31 stycznia 2017

Najtańsza Opcja

Minął ponad tydzień, odkąd nowi agenci dołączyli do naszej jednostki. Miałam nadzieję, że kolejna dziewczyna w teamie uwolni mnie od babskich inicjatyw Jessiki. Niestety, teraz zmuszały mnie do tego obie. Żadne argumenty na nie działały. Kiedy powoływałam się na prawa człowieka, one powoływały się na solidarność jajników. Gdy nadal nie dawałam za wygraną, używały broni ostatecznej – obiecywały mi jedzenie.
Tym razem zostałam zaciągnięta na wyprzedaż do jednej ze znanych sieciówek. Amy i Jess, zaraz po wejściu do sklepu, rzuciły się na stojak z asymetrycznymi koszulkami, które chyba były ostatnim krzykiem mody. Ja w tym czasie błąkałam się między wieszakami w poszukiwaniu czegoś ciekawego, nie mogąc rozróżnić nawet, który dział jest męski, a który damski. Moją uwagę zwrócił na oko czternastoletni chłopak z blond pasemkami, ubrany w białą koszulkę z napisem „Hero-in” i czerwone spodnie. Dzieciak oglądał tak ciasne rurki, że żaden facet z jajami normalnego rozmiaru nie podołałby noszeniu ich. W pewnym momencie podszedł do niego starszy mężczyzna, spojrzał krytycznym okiem na spodnie i westchnął.
- Synu, chyba najwyższa pora abyśmy poważnie porozmawiali – szepnął. – Czy ty jesteś gejem?
- Nie tato, nie jestem jakimś jebniętym pedałem – oburzył się. -  Po prostu taki mam styl. Taka jest teraz moda – niemal wykrzyczał, przeczesując wchodzącą w oczy grzywkę.
- Tylko nie tym tonem młody człowieku – skarcił go ojciec. – Koniec tego dobrego. Albo zaczniesz ubierać się jak facet, albo przyznasz się do bycia homoseksualistą, bo ja mam już tego dosyć.
- Ale tato…
- Żadnego ale – przerwał mu. – Nawet twoja sześcioletnia siostra ubiera się bardziej męsko od ciebie, byś się wstydził. Jeśli nie przemyślisz swojego zachowania, to zabiorę ci twojego nowego I Phona.
Mój, i tak nadwyrężony przez przyjaciółki fashionistki, mózg już tego nie udźwignął.
- Ale cipa – mruknęłam pod nosem, po czym wybuchłam śmiechem.
- Czy ty masz jakiś problem?! – naskoczył na mnie chłopak, którego podświadomie zaczęłam nazywać cipeuszem.
- Po prostu nie mogę się nadziwić, że wlazłeś w tak ciasne spodnie – odpowiedziałam z starając się zachować powagę.
- Słuchaj szmato, jeśli niemiałabyś tak tłustej dupy, to też mogłabyś się jakoś modnie ubrać.
Mimowolnie się zaśmiałam, gdyby nie cycki, to mogłabym nosić XS, a jeśli chodzi dupę… Niemal połowa mężczyzn z oddziału interwencyjnego upodobało sobie klepanie mnie po tyłku, nie żebym była z tego powodu zadowolona. Na każdą próbę molestowania odpowiadałam ostrym wpierdolem, oznaczało to jednak, że moim pośladkom raczej nie można było nic zarzucić.
Spojrzałam na patykowate nogi nastolatka i porównałam je ze swoimi i tak nazbyt szczupłymi udami. Od czasu zombifikacji wyglądem przypominałam anorektyczkę, jednak to było nic w porównaniu z sylwetką tego dzieciaka.
