamę mojego DeviantART'u?

    http://immaturegirl.deviantart.com/

    Aj zostawiłam!

    OdpowiedzUsuń
  5. O matko, to jest genialne:)
    Będę się odwdzięczać:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czyli główna bohaterka jest zombie? Spoko :D
    Ciekawie przeprowadziłaś tą ucieczkę, aż chce się czytać co się stanie dalej :)
    Szybko się czyta, tylko mi osobiście trochę przeszkadza ten czarny kolor.
    Może jeszcze wpadnę :D
    pozdrawiam
    ukryci-wiezniowie-iluzji.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem czy mój komentarz się wstawi bo poprzednie chyba jakoś nie chciały.
    Piszesz świetnie. Kocham to opowiadanie ^.^ Masz naprawdę talent i pomysł, że pozazdrościć. Razem z siostrą czekamy na więcej :)
    pozdrawiam
    nie-mam-bloga-ale-bardzo-chciałam-wstawić-jakiś-link.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.