 Młodemu najwyraźniej nie spodobał się sposób w jaki na niego patrzę, bo podszedł do mnie i zbliżył swoją twarz do mojej, zupełnie jakby rzucał mi wyzwanie w gapieniu się. W moją stronę zaczęły lecieć różne, wyszukane nazwiska. Niezbyt wiedziałam co mam zrobić z tym faktem, w końcu dzieci i kobiet nie wypada bić. Ojciec delikwenta patrzył to ta mnie, to na niego, po chwili złapał się za głowę. Miałam na sobie czarne jeansy, trampki i prosty top. Byłam pewna, że ubolewa nad tym, że mimo tego, że mam ewidentnie damską budowę ciała i jestem kilka centymetrów niższa, to nadal wyglądam bardziej męsko niż jego synek. Powód jego zmartwienia okazał się jednak bardziej przyziemny.
- Boże, za jakie grzechy? Mój pierworodny ma cycki pod samym nosem, ale zamiast się na nie gapić, woli się kłócić o jakieś pedalskie gacie.
- Czy to znaczy, że mogę nim jebnąć o podłogę? – spytałam z nadzieją.
- Ta akurat – zaśmiał się nastolatek. -  Co najmniej dwa razy w tygodniu  chodzę na siłownię, nie dasz…
Nie dałam mu dokończyć, chwyciłam gnojka za kołnierz i podniosłam do góry. Potrząsnęłam nim kilka razy jak kukłą, po czym rzuciłam na ziemię. Gdy masował sobie obtłuczone plecy, z moich ust wyrwało się ciche, triumfalne warknięcie.
- Ona jest psychiczna! – krzyknął młodziak, odczołgując się w stronę taty.
- Synu, ta pani jest zombiakiem i jest zajebiście silna.
- Wiedział pan kim jestem i mimo to pozwolił stłuc swojego syna? – zdziwiłam się.
- Porządny kop w dupę mu nie zaszkodzi, poza tym, jestem pani wielbicielem.
- Eee… Bardzo mi miło? – nienawidziłam, gdy zaczepiali mnie jacyś „fani”.
- To ona w ogóle jest sławna? – zdziwił się szczyl.
- Synek, od dwóch miesięcy na całym świecie gada się tylko o zombie, a ty nawet nie wiesz, że ta pani jest czołowym łowcą zombie, no a do tego fajna z niej laska.
- Dziękuję? – zaczynałam mieć powoli dosyć.
- Proszę bardzo – odpowiedział ojciec.
Wykorzystałam chwilę nieuwagi mężczyzny aby zniknąć. Schowana za wieszakiem z kieckami odetchnęłam z ulgą. Sama nie wiedziałam kto z nich był gorszy. Synek chyba-waginosceptyk, czy ojciec prawie-psychofan? Spotkanie z owymi osobnikami skłoniło mnie do refleksji.  Przyszłość naszego narodu nie przedstawiała się najlepiej.
Obecność sukienek utwierdziła mnie w tym, że tym razem znajduję się w damskim dziale. Po chwili zauważyłam Jessikę, która przeglądała spódnice. W momencie, gdy miała chwycić wieszak, jej ręka natrafiła na czyjąś dłoń. Wiedziałam, że to nie wróży nic dobrego.
- Znajdź sobie inną – warknęła Jess.
- Zapomnij durna szmato, to ostatnia w tym rozmiarze! – odwrzasnęła niska, zbyt opalona blondynka.
Moja przyjaciółka nic nie odpowiedziała. Wolną ręką zaczęła grzebać w torebce, po chwili wyciągnęła z niej swoją berettę, bo czym wycelowała nią w przeciwniczkę. Dziewczyna natychmiast puściła spódnicę i odskoczyła w tył. Jessi wykorzystała ten moment, schowała broń i ruszyła w moją stronę, maszerując z miną wojownika, powracającego z ciężkiej, ale zwycięskiej bitwy.
- Zajebista, co nie? – spytała, podtykając mi pod nos błękitną, zwiewną spódnicę.
- Wiesz co? – zaczęłam. – Zakupy to jednak sport wyczynowy.

Było już grubo po południu, leżałam na swoim łóżku, odpoczywając po zakupach. Krążyłyśmy po sklepie przez ponad trzy godziny, dziewczyny wróciły obwieszone torbami, ja sama kupiłam jedynie dwie bluzki, z jakiegoś powodu nie mogłam patrzeć na spodnie. Teraz miałam nadzieję, że będę mogła się zrelaksować i poczytać sobie książkę.
Poczułam wibrację na nadgarstku. Westchnęłam i sprawdziłam komunikator. Zostałam zawezwana do dyrektora Therensa Jonsona.
Niechętnie wdrapałam się na najwyższe piętro. Nienawidziłam tego fragmentu budynku, jak dla mnie był zbyt służbowy. Znajdowały się tu wszystkie biura w jednostce. Pierwszy raz zostałam zaproszona do gabinetu dyrektora, z niewielkim trudem odnalazłam odpowiedni pokój.
- Nieważne o co mnie oskarżacie, jestem niewinna – powiedziałam w drzwiach.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, przywoływało na myśl biuro szkolnego pryncypała. Ściany były pokryte granatową farbą, a podłogę pokrywał ciemny, drewniany parkiet. Ogromne biurko stało pod oknem, które było zasłonięte szarymi roletami. Pod ścianą stał ogromny regał, pełny różnych książek i dokumentów.
- Serio? Bo ja słyszałem, że stłukłaś dwóch agentów i ukradłaś z bufetu placek – rzucił Therens Jonson.
- Ale to nie ja – broniłam się jak dziecko.
- Nieważne, nie po to cię tu wezwałem.
Z zaciekawieniem zerknęłam na wszystkich. W gabinecie znajdował się dyrektor, Bruce Beckett oraz mężczyzna o wątłej budowie ciała i wymoczkowatym wyglądzie.  Dyrektor wskazał właśnie na niego. Tajemniczy gość wyjął z pod biurka pudełko, zdałam sobie sprawę, że to transporter dla zwierząt. Wymoczek otworzył drzwiczki, po chwili ze skrzynki wylazł mały pies o śmiesznych, lekko klapniętych uszach i brązowo-białym umaszczeniu. Zaczął obwąchiwać całe pomieszczenie, machając przy tym ogonem jak głupi.
- To jest Steven Ratliff, treser psów policyjnych – kontynuował Jonson. – A ten maluch to Tito.
- I co w związku z tym? – spytałam.
- Jakiś czas temu zauważyłaś, że jesteś w stanie rozpoznać obecność wirusa po zapachu. Jesteś jedyną osobą, której wirus nie zaszkodzi, no i wiesz również pod jakim kątem szukać. Będziesz go trenować.
- Że co?!
- Steve jest tu by ci pomóc, jednak podczas treningu nikt, oprócz ciebie, nie może się do psa zbliżyć. Mamy już przygotowane odpowiednie pomieszczenie do treningów. Od tej pory pies przechodzi pod twoją opiekę – wyjaśnił Beckett.
- Ale dlaczego dostaliśmy takiego wypierdka?
- Bo to Jack Russel Terrier, sami poprosiliśmy… o taki kompaktowy model. Tito ma rok i dwa miesiące, szkolony jest od trzech miesięcy, to idealny moment, żeby nauczyć go wykrywać wirusa. Twoim zadaniem jest sprawdzić, czy psy są w stanie to robić. Jeśli okaże się, że tak, to pomyślimy o programie szkoleń.
- Czy mogę się nie zgodzić? – spytałam z nadzieją.
- Nie. To już postanowione. Gdyby ktoś inny miał go szkolić, kosztowałoby to nas za dużo zachodu. Trzeba by zainwestować w odpowiednie kombinezony, zebrać odpowiedni zapas antidotum i zająć się innymi pierdołami, a nawet nie wiemy, czy eksperyment się powiedzie. Jesteś najtańszą opcją – stwierdził dyrektor.
- Aha? Tym dla was jestem? Najtańszą opcją?
- Reva, o co ci chodzi? – spytał Beckett. – Nie lubisz psów?
- Nie znoszę. Jak byłam mała, taki jeden, kudłaty wypierdek mnie zaatakował.  Pokazałabym ci blizny, ale zombiaki je zjadły.
- No to masz pecha. Gdy my tak sobie gadaliśmy, do twojego pokoju zostały wniesiony wszystkie psie szpargały. Od teraz Tito jest pod twoją opieką.
- Nie ma mowy, tego nie mam w kontrakcie – broniłam się.
- Czego chcesz  zamian? – westchnął Jonson.
- Dodatku do pensji, żywieniowego. Jestem waszą najlepszą bronią, a od czasu zombifikacji ćwierć pensji wydaję na jedzenie.
- Zgoda, co miesiąc trzysta dolarów dodatku do pensji.
- Mało, chcę tysiąc, miesięcznie i tak przeżeram jakieś dwa tysiaki – targowałam się.
- Siedemset, to moje ostatnie słowo.
- Dziewięćset, stać was na to – nie dawałam za wygraną.
- Zgoda, ale musisz wziąć udział w dwóch wywiadach dla telewizji.
- Niech będzie – westchnęłam, prawie połowa kosztów wyżywienia była tego warta.
- Tito jest wytresowany – podjął Steven. – Nie będzie ci sprawiał problemów. Zna różne komendy i jest naprawdę przyjazny.
Spojrzałam nieufnie na psa, który akurat zaczął mi się kręcić pod nogami. Mężczyzna przypiął do jego obroży smycz, po czym mi ją podał.
- Ale gówien to ja po nim sprzątać nie będę – dodałam po chwili milczenia.
- Nie ma problemu, sam go będę wyprowadzał, niemniej jednak piesek musi z tobą spędzać jak najwięcej czasu, tego wymaga szkolenie.
- No dobra, coś jeszcze powinnam wiedzieć?
- Lubi się ludziom pakować do łóżka.
- Czyli mam się spodziewać, że obudzę się w nocy z psim zadkiem na twarzy?
- Tak.
- Tresurę zaczynasz jutro – przewał nam dyrektor. – Jak będziesz miała czas, to zejdź do laboratorium i wybierz próbki do treningu. Na razie jednak zabierz Tito do swojego pokoju.
Opuściłam gabinet i jeszcze raz spojrzałam na psa, na którego miałam być skazana przez najbliższe dni, ten jednak zdawał się tym nie przejmować.
- Powodzenia – powiedział Steven. -  Ja na razie będę leciał, mam jeszcze kilka spraw.
- Poczekaj! – zawołałam za nim. – Jakie próbki powinnam wybrać?
- Na początek niech to będzie najczystsza substancja, żeby psu się nie pomieszało, czego ma szukać. Później niech próbki będą różnorodne. W pokoju razem z rzeczami psa masz również podręcznik do tresury – dodał, po czym udał się w głąb korytarza.

Gdy wróciłam do pokoju, spostrzegłam, że wszystko zostało już przygotowane. Obok mojego łóżka leżało psie legowisko oraz dwie miski. O ścianę oparta była wielka torba karmy, obok której stało jeszcze kilka puszek. Na biurku znalazłam pudełko z zabawkami, podręcznik do tresury, oraz paczkę psich przysmaków.
- Podobno jesteś grzeczny? – zwróciłam się do Tito, po czym odpięłam mu smycz.
Piesek zamerdał ogonem, po czym przystąpił do obwąchiwania pokoju. Po chwili ułożył się na podłodze, krzyżując przednie łapki i dysząc z zadowoleniem.
- Skoro ci się tu podoba, to chyba znaczy, że mogę cię tu zostawić samego – stwierdziłam, po czym rzuciłam mu jakiś gryzak.
Zeszłam na dół do laboratorium, następnie skierowałam się do pracowni mojego ulubionego naukowca. Zamiast niego zastałam jednak niską, pulchną blondynkę o  śmiesznie kręconych włosach.
- Gdzie Dex? – spytałam.
- Od dwóch dni nie rozstaje się z kiblem – odpowiedziała dziewczyna.
- Dlaczego mi nic nie powiedział? -  zdziwiłam się.
- Bo od dwóch dni nie rozstaje się z kiblem.
- Chyba nie chcę wiedzieć z której strony z niego leci – mruknęłam.
- Z obu, podobno to istna rzygo-gównokalipsa – stwierdziła. – Niestety nie on jedyny padł jej ofiarą.
- Czyli przez najbliższe dni mam sobie radzić bez niego?
- A ja ci nie wystarczę? – oburzyła się. – Dlaczego tylko doktor Abraham może się tobą zajmować?
- Dexter jest jedynym naukowcem, który nie patrzy na mnie jak obiekt testowy, więc tylko jego toleruje. Dowództwo, w trosce o zdrowie i bezpieczeństwo innych laborantów postanowiło uszanować moje poglądy.
- Puki co będziesz musiała pracować ze mną. Jestem Paula – przedstawiła się. – Miałaś przyjść przewąchać próbki, tak?
- Tak – potwierdziłam.
- W takim razie chodź ze mną.

Wróciłam do pokoju po około dwóch godzinach.  W nosie wierciło mnie od tych wszystkich próbek, które wąchałam. Udało mi się jednak wytypować te, które będą dobre na początek. Ruszyłam do łazienki, aby przepłukać śluzówki. Gdy zrobiło mi się lepiej, stwierdziłam, że to dobry moment, aby coś zjeść. Gdy sięgałam do lodówki, poczułam, że coś uderza w moje stopy. Spostrzegłam, że to Tito, który turlał w moją stronę puszkę z żarciem. Byłam naprawdę pod wrażeniem inteligencji tego psa. Wzięłam konserwę do ręki, piesek zaszczekał, po czym zaczął się we mnie wpatrywać z nadzieją. Rozejrzałam się po pokoju.
- No tak, ale otwieracza to mi nie zostawili – westchnęłam, po czym chwyciłam maczetę i wbiłam ją w wieko.

5 komentarzy:

  1. O Jezuniu, jak dobrze znowu widzieć rozdział! Nawet nie wiesz, jak się cieszę! :D
    Brak mi słów, żeby opisać, jak bardzo podoba mi się ten rozdział. I ten piesek, który Rave dostała do opieki... Myślałam, że zdemoluje jej pokój, ale jednak okazał się całkiem grzeczny. :D
    No cóż... Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej i wrócisz do dodawania kolejnych rozdziałów naszej Pani Zombie. Cokolwiek przeszkodziło Ci w pisaniu - oby się dobrze skończyło, o ile już tak nie jest.
    Do następnego rozdziału, mam nadzieję, że długo czekać nie będę musiała!
    Pozdrawiam,
    E.
    PS.
    Życzę dużo zdrowia, bo nie wiem, jak tam w Twoich stronach, ale u mnie szaleje grypa. Zresztą zdrowia nigdy za mało. Tak że czasem mi nie choruj! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na początek, ażeby formalnościom stało się zadość:
    O kurwa, Rin, ty żyjesz! :O
    A ja ci już w Pogrzebanych taki piękny nagrobek zaplanowałam!

    A tak na serio, to cieszę się że wróciłaś, tęskniłam. :D

    A co do rozdziału:
    Trochę mi szkoda tego chłopaka na początku :(
    Też bym krzyczała na randomowych ludzi, gdyby mi się każdy przysrywał do wyglądu, włącznie z własną rodziną. D:

    Ale za to z każdym rozdziałem, coraz mocniej uwielbiam instytucję Jessiki :D

    Tak w ogóle to jakaś dziwna ta sieciówka - każdy ma jakiś problem!

    Wyobrażam sobie, że piesek wygląda słodko i że ma łatkę na oczku :3

    Mogę jeszcze zostawić chamską reklamę bloga z opowiadaniem? Wiem że mogę (=゜ω゜)

    http://theamaranthlayer.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział!!! Rozdział!!! Rozdział!!!
    Okej, uspokajam się. Kocham to opowiadanie, ale już myślałam że nas opuściłaś :( Tito jest cudowny, w parze z Revą może być ciekawie <3
    Kiedy kolejny rozdział? Czekam :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow! Zaczęłam od tego rozdziału i kurcze jak dobrze , że jest się gdzie cofać :)
    Chętnie przeczytam od początku aby bardziej się orientować w opowiadaniu, a jeszcze bardziej czekam na ciąg dalszy !

    OdpowiedzUsuń
  5. Zaczelam niedawno czytac i szczerze mega opowiadanie. Zapraszam do czytania mojego w pełni autorskiego opowiadania ,,Czas Glorii"
    --> http://wpozornejutopii.blogspot.com/?m=1.
    (postapokalipsa, wampiry i wiele innych - dowiesz się więcej po przeczytaniu).
    Zapraszaaam ! ;D

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje za każdy komentarz. Zmotywują mnie one do dalszej pracy, więc zostaw coś po sobie drogi czytelniku. Bardzo interesuje mnie to, co myślisz o moim opowiadaniu.
Nie chce mi się tworzyć osobnej zakładki, więc jeśli chcesz zostawić swój link, to proszę bardzo. Pamiętajmy jednak, że istnieją granice dobrego smaku, a chamskie spamowanie będzie tępione jeszcze większym chamstwem